Kolejna przereklamowana wizyta

Wizyta prezydenta USA Baracka Obamy w Polsce wywołała – co całkowicie zrozumiałe – wzmożoną dyskusję na temat obecnego stanu stosunków polsko-amerykańskich. Szczególnie aktywne i twórcze na tym polu okazały się – nie po raz pierwszy zresztą – media utożsamiające się z tzw. opcją „patriotyczną” czy też „niepodległościową”, w których komentarzach dominował wyraźnie ton pewnego żalu, zawodu a nawet rozczarowania z powodu nieodwzajemnionej do końca przez drugą stronę ich ilości do Ameryki. W ten nastrój dokładnie wpisał się choćby redaktor naczelny „Gazety Polskiej”, p. Tomasz Sakiewicz, który we wstępniaku tegorocznego nr 21 „GP” z 21 maja pt. „Sojusznik” zawarł m.in. takie oto swoje doniosłe geopolityczne przemyślenia: (…)Należałem i należę do największych krytyków obecnej administracji (USA), obwiniając ją o uległość wobec Rosji kosztem polskich interesów. Nie zmienia to jednak faktu, że Stany Zjednoczone są naszym najważniejszym sojusznikiem. Właśnie słabość polityki USA w ostatnich latach pokazała, jak bardzo potrzebujemy silnej Ameryki. (…) USA ciągle jeszcze postrzegają Polskę jako podmiot polityki, choć oczywiście za czasów prezydenta Baracka Obamy wypchnięto nas na jej obrzeża. Nie wiem, czego polski rząd oczekuje od prezydenta USA. Deklaracje ekipy Donalda Tuska, nawet jeżeli się gdzieś pojawią, są mało wiarygodne. Wiem, czego powinniśmy oczekiwać jako pięćdziesięciomilionowy naród. W zamian za daleko idącą pomoc w walce z globalnym terroryzmem musimy jednoznacznie domagać się ochrony przed imperialną polityką Rosji. Dodatkową zachętą dla Waszyngtonu powinno być życzliwe traktowanie zaangażowania USA w wydobycie gazu łupkowego i pomoc w rozwoju rynku paliw w naszej części Europy…”.

A więc, p. Sakiewicz stawia sprawę całkowicie jasno i otwarcie: głównym imperatywem „polskiej racji stanu” jest oparcie się „imperialnej polityce Rosji. Jest to jednak wyzwanie zdecydowanie ponad nasze wątłe siły. By mu sprostać, potrzebujemy wymiernej pomocy z zewnątrz, a tej może udzielić nam tylko Waszyngton. I ta pomoc jest rzekomo warta zapłacenia każdej ceny, także dalszego zaangażowania polskich żołnierzy w amerykańskie wojny kolonialne, a nawet oddania za bezcen czy przynajmniej za półdarmo zysków z przyszłego wydobycia gazu łupkowego w ręce amerykańskich koncernów, bo tak w praktyce należy rozumieć owo określenie: „życzliwe traktowanie”. W sumie nic dodać, nic ująć – teza w całej rozciągłości zgodna z linią, jaką tą pismo ostentacyjnie demonstruje i propaguje od lat. Problem tylko w tym, że pogląd jakoby Polska wciąż była traktowana przez USA jako „podmiot polityki”, choćby tylko na jej obrzeżach, absolutnie nie wytrzymuje konfrontacji z rzeczywistością.

Swoje przysłowiowe „trzy grosze” musiała oczywiście wtrącić do całej dyskusji i niezastąpiona p. Anna Fotyga. W artykule pt. „Kuźniar jest niepoważny”, zamieszczonym w „Naszym Dzienniku” z 28-29 maja, stanowczo odrzuca tezę tego czołowego prezydenckiego doradcy o wasalnym charakterze polityki rządu PiS wobec USA : (…) nie przypominam sobie jednak, żeby nasz rząd kiedykolwiek wyrażał uległy stosunek wobec Stanów Zjednoczonych…”. Nie jestem zwolennikiem prof. Kuźniara (choć na tle całej rodzimej klasy politycznej czy raczej politykierskiej jest to człowiek wcale rozsądny), a tym bardziej Komorowskiego i PO, ale w tej sprawie jak najbardziej z nim się zgadzam, z tym wszelako zastrzeżeniem, że podobnie było także za rządów SLD, a niewiele lepiej także i za rządów obecnej koalicji. Uroczyste zaprzeczenia p. eksminister nic to nie zmienią. Całkiem dobrze pamiętam jeszcze czasy, gdy p. Kaczyńscy i ich najbliżsi współpracownicy siedzieli w przedpokojach gabinetów najważniejszych amerykańskich notablów, cierpliwie czekając na przyjęcie. Ich daleko idące uzależnienie od Waszyngtonu wynikało choćby z samego kształtu uprawianej przez nich polityki zagranicznej, szczególnie wschodniej, tzn. przede wszystkim z całkowitej jej bezalternatywności. Jej prowadzenie i skuteczne wcielanie w życie wymagało bezwzględnego wsparcia ze strony USA, w przeciwnym razie leżała ona na łopatkach. Z kolei druga strona zachowywała cały czas możliwość manewru – mogła przehandlować wycofanie się z popierania otwarcie antyrosyjskiej polityki braci Kaczyńskich w zamian za ustępstwa Kremla ws. Iranu, ułatwienia ws. Afganistanu, itp., co też bez najmniejszych skrupułów uczyniła przy okazji zmiany administracji. Zresztą, tak się paradoksalnie składa, że podobnego zdania jest także amerykańska opiniotwórcza prasa. M.in. piątkowy „The Wall Street Journal” napisał, że Polska była zawsze lokalnym sojusznikiem USA, nawet, gdy kłóciło się to z jej interesem.

P. Fotyga daje też, przy okazji, swoje rady Komorowskiemu, Tuskowi i Sikorskiemu odnośnie sposobu postępowania z Obamą, i w ogóle z Amerykanami. Oświadcza min., że polskim priorytetem w kontaktach z nimi powinien być: „(…)Powrót do wzajemnego zaufania. Rozumiem prze to powrót do bardzo poważnej dyskusji przy założeniu, że dyskutujemy z bliskim partnerem, z sojusznikiem. Nasza historia pokazuje, że do tej pory, kierując się tą zasadą, tylko zyskiwaliśmy. Oczywiście, Stany Zjednoczone mają własne interesy i nie może nas to dziwić. My natomiast musimy pamiętać, że w Ameryce żyje największa polska diaspora. Właśnie z tego względu nie może być to kraj traktowany przez nasz ambiwalentnie czy neutralnie”.

Oczywiście, nikt przy zdrowych zmysłach nie może podchodzić „ambiwalentnie”, „neutralnie”, czy też lekceważyć wagi stosunków z wciąż największym światowym mocarstwem. Jednak nie mogą nam one przesłaniać całego świata, szczególnie zaś samej Europy i naszych najbliższych sąsiadów. Także i wzgląd na wielomilionową Polonię, choć bardzo istotny, nie może usprawiedliwiać narażania z tego powodu na szwank interesów naszego kraju, a więc i przyszłości Polaków żyjących w Ojczyźnie – to oni są w końcu rdzeniem naszego narodu. Zwłaszcza, że nasze stosunki z USA – co dalej z reguły próbuje się traktować jako swoiste tabu – poza oficjalnym wymiarem państwowym determinowane są w ogromnej mierze przez fakt potężnego oddziaływania na politykę amerykańską innej, daleko lemupotężniejszej grupy etnicznej – lobby żydowskiego.

Całkowicie zgadzam się z tezą p. Adama Śmiecha, który w tekście pt. „Dokoła Obamy”, zamieszczonym na portalu www. jednodniówka. pl, napisał: „(…)Nie wolno lekceważyć potężnego lobby żydowskiego w USA. Lobby to dzieli się wewnętrznie na tle stosunku do Izraela, ale występuje jednym głosem w sprawie tzw. mienia pożydowskiego w Polsce. O wadze tego zagadnienia nie trzeba nikogo przekonywać. Jednocześnie, spodziewanie się, że lobby to, w dającej się ogarnąć przyszłości, straci decydujący wpływ na politykę USA, jest mrzonką i wyrazem daleko idącej naiwności. Dlatego pomysły bliskiego wiązania Polski z USA należy bezwzględnie odrzucić…”. P. Fotyga najwyraźniej jednak nie widzi w tej komplikacji żadnego problemu. Nie może zresztą być inaczej, skoro jeszcze nie tak dawno, za czasów swego ministrowania, otwarcie wypowiadała się o potrzebie budowania „osi” Waszyngton-Warszawa-Tel-Aviv. Zupełnie to nie przeszkadza również najwyraźniej owym „patriotom”, produkującym się regularnie w „GP”. Mało tego, pismo to, w cytowanym już numerze, nie może wręcz nadziwić się Obamie, że ten publicznie wystąpił z tezą powrotu Izraela do granic sprzed 1967 r., czym zresztą z dużym prawdopodobieństwem zamknął sobie drogę do reelekcji.

Mogę się zgodzić tylko z jednym zarzutem, wysuwanym z wymienionych kręgów pod adresem obozu rządzącego – mianowicie, że z wizyty amerykańskiego prezydenta w Warszawie nadmuchano kolejny ogromny balon medialny, trąbiąc na prawo i lewo o jej wielkiej wadze, randze, a nawet jakoby przełomowym charakterze tego wydarzenia. Tymczasem była to w istocie typowo standardowa wizyta – Obama przyjechał w końcu do Polski, bo tak wypadało, po części też pewnie w tym celu, by chociaż częściowo zatrzeć złe wrażenie, jakie wywarła w kraju nad Wisłą jego dotychczasowa postawa w sprawach nas dotyczących. Miał też ku temu dobrą okazję, wszak wizyta w Warszawie była w końcu tylko częścią jego większego europejskiego tournee.

Jednak sam fakt, że znalazł czas by nas nawiedzić dopiero w trzecim roku swoich rządów, najdobitniej świadczy, jakie miejsce zajmuje faktycznie Polska, i w ogóle cała Europa Środkowa-Wschodnia, w jego wizji amerykańskiej polityki globalnej. Być może trzeba to wiązać z samym jego pochodzeniem etnicznym, które z pewnością wpływa na poświęcanie przezeń daleko większej uwagi innym regionom świata. W istocie jednak główne przyczyny tego stanu rzeczy są dużo głębsze – w tej chwili priorytety USA leżą całkiem gdzie indziej, a głównym wyzwaniem dla nich są szybko rosnące w potęgę Chiny, Iran, i w ogóle cały Bliski Wschód – żadne zaklęcia i pojękiwania naszych amerykanofili zasadniczo tego nie zmienią, nawet gdyby wkrótce w Białym Domu zastąpił Obamę Republikanin.

Toteż wizyta Obamy okazała się przedsięwzięciem, jak to się obiegowo ostatnimi czasy mówi, typowo pijarowskim – nie przyniosła żadnych konkretnych ustaleń i efektów, podobnie zresztą jak niedawna wizyta Miedwiediewa. Obie strony odegrały po prostu z góry przygotowany medialno-propagandowy spektakl, i tyle. Za to rządzący, niezależnie od przygany, wyrażonej ustami prof. Kuźniara pod adresem poprzedników, tak samo wprost prześcigali się w uniżonych hołdach i płaszczeniu się przed znamienitym gościem. Jako imprezę na granicy groteski trzeba określić chociażby tzw. szczyt przywódców Europy Środkowo-Wschodniej, zwołany w związku z przyjazdem Obamy w Warszawie, a służący w teorii debacie na sposobami transplantacji doświadczeń z „przemian demokratycznych” na terenie b. bloku wschodniego do Libii, Egiptu, Syrii, Iranu, etc. Ponieważ, niezależnie od całej mgławicowości tego tematu, poszczególni przywódcy dostali po kilka minut na wygłoszenie swoich expose’- ten spęd nie mógł dać żadnych konkretnych rezultatów. Było to prostu typowo kurtuazyjne, całkowicie niezobowiązujące spotkanie przy kawie 20 V-ipów, które Obama zaszczycił zresztą swoją obecnością tylko na kilkanaście końcowych minut. Żeby jednak zrobić mu przyjemność, zaproszono nań także p. prezydent tzw. Kosowa – w istocie nieformalnego protektoratu USA w Europie. Wywołało to łatwe do przewidzenia protesty Serbii, Rumunii i Słowacji. Prezydenci dwóch pierwszych krajach całkowicie zbojkotowali spotkanie, zaś Ivan Gaszparowicz z Bratysławy zgodził się w końcu, po długich negocjacjach, przybyć, jednakże pod warunkiem, że nie będzie przyjmowana żadna wspólna deklaracja z udziałem wymienionej. Inna rzecz, że nasi rządzący nie mieli w istocie w tym miejscu żadnego ruchu – skoro już wcześniej uznało się Kosowo jako niepodległe państwo i pełnoprawny podmiot ładu międzynarodowego, to nie można w żaden sposób tego tworu ignorować, czy okazywać mu lekceważenia, tym bardziej przy tego rodzaju okazji. Podobny charakter miało też zresztą sobotnie spotkanie „ojców i dzieci” polskiej demokracji, z którego okazji pofatygował się do Pałacu Prezydenckiego, o dziwo, nawet Jarosław Kaczyński we własnej osobie. Nic nie wskazuje też na to, by jakiejś istotne ustalenia przyniosły także bilateralne rozmowy Obamy z Komorowskim i Tuskiem. Ot, Barack Obama przypomniał sobie w końcu o oczekiwaniach polskich „przyjaciół” i przyleciał wreszcie do Warszawy, nabito wspólnie dużo piany, i szybko, za to w poczucie dobrze spełnionej misji, a i bez jakiegoś większego żalu, z niej odleciał. Jeśli zaś nawet poczyniono jakiejś ustalenia w sprawie np. mienia pożydowskiego względnie łupków, pozostanie to na razie dobrze strzeżoną tajemnicą.

Andrzej Turek