Krótki komentarz powyborczy

Wybory-prezydenckie-2015Wynik I tury wyborów prezydenckich AD 2015 trudno traktować w kategoriach autentycznej, rzeczywistej sensacji czy „totalnego zaskoczenia” – jak to zaczęli głosić wszem i wobec rożnej maści „specjaliści” od badania i przewidywania rozwoju procesów społeczno-politycznych – czołowi, uznani socjolodzy, politolodzy etc. Takie podejście do sprawy – zakładając oczywiście, że wypowiedzi te są faktycznie prawdomówne i rzetelne – świadczyć może tylko o postępującej utracie kontaktu z rzeczywistością i swoistym zasklepieniu zawodowo-środowiskowym tychże. Aczkolwiek trzeba przyznać, że – podkreślmy to – wstępne, wciąż jeszcze tylko sondażowe wyniki tej batalii są mimo wszystko pewną niespodzianką: muszę się tu sam przyznać, że np. osobiście mimo wszystko jednak obstawiałem i spodziewałem się kilkuprocentowej przewagi Bronisława Komorowskiego. Z drugiej strony czuło się jednak przed skórę, że szacunki preferencji wyborczych podawane uporczywie przez praktycznie wszystkie „liczące się” sondażownie były brane do końca w dużej mierze z „księżyca”, jako że bilans prezydentury Bronisława Komorowskiego – dyplomatycznie mówiąc – jest, jaki jest, poza tym już na samym finale kampanii robił on – mniejsza już o to, czy świadomie, czy nie – wszystko, co tylko leżało w jego mocy. by te wybory … przegrać.

W tym aspekcie pozostaje mi tylko podpisać się obydwoma rękami pod bardzo trafnymi – rzecz jasna, w mojej ocenie – uwagami red. Jana Engelgarda, zawartymi w opublikowanym świeżo po wyborach tekście jego autorstwa pod wielce wymownym tytułem „Kombatanctwo i Ukraina – to pogrążyło Komorowskiego”. Pozwolę sobie zacytować kilka wstępnych zdań tego tekstu, w ogólnym zarysie dokładnie oddających samo sedno kwestii:

Bronisław Komorowski już prawie przegrał te wybory – trudno bowiem obecnie wskazać elektorat innych kandydatów, z którego mógłby skorzystać w II turze. Na tę porażkę obecny prezydent pracował bardzo usilnie i wytrwale, nie wyciągając żadnych wniosków z analizy prawdziwych nastrojów społecznych. Wolał słuchać kolegów z Unii Wolności niż głosu rozsądku.Wśród przyczyn porażki Komorowskiego na czoło wysuwają się według mnie dwie – solidarnościowe kombatanctwo i Ukraina”. Całość: http://mysl-polska.pl/471

Oczywiście, jeśli którykolwiek z wyborców Andrzeja Dudy – a takich jest pewnie wcale nie mało – spodziewa się w przypadku jego definitywnego zwycięstwa jakieś znaczącej rewizji czy zmiany linii polityki wschodniej III RP, a konkretnie zmiany stosunku odpowiednio do Ukrainy i Rosji, to srodze się rozczaruje – ale to już jest inna „bajka”. Pozostając przy Dudzie, pozwolę sobie jeszcze zauważyć, że jego zwycięstwo – z jego osobistego punktu widzenia i jeszcze bardziej z punktu widzenia formacji politycznej, którą reprezentuje – jest tym cenniejsze, że odniesione stosunkowo małym kosztem. Oczywiście, uderzająca słabość, pasywność i indolencja urzędującego prezydenta wybitnie do tego dopomogły. Mówiąc o małym koszcie, mam na myśli bynajmniej nie zasoby finansowe zużyte na kampanię kandydata PiS-u, ani nawet sumę wysiłków organizacyjnych i socjotechnicznych jego sztabu i szerokiego politycznego zaplecza, ale postulaty i obietnice programowe poczynione przezeń wyborcom. Jest tych obietnic, co prawda, wcale nie mało, i to całkiem kuszących, ale duża część, jeśli nie większość z nich jest opatrzona znamiennym zastrzeżeniem: „będę chciał”; poza tym są to wszystko obietnice „bezpieczne”, czyli sytuujące się np. w obszarach znaczącego wzmocnienia, zreformowania polityki prorodzinnej, szkolnictwa (tu można np. wymienić bardzo sensowny postulat przywrócenia 8-klasowej szkoły podstawowej), dbałości o kulturę narodową itd., itp. Praktycznie żadna z nich nie koliduje jednak istotnie z aktualnym kursem polityki unijnej względem Polski, nie zmierza do zerwania z typowo kolonialnym statusem III RP w obrębie eurokołochozu i wybicia się na autentyczną polityczną podmiotowość, nie dotyczy ukrócenia wyzysku polskiego społeczeństwa przez rozpanoszony do granic możliwości i stojący praktycznie całkowicie ponad jakimkolwiek prawem obcy kapitał, a tym bardziej przywrócenia efektywnej kontroli nad całym systemem finansowym w ręce rodzimego parlamentu i rządu. Zapowiedź obrony polskiej złotówki niewiele dziś kosztuje i nikomu praktycznie nie wadzi, bo – jak powszechnie wiadomo – ewentualne przyjęcie euro jest w wytworzonych realiach na długo, a nawet – miejmy nadzieję – już na zawsze sprawą całkowicie bezprzedmiotową. Z kolei np. wysuwany przez Andrzeja Dudę postulat reindustrializacji, odbudowy polskiego przemysłu w warunkach utrzymywania się tegoż kolonialnego statusu można spokojnie zmieścić w kategorii tzw. pobożnych życzeń. Nie trzeba posiadać wcale specjalistycznej wiedzy ekonomicznej i politycznej, by rozumieć, że samo wycofanie się z tzw. pakietu klimatycznego do tego nie wystarczy, że podstawowym, wyjściowym warunkiem uruchomienia tego procesu jest bardzo daleko idąca renegocjacja warunków członkostwa Polski w UE, a, praktycznie rzecz biorąc, wyjście Polski z tej globalistycznej struktury.

Jeśli jednak w programie wyborczym pisowskiego kandydata przewijają się dość liczne wątki i akcenty czysto propagandowe, a mówiąc dosadniej – demagogiczne, to prawie cały „program wyborczy” „czarnego konia” tych wyborów i bodaj głównego ich wygranego, p. Pawła Kukiza – zbudowany jest na bazie tejże demagogii, dodajmy niesłychanie uproszczonej, miejscami wręcz topornej, a jednak – jak się praktycznie okazało – kuszącej i atrakcyjnej dla rosnącego cały czas w liczbę typowego elektoratu protestu. Podtrzymuję tu swoje zdanie na temat czysto politycznych kwalifikacji p. Kukiza, wyrażone w jednym ze swoich poprzednich artykułów, niezależnie od tego, że (przynajmniej oficjalnie) mniej więcej co dziesiąty dorosły Polak zdaje się sądzić inaczej (choć zakładam także, że w wielu wypadkach głosy oddane na p. Kukiza były bardziej instynktownym gestem protestu wobec całego establishmentu i otaczającej nas smutnej rzeczywistości politycznej i gospodarczej, albo też swego rodzaju „strzałem w ciemno”, niż w pełni świadomym wyborem).

Jak by jednak nie patrzeć, wychodzi na to, że chcąc uzyskać polityczny sukces w warunkach obecnie panującej w III RP „demokracji” (właściwie zaś – ochlokracji), wcale nie trzeba mozolnie wspinać się na same wyżyny politycznego kunsztu i prawić ludziom skomplikowanych mądrości. Wprost przeciwnie: znacznie lepiej i praktyczniej jest świadomie zniżyć się poziomu licznej grupy wyborców, których świadomość polityczna ogranicza się do odczucia, że jest źle i że trzeba próbować jakoś zmieniać tę złą sytuację metodą na chybił trafił (jako że przynajmniej trochę bardziej świadomi i wyrobieni politycznie są zazwyczajnie już zagospodarowani, poza tym trudniejsi do przekonania). No, i, ma się rozumieć, dobrze jeszcze mieć do tego znane nazwisko (w dziedzinie pozapolitycznej), dyskretne poparcie przynajmniej części liczących się mediów, a  najlepiej być tzw. celebrytą i showmanem w jednej osobie. A wszystkie te warunki p. Paweł Kukiz spełnia akurat chyba najlepiej z całej stawki kandydatów, przynajmniej tych oficjalnie „antysystemowych”. Dość przytoczyć tu fragment pierwszych powyborczych komentarzy w jego wykonaniu:

„(…) Już wygraliśmy. Byliśmy pogardzani, odpychani, szkalowani, pluci, opluwani. W ostatniej chwili przed końcem kampanii to był popis TVN24 i tym podobnych reżimowych mediów…”.

Kto jak kto, ale p. Kukiz z tym „odpychaniem” i „opluwaniem” to chyba trochę cokolwiek przesadza. Przecież TVN24 (wraz z przyległościami) nie jest bynajmniej monopolistą na rynku polskojęzycznych mediów, zresztą jest sprawą do dyskusji, czy owo „plucie” z tamtej strony bardziej mu zaszkodziło czy pomogło (w sensie reklamy – tak, tak, takie „opluwanie” może w niektórych sytuacjach przysparzać popularności!). Zresztą, tak się składa, że był on całkiem niedawno wcale mile goszczony np. przez p. M. Jaruzelską w emitowanym przez Onet.pl programie „Bez maski” (tak się „dziwnie” składa, że tenże Onet.pl jest w 75 % własnością Ringier Axel Springer Polska, a w 25% Grupy TVN; warto tu jeszcze dodać, że po przejęciu w 2012 r. przez wymieniony niemiecko-szwajcarski koncern większość personelu Onet.pl naturalnie utrzymała swoje posady). Już w tym kontekście owe teatralne użalania p. Kukiza wyglądają mocno nieszczerze. A poparcie ze strony choćby p. Kuby Wojewódzkiego czy ewidentne wyrazy sympatii ze strony np. p. prof. Staniszkis? Przecież całą reszta tzw. kandydatów „antysystemowych” mogła sobie o tak możnych zwolennikach, protektorach tylko pomarzyć (chyba również dlatego, że pełniła – może poza Korwinem – już w samym założeniu tylko rolę tła, takiej barwnej dekoracji w całym spektaklu)! A ów, we własnej narracji na wszelkie sposoby zaszczuwany i prześladowany muzyk-polityk, był tak naprawdę dosłownie ciągnięty za uszy do góry, był intensywnie „pompowany”, zwłaszcza w przestrzeni internetowej – wystarczyło zwrócić uwagę na te setki, ba tysiące entuzjastycznych, zaprawionych prawdziwym uwielbieniem komentarzy w stylu: „Tylko Paweł – nasz zbawca”. Może i to wszystko działo się spontanicznie, jako żywo przypomina to jednak kontrolowany transfer ciężaru władzy, a dokładniej administracji w obrębie zwierzchnich sił III RP i element procesu mającego za cel trwałe i ostateczne narzucenie ścisłego systemu dwupartyjnego.

Andrzej Turek