Litewskie fochy

We wtorek, 17 kwietnia br., odbyło się w Warszawie konsultacyjne spotkanie prezydentów Polski i krajów bałtyckich przed zaplanowanym na maj szczytem NATO w Chicago. Jego celem było wypracowanie wspólnego stanowiska na tenże szczyt. Na spotkanie zjechali prezydenci Łotwy i Estonii, odpowiednio pp. Andris Berzins i Toomas Hendvik Ilves. Nie zjawiła się natomiast prezydent Litwy, p. Dalia Grybauskaite, która z dużym zresztą wyprzedzeniem oznajmiła, że do Warszawy nie przyjedzie. Oficjalnym powodem jej absencji był rzekomy brak oficjalnego zaproszenia, ale jest całkiem jasne, że mamy tu do czynienia tylko z tanim wykrętem.

W rzeczywistości rezygnacja Grybauskaite z udziału w tymże spotkaniu miała być, jak wszystko na to wskazuje, formą protestu wobec narastającej – zdaniem litewskich władz – polskiej ingerencji w litewskie sprawy wewnętrzne. Jak donosi „Kurier Wileński”: „(Grybauskaite) prawdopodobnie obraziła się na rzekome sugestie polskich dyplomatów, że jeśli Wilno oficjalnie nie ureguluje problemów mniejszości na Litwie, to Polska rozpatrzy zasadność swego udziału w natowskiej misji powietrznej na Litwie”. Ta hipoteza została oparta na spekulacjach kilku litewskich portali internetowych.

Prezydent Komorowski podszedł do sprawy z właściwymi sobie dobrodusznością i optymizmem, starając się, z jednej strony powstały problem bagatelizować, a z drugiej łagodzić. Uwidoczniło się to zarówno w utrzymanym w bardzo enigmatycznej tonacji komunikacie oficjalnej strony prezydenckiej, jak i w nader skąpych relacjach polskojęzycznej prasy ze wspomnianego spotkania. Przede wszystkim więc, odpowiadając na główny zarzut, Komorowski oznajmił, że osobiście zaprosił litewską prezydent do Polski w czasie swojej lutowej wizyty w Wilnie i że to zaproszenie jest cały czas aktualne. P. Grybauskaite może go zatem nawiedzić w dowolnej porze celem omówienia poruszanych na warszawskim mini-szczycie kwestii. Na wyprzódki dementował też wspomniane plotki o rzekomym rozważaniu przez władze warszawskie możliwości odstąpienia od dalszego wykonywania lotów wojskowych nad Litwą. Co więcej, zapewnił, że właśnie podpisał decyzję o dalszym uczestnictwie polskich samolotów w natowskiej misji Baltic Air Policing (nadzór nad przestrzenią powietrzną Litwy, Łotwy i Estonii): „Polscy lotnicy będą w dalszym ciągu chronili niebo nad państwami bałtyckim”.

Na spotkaniu, poza wspomnianą kwestią, rozprawiano również nad kwestią „misji” NATO w Afganistanie (wyrażono zdanie o celowości jej oficjalnego zakończenia do 2014 r.), jak i przede wszystkim o dalszym funkcjonowaniu Paktu Północnoatlantyckiego w Europie, szczególnie Środkowowschodniej. Podkreślono szczególnie znaczenie utrzymania „rzeczywistej rangi” art. 5 Traktatu Waszyngtońskiego, który „powinien być w dalszym ciągu” – zdaniem uczestników narady – fundamentem funkcjonowania NATO. W tym kontekście uzgodniono, że na zbliżającym się natowskim szczycie „trzeba się koncentrować na ponownym zobowiązaniu się do realizacji <>”, czyli właśnie literalnego, rzetelnego stosowania się wszystkich jego członków do tegoż 5 artykułu.

Te słowa-zaklęcia jasno ukazują, że wspomniane regulacje stoją obecnie, przynajmniej w odniesieniu do Polski i pozostałych świeżo przyjętych członków Paktu, pod wielkim znakiem zapytania i nie mają za bardzo realnego przełożenia na życie, skoro trzeba się dopiero starać o „ponowne” uzyskanie stosownych zapewnień i gwarancji ze strony USA i innych wiodących członków NATO w imię sojuszniczej solidarności z biedniejszymi krewniakami. Nawiasem mówiąc, przy okazji wyrażono również wspólną troskę o budowę na terytorium uczestników spotkania nowych systemów przeciwrakietowych i przeciwlotniczych w reakcji na rosyjskie zapowiedzi umieszczenia w Obwodzie Kaliningradzkim rakiet Iskander. Wygląda więc na to, że miłościwie panujący nam p. prezydent bynajmniej się nie przeobraził w żadnego „Komoruskiego”.

Przede wszystkim jednak dał on jeszcze raz stanowczy odpór internetowym plotkom, spiesząc z zapewnieniem, że sprawy mniejszości polskiej na Litwie i jej problemy nie mają nic wspólnego ze współpracą Polski i Litwy (oraz pozostałych krajów bałtyckich) w ramach NATO: „Należy oddzielić to, co z natury trudne – a takim trudnym obszarem są zawsze problemy mniejszości narodowych – od problemów bezpieczeństwa w regionie”, jako że „istnieje wspólnota bezpieczeństwa wszystkich krajów bałtyckich i Polski”.

P. Grybauskaite i w ogóle czynniki rządzące obecnie Litwą dostały więc wszystko, czego pożądały, nawet bez przyjeżdżania do Warszawy. Arogancki gest Grybauskaite wyczerpuje w istocie wszelkie znamiona politycznej prowokacji, czy nawet szantażu, i odsłania jak na dłoni ich całkowicie lekceważący stosunek do Polski. Jest to mniej więcej takie przesłanie: będziemy traktować swoich polskich poddanych w taki sposób, jaki uważamy za stosowny; jak tylko nam się żywnie podoba – a wy nie macie i nie będziecie mieli na to jakiegokolwiek wpływu; możecie sobie co najwyżej pogrzebać palcem w bucie.

Miała zatem pełną rację p. Grzybowska (bo tak na polski tłumaczy się nazwisko litewskiej pani prezydent), stwierdzając w uzasadnieniu do swojej decyzji, że decyzje dotyczące kwestii bezpieczeństwa NATO będą podejmowane na samym szczycie, w Chicago, a nie w jakiejś tam Warszawie (chodzi m.in. o przedłużenie Baltic Air Policing na okres bezterminowy). Komorowski dostanie może tam nawet upomnienie, że jego reprezentowany przezeń kraj doprowadza swoją polityką do niepotrzebnych rozdźwięków w łonie Sojuszu.

Łatwo przewidzieć te decyzje. Samoloty NATO w postaci czterech leciwych polskich Migów-29 (ciekawe, dlaczego nie F-16 – przecież to znacznie fajniej by wyglądało – czy są faktycznie w tak kiepskim stanie technicznym, że nie da się uskładać nawet tylko czterech maszyn na raz do kupy, czy też są tak drogocenne, że można ich używać tylko w ostateczności?) będą, przynajmniej na papierze, aż do kresu swojej wytrzymałości patrolować, dodajmy: za pieniądze polskiego podatnika, przestrzeń powietrzną krajów bałtyckich, w tym też i Litwy. Może tylko biało-czerwoną szachownicę umieszczoną na ich skrzydłach zmieni się na Pogoń lub inny ichniejszy znak w ramach starań o odbudowanie polsko-litewskiej „przyjaźni”. To wszystko przecież Litwie bezdyskusyjnie się należy, by jest przecież krajem małym, organicznie i nieodwracalnie zagrożonym przez Sowietów (Rosję) i, przede wszystkim, odwiecznie krzywdzonym i wyzyskiwanym przez Polskę. A więc to tylko tak niewielka rekompensata z naszej strony za te wszystkie „krzywdy”. Zaś litewska Polonia, jak dotąd była, tak i pozostanie dalej zdana na własne siły.

Wystąpił jeszcze jeden aktor tego wyjątkowo kiepskiego przedstawienia. Był nim lider PiS, Jarosław Kaczyński. Przemawiając 10 kwietnia na Krakowskim Przedmieściu i użalając się tamże nad żałosnym losem Polski pod rządami PO (które sam sprokurował), pozwolił sobie m.in. zauważyć: „Nie liczą się z nami także i słabi, jak Litwa, która nie liczy się z prawami Polaków”. To już doprawdy szczyt obłudy i politycznego cynizmu w najgorszym wydaniu. Mimo woli nasuwa się na usta: „zapomniał wół, jak cielęciem był”. P. Kaczyński ma chyba wyjątkowo krótką pamięć, skoro zdążył już zapomnieć, że dokładnie w dniu ostatniej wizyty jego śp. brata-prezydenta w Wilnie tamtejsze władze wprowadziły kagańcowe prawo zakazujące używania oryginalnych polskich nazw miejscowości i ulic. Wtedy tenże brat-bliźniak nie pisnął ani słowa protestu, bo przecież to mogłoby zaszkodzić jego wielkiej polityce wschodniej, bo walka z Rosją zasłoniła mu cały polityczny horyzont! Dziś spadkobierca i kontynuator tejże polityki, licząc na krótką polską pamięć – bo raczej taki wariant trzeba tu zakładać – usiłuje się przewrotnie kreować na obrońcę polskości na Kresach. Koń by się uśmiał! Ten prostacki trick kupią chyba wyłącznie tylko zadeklarowani, ślepi wyznawcy „smoleńskiego” kultu.

Jan Matusiewicz