Kolejna „humanitarna” wojna!

Wieczorem 19 marca (sobota) pływające po Morzu Śródziemnym amerykańskie i brytyjskie okręty podwodne wystrzeliły na terytorium Libii ponad 100 rakiet typu Tomahawk. Ich celem były głównie libijskie lotniska, a zwłaszcza stanowiska obrony przeciwlotniczej. Niedługo potem w libijską przestrzeń powietrzną wleciały francuskie myśliwce, atakując min. czołgi sił wiernych Muammarowi Kaddafiemu. W ten sposób rozpoczęła się operacja Odysssey Down, czyli „Świat Odysei”, do realizacji której przystąpiła cała antylibijska czy też „antykaddafijska” koalicja „międzynarodowa, złożona z USA, Wlk. Brytanii, Francji, Włoch i Kanady. Z kolei wczoraj, 20 marca bombardowały Libię najpierw brytyjskie, a potem amerykańskie samoloty ( w tym bombowce B2). Także i tym razem atakowane były stanowiska obrony przeciwlotniczej, głównie na zachodnim i środkowym wybrzeżu Libii. Oczywiście postarano się wynaleźć dla tego „Świata Odysei” pięknie brzmiące uzasadnienie propagandowe – oficjalnie operacja ta miała powstrzymać Kaddafiego przed atakowaniem „ludności cywilnej”.

Wszystko to jest bezpośrednią konsekwencją przyjęcia w nocy z minionego czwartku na piątek przez Radę Bezpieczeństwa ONZ rezolucji 1973. Rezolucja ta wprowadziła min. zakaz lotów nad Libią ( ma się rozumieć dla lotnictwa Kaddafiego) i upoważniła „społeczność międzynarodową” do „użycia wszelkich środków niezbędnych do ochrony ludności cywilnej”. Zapis to bardzo niejednoznaczny, ale łatwo można było przewidzieć, że prowadzi prosto do bezpośredniej interwencji zbrojnej. Mówił o tym już kilkanaście dni temu sekretarz obrony USA Robert Gates. Za uchwaleniem rezolucji głosowali stali członkowie RB ONZ: USA, Wlk. Brytania i Francja oraz kadencyjni: Bośnia i Hercegowina, Kolumbia, Gabon, Liban, Nigeria, Portugalia i RPA. Warto dodać, że tym razem do jej uchwalenia parli najbardziej nie sami Amerykanie, ale Francuzi i Brytyjczycy – mający największy interes w tej zbrojnej interwencji. USA przybiły jednak na niej ostateczny stempel; jej przeforsowanie bez ich poparcia i dyplomatycznych nacisków na wymienione państwa byłoby w istocie niemożliwe. Wstrzymali się od głosu stali członkowie RB ONZ: Rosja i Chiny oraz kadencyjni: Niemcy, Brazylia i Indie. Największym zaskoczeniem jest postawa Rosji i Chin, po których spodziewano się niemal do końca veta, które udaremniłoby całe przedsięwzięcie. Państwa te utrzymywały bowiem z Libią przez długie lata ożywione kontakty polityczne i gospodarcze. Tymczasem wstrzymanie się od głosu w tej sprawie oznaczało w istocie ciche przyzwolenie na interwencję i na Kremlu oraz w Pekinie z cała pewnością musiano dobrze o tym wiedzieć. O postawie Chin nie będę się wypowiadał. Natomiast postawa Rosji mogła wynikać z kilku powodów. Po pierwsze, z klasycznego Realpolitik: min. z chęci utrzymania odprężenia w stosunkach z USA, a także względu na Francję, stanowiącej dla Moskwy cennego partnera w Europie. Po drugie, z zimnej kalkulacji i przekonania, że nie zaszkodzi to w sposób zasadniczy rosyjskim interesom – Zachód uwikła się w kolejną, przedłużającą się awanturę wojenną, a ceny ropy pójdą jeszcze bardziej do góry. Dzięki temu straty spowodowane zerwaniem kilkumiliardowych kontraktów na dostawy rosyjskiej broni do Libii zostaną zrekompensowane z nawiązką właśnie z tego źródła. Inna rzecz, że jest to kalkulacja bardzo niepewna i Rosjanie mogą się na niej bardzo „przejechać”.

