Marsz Niepodległości 2012 – komu i czemu służy naprawdę ta impreza?

Już dwa poprzednie Marsze Niepodległości (z 2010 i 2011 r.), ich przebieg, skład organizacyjny i środowiskowy, towarzyszące im tło ideowe oraz moralno-polityczny wydźwięk, nasuwały powyższe pytanie. Marsz tegoroczny, starannie przygotowywany i jeszcze usilniej propagowany i forsowany przez jego organizatorów, skłaniają do jeszcze bardziej wnikliwego przyjrzenia się temu przedsięwzięciu.

W pierwszym rzędzie motywują do tego ich osobliwe wybory personalne. I tak np. dobrych kilka miesięcy temu usunięto „dyscyplinarnie” z tzw. Komitetu Poparcia MN p. Janusza Korwina-Mikke – leadera Nowej Prawicy. Nastąpiło to w prostej reakcji na jego krytyczne uwagi pod adresem przywódców Młodzieży Wszechpolskiej i Obozu Narodowo-Radykalnego, sprowadzające się do zarzutu ulegania przez nich poglądom „socjalistycznych”. Następnie, na początku października, przyjęto w jego skład p. Tomasza Sakiewicza, redaktora naczelnego „Gazety Polskiej”, która do niedawna trzymała jeszcze wobec całej inicjatywy przepisowy dystans. Wkrótce po tej nominacji tenże p. Sakiewicz pokazał przysłowiowe „rogi”, oświadczając w iście ultymatywnym tonie: „(…)Włączając się w marsz niepodległości, nie zamierzamy się identyfikować się z wszystkimi jego uczestnikami. Jesteśmy przeciwni radykalnym, sprzecznym z polską tradycją –Rzeczypospolitej wielonarodowej i wielowyznaniowej – hasłom. Jesteśmy przeciwni jakiejkolwiek przemocy i łamaniu prawa. Dlatego też kluby „GP” będą szły we własnym sektorze, powołają własne służby porządkowe i będą odpowiedzialne przede wszystkim za siebie…”.

Cóż, wypada na samym wstępie zauważyć, że ta deklaracja p. Sakiewicza, złożona w imieniu całego „smoleńskiego luda”, stanowi oczywiste i jawne pogwałcenie i zaprzeczenie lansowanej wszem i wobec przez przywódców MW i ONR tezy, jakoby MN miał polegać na demonstracyjnym jednoczeniu się patriotów wszelkich odcieni, maszerujących wspólnie, w zgodnym, przynajmniej chwilowo, braterstwie, na równej stopie. Wygląda to mniej więcej tak, jak zaproszenie na wesele, czy jakąś inną ucztę w ostatniej chwili dodatkowych gości, o dalszym, odleglejszym stopniu pokrewieństwa czy znajomości, którzy zaraz potem żądają bezczelnie całkiem odrębnego stolika, separującego ich od pozostałych biesiadników, a może nawet i odrębnej muzyki, dogadzającej ich szczególnym gustom i upodobaniom. Gdyby te żądania znalazły swój pozytywny finał, jakby to odczuli i co by na to powiedzieli pozostali uczestnicy biesiady?

Oficjalni organizatorzy MN z ramienia MN i ONR przełknęli jednak ten jawny afront i wyzywająca samowolę Sakiewicza ze zdumiewająca wprost pobłażliwością i łagodnością. Ustami swej głowy, p. Winnickiego, przypomnieli raz jeszcze wszystkim zdumionym wytworzoną sytuacją zwolennikom marszu, że, jakkolwiek zainicjowany przez „narodowców”, ma on skupić „szerokie spektrum ideowe” admiratorów niepodległości wszelkiego kalibru. Postawę p. redaktora nazwali „asekuracyjną i dziwnie bojaźliwą”, wyrażając zarazem nadzieję, że nie będzie więcej wysuwał tego rodzaju dezyderatów, „źle odbieranych” przez innych zadeklarowanych uczestników marszu. Możliwość zafunkcjonowania odrębnej służby porządkowej „GP” zdecydowanie wykluczyli (cóż, pożyjemy, zobaczymy), ominęła jednak Sakiewicza najlżejsza nawet przygana czy reprymenda.

Nie wiadomo, czy traktować te wyjaśnienia jako wolne żarty, czy może jako robienie szeregów naiwnych, prostolinijnych i prostodusznych, uczestników MN w przysłowiowego „balona”. Z przywołanych powyżej wynurzeń naczelnego „GP” przebija bowiem nie tylko asekuranctwo i bojaźliwość (te zupełnie nie współgrają zresztą z wojowniczym stylem jego publicystyki). Wyziera z nich przede wszystkim kategoryczna negacja i sprzeciw wobec polskiej idei narodowej w samej jej istocie. Bo jakże inaczej można interpretować to szczególne uwypuklenie owej „Rzeczypospolitej wielonarodowej i wielowyznaniowej”, podniesionej (przynajmniej domyślnie) do rangi jedynej, obowiązującej wszystkich polskiej tradycji? Jeśli uznać tą wykładnię za jedynie uprawnioną i dopuszczalną, to należałoby chyba z miejsca wrzucić prawie wszystkie dzieła Dmowskiego do pieca, a jego samego i stworzony przezeń obóz narodowy zaliczyć chyba do grona najgłówniejszych destruktorów Ojczyzny. Inna sprawa, że ten szczególny nacisk kładziony na wieloetniczny charakter Polski szczególnie dziwacznie brzmi w ustach człowieka, który mianował sam siebie jednym z wodzów nurtu jedynie prawdziwych „polskich patriotów”. Zaś akcent w kierunku wielowyznaniowści w jeszcze bardziej zagadkowym i migotliwym świetle stawia powiązanych i współpracujących z nim ściśle ultrakatolickich bojowników spod „smoleńskiego” krzyża na Krakowskim Przedmieściu. Z drugiej jednak strony co w tym szczególnie dziwnego – przecież w twórczości Sakiewicza i jego redakcyjnych kolegów w ogóle nic logicznego i spójnego wewnętrznie człowieku nie znajdziesz!

Opisany wyżej transfer, czyli podmianę JKM na Sakiewicza, trzeba uznać za zabieg wysoce niefortunny i niekorzystny, tak w obszarze świata idei, jak gdy i chodzi o możliwe skutki praktyczne. Nie jestem bynajmniej wielbicielem tego pierwszego. Trudno doszukać się u JKM poglądów, czy w ogóle jakichkolwiek podobieństw, które łączyłyby go bliżej z polskim ruchem narodowym. Podobnie trudno mi zaakceptować niektóre jego poglądy, stanowiące sam rdzeń jego specyficznego politycznego światopoglądu, na czele z „wolnorynkowymi” dogmatami. Podobne odczucia budzi też składanie głównej winy za wszystko co złe na zalewający Polskę obecnie „socjalizm” – choć jest w tym spore ziarenko prawdy, taka diagnoza obecnej smutnej polskiej rzeczywistości jest zdecydowanie zbyt uproszczona i może prowadzić do wielu niebezpiecznych odchyleń politycznych u jego, szczególnie młodych, bezkrytycznych wielbicieli. A jednak nie sposób uznać JKM za świadomego manipulatora czy celowego destruktora polskiej świadomości politycznej, raczej za człowieka niezwykle oryginalnego, wręcz ekscentrycznego, zarówno w wyznawanych poglądach, jak i w samym sposobie bycia, takie swoiste skrzyżowanie niby poważnego polityka z tzw. celebrytą. Jeśli jednak nawet jego poglądy i postulaty są wielce kontrowersyjne, to głosi je zawsze otwarcie, jednoznacznie i szczerze, nie dbając o reakcję otoczenia (w wielu zaś punktach i zagadnieniach ma faktycznie rację). Nie dał się też nigdy poznać ani słowem, ani czynem, jako wróg polskiego państwa i polskiej niepodległości. Za to naczelny „GP” to człowiek z całkiem innej bajki. Produkując z uporem maniaka antyrosyjski czad, od przeszło już dwóch lat konsekwentnie mebluje polskie głowy różnymi smoleńskimi odkryciami i „prawdami”, które rychło okazują się półprawdami, ćwierćprawdami, a zazwyczaj bezczelnym kłamstwem. Tak czy inaczej, nie sposób potem znaleźć w jego piśmie jakiekolwiek dementi.

Tym sposobem, dzięki takim a nie innym personalnym wyborom p. Winnickiego, Holohera i ich otoczenia, pewnie doczekamy się tłumnego, hucznego MN z licznymi portretami Lecha Kaczyńskiego w tle, tejże niepodległości (a właściwie jej resztek) cynicznego grabarza. Jeśli zatem ktoś łudził się jeszcze dotąd co do „narodowego” charakteru tego przedsięwzięcia; jeśli zwłaszcza ktoś widział w młodych panach „narodowcach” nowe, świeże środowiska polityczne, posiadające swoją, własną, autentyczną podmiotowość, dające szansę na wytworzenie w niedalekiej przyszłości realnej politycznej alternatywy dla układu PO-PiS-u; a nie tylko zakamuflowane przybudówki pisowsko-smoleńskie, ten musi rozstać się teraz ostatecznie z tymi pięknymi złudzeniami.

Na tym wcale nie koniec tych iście groteskowych zagrywek. Oto jedna z podwładnych p. Sakowiczowi pań dziennikarek, instruując aktywistów „GP”, bez ogródek oznajmia (w wywiadzie dla Frondy): „(…)Pod pomnikiem Dmowskiego odłączamy się od MN i pójdziemy pod pomnik marszałka, gdzie złożymy kwiaty i oddamy mu hołd…” (można by z tego fałszywie wywnioskować, że Piłsudski został już niemalże zepchnięty w niepamięć przed Dmowskiego, lub taki smutny los wkrótce może mu zagrozić, stąd kto tylko żyw pod jego pomnik). Nie jest przy tym do końca jasne, czy wcześniej „smoleński lud” zapali mu choćby jedną małą świeczkę, wróżąc jednak z kontekstu przytoczonej deklaracji p. Sakiewicza, należy mocno w to wątpić.

I to nie przeszkadza to jednak w niczym naszym panom „narodowcom”. Przeciwnie, wspominany szef ONR, p. Holoher już zdążył się pochwalić, że skupienie na wspólnym marszu przedstawicieli dogmatycznej piłsudczyzny jest ich wielkim sukcesem. Pewnie, spuścizna przedwojennego ONR-u, szczególnie uwikłanej po uszy w kolaborację z sanacją „Falangi”, zobowiązuje, stąd też i dzisiaj pożytecznie i przyjemnie jest maszerować pod rękę z jej rozpychającymi się na wszystkie strony epigonami.

Jaki w tym problem, skoro legenda o „dwóch ojcach” polskiej niepodległości, wbrew oczywistym faktom historycznym, zyskała sobie już niemal pełne i powszechne obywatelstwo. Została ona już, w imię historycznego pojednania i „jedności narodowej”, praktycznie zaakceptowana w łonie LPR, MW itd. Doskonałym tego przykładem może być choćby niedawna telewizyjna deklaracja R. Giertycha, który zapowiedział swój udział w zorganizowanym przez prezydenta Komorowskiego konkurencyjnym marszu, tłumacząc to tym, iż: (…)po raz pierwszy w historii Polski prezydent uczci 11 listopada nie tylko J. Piłsudskiego, ale i R. Dmowskiego, i opisując przy okazji swoje zasługi w budowie jego warszawskiego pomnika (wymuszonej swoistego rodzaju politycznym szantażem na PiS-ie). To bardzo dobrze, że dzięki m.in. Giertychowi jr. pomnik Dmowskiego stanął wreszcie w stolicy. Nie kwestionując jego zasług w tym zakresie, nie sposób jednak oprzeć się wrażeniu, że chyba niezbyt dokładnie zapoznał się z pisarską spuścizną swego dziadka, względnie trwale złożył ją w głębokiej szufladzie, jako typowy antykwaryczny zabytek, zupełnie już nieprzydatny w obecnych czasach i uwarunkowaniach politycznych.

Jak było do przewidzenia, niedawni polityczni podopieczni Giertycha i ich następcy z MW natychmiast przyłożyli mu z „grubej rury”, wypominając mu, że od wielu już lat stopniowo odcinał się od nacjonalizmu (powinno być raczej: polskiej idei narodowej), a tą swoją ostatnią wypowiedzią wszedł z nią w ostateczny rozbrat. Wypomnieli mu też skandaliczny wywiad dla „Wyborczej” sprzed kilku lat. Wszystko to, owszem, prawda, ale prawda najzupełniej znana i oczywista już dawno temu. P. Winnicki ze spółką nie odkryli więc w tym miejscu żadnej przysłowiowej Ameryki. Należy więc tą pryncypialną krytykę traktować raczej jako sprytny sposób na zasłonięcie się przed idącą z podobnego kierunku krytyką pod własnym adresem.

Jest jednak bardzo wielu, którzy machają całkiem ręką na te, zupełnie nieistotne i drugorzędne ich zdaniem niuanse, i deklarują swoją aprobatę, często wręcz entuzjastyczną, dla MN, już to podkreślając jego wymiar wspólnotowy, pozwalający na uzyskanie choćby chwilowej i w gruncie rzeczy czysto zewnętrznej jedności tych wszystkich Polaków, dla których niepodległość i samo jej pojęcie cokolwiek jeszcze znaczą (przy czym każdy z nich może rozumieć ową „niepodległość” po swojemu, podług swoich wyobrażeń), już to podkreślając jego znaczenie w walce o tożsamość narodową szerokich mas społecznych i zachowanie pamięci o wielkich przodkach i ich zasługach itd., itp. Są też i tacy, którzy za pośrednictwem tego rodzaju ulicznych marszów chcą pocieszać się i budować i odzyskiwać niepodległość i samą Polskę wyłącznie w swoim sercu, jako że nie widzą absolutnie takiej możliwości w wymiarze jakichkolwiek działań praktycznych. Są wreszcie i tacy, którzy w obszarze życia politycznego w ogóle otwarcie gardzą i odsuwają całkiem na bok konieczność tworzenia konstruktywnych programów politycznych, kultywowania racjonalnej myśli politycznej, gdyż rzekomo przyszłości nie można żadną miarą odgadnąć; zamiast tego chcą bazować prawie wyłącznie, na podobnych zwierzęcym, instynktach stada, mniej lub bardziej prymitywnych odruchach i, nade wszystko, przeżywanych wspólnie zbiorowych emocjach. I nie wahają się głosić tego rodzaju odkrywczych i „zbawiennych” propozycji publicznie…

Nie czuję żadnego związku ani też ideowo-politycznego powinowactwa z żadną z wymienionych wyżej grup, dlatego też z czystym sercem i sumieniem mogę się zwolnić z czynnego udziału w Marszu Niepodległości AD 2012. Zamiast tego wolę iść w tym dniu do kościoła, na Mszę św., odprawioną w intencji Ojczyzny przez kapłana-autentycznego patriotę. Nie znaczy to, że usilnie zniechęcam i obrzydzam udział w MN innym. Kto chce, niech maszeruje, zwłaszcza że jest to dosyć naturalne prawo i sposób politycznej aktywności szczególnie odpowiadającej młodzieży. Byle już następnego dnia nie zapomniał o Polsce i swoich codziennych narodowych obowiązkach.

Andrzej Turek

Polecam również powiązane tematycznie i nadal w dużej mierze aktualne artykuły: „Marsz Niepodległości czy marsz narodowców” (2010), Marsz Niepodległości AD 2011 – sukces czy klęską” (2011); kategoria: Ruch Narodowy.