Jako rzekłem, wprowadzenie owego zakazu lotów miało służyć oficjalnie  „ochronie ludności”, co było od samego początku bardzo wątpliwym uzasadnieniem, nawet z punktu widzenia czysto wojskowego. Siły Kaddafiego wykorzystywały bowiem do skutecznej ofensywy przeciwko powstańcom, rebeliantom czy rewolucjonistom ( jak kto woli), usadowionym we wschodniej Libii z głównym ośrodkiem w Bengali, przede wszystkim czołgi i artylerię, a nie nieliczne i gruncie rzeczy słabe lotnictwo. Unikały też skrupulatnie bombardowania obiektów cywilnych, by nie dać pretekstu do interwencji wspomnianej „społeczności międzynarodowej”. Nie odnotowano też z ich strony żadnej masakry czy też mordowania ludności cywilnej w faktycznym tego słowa znaczeniu. Trudno uznać bowiem za taką wspomnianych rebeliantów, uzbrojonych nawet tylko w zwykłe kałasznikowy. Jednakowoż tak właśnie klasyfikuje owych wspomniana „humanitarna” koalicja. Skądinąd Kaddafi zastosował się formalnie do owego zakazu lotów. Kontynuował jednak dalej, i to z wielkim powodzeniem, natarcie w kierunku Bengazi, spychając rebeliantów coraz bardziej na wschód. Atakował tym samym dalej „ludność cywilną” i to właśnie stało się bezpośrednim casus belli, bo mamy to do czynienia z niczym innym, jak tylko wojną i jawną, i to bandycką agresją przeciwko suwerennemu państwu.

Oczywiście, tylko małe, naiwne dziecko uwierzy, że atak na Libię rzeczywiście służy obronie jej mieszkańców przed demonicznym dyktatorem, a tym bardziej ustanawianiu w tym kraju prawdziwej „demokracji”. Ta klasyczna bajka używana jest zawsze, gdy trzeba skarcić, przywołać do porządku czy nawet unieszkodliwić państwa i ich przywódców niemile widzianych, zbyt niezależnych i opornych wobec dysponentów i ambasadorów owej „społeczności międzynarodowej”. Dziwnym trafem tym ostatnim nie przeszkadza zupełnie całkowity brak demokracji np. w Arabii Saudyjskiej czy choćby w Bahrajnie, którego król nie cacka się z szyicką mniejszością, dopominającą się o równe traktowanie z sunnitami. O co zatem tak naprawdę tu chodzi?

Bezpośrednim powodem ataków lotniczych jest oczywiście chęć ratowania owych libijskich rebeliantów, przypartych już do muru przez siły Kaddafiego, od szybkiej i ostatecznej klęski. Jaki zaś interes mają w tym wymienione wyżej państwa? Kaddafi jest przede wszystkim, jak na ich oczekiwania, zbyt niezależny, w dodatku po wybuchu wojny domowej, a zwłaszcza po rozpoczęciu debat o zakazie lotów i innych sankcjach wobec jego kraju, porzucił ostatecznie swoją, dotychczasową pojednawczą politykę wobec Zachodu, ogłaszając oficjalnie, że kraje występujące z tego rodzaju postulatami mogą się właściwie już pożegnać z jego ropą. Natomiast rebelianci są tak słabi i, przede wszystkim, podzieleni etnicznie (naród libijski w sensie ścisłym nie istnieje, Libia ma typową strukturę plemienną), że trudno im będzie stworzyć jakikolwiek stabilny, trwały rząd nawet w razie jego pokonania i całkowitego obalenia. W związku z tym będzie rzeczą możliwą i łatwą roztoczenie w tym wypadku nad Libią jakiegoś rodzaju międzynarodowego protektoratu, pod którego czujną opieką znajdzie się libijska ropa naftowa. Jest to dla owej koalicji antylibijskiej interes natury zasadniczej, bo choć ropa ta stanowi niewielką część ogólnoświatowego wydobycia, to jednak Libia jest bardzo znaczącym jej dostawcą do krajów UE. Odniósł się do tych zakusów bezpośrednio i sam Kaddafi, oświadczając twardo: „Nie oddamy ropy naftowej USA, Francji i Wlk. Brytanii” oraz zapowiadając długą, przewlekłą wojnę.

W istocie na taki scenariusz się na zanosi. Kaddafi nie raz wykazał już swoją twardość i nieustępliwość, zaś klamka już zapadła. Wstrzymanie bombardowań byłoby dla wspomnianej koalicji antylibijskiej całkowitą kompromitacją, zwłaszcza w sytuacji, gdyby siły rządowe zdołały zdławić opór rebeliantów, zanim zdążyłaby ona udzielić im skutecznej pomocy. Chwała Bogu, że przynajmniej rząd D. Tuska odrzucił z miejsca możliwość zaangażowania się militarnego III RP w tą awanturę (mniejsza o przyczyny i kulisy tej decyzji), deklarując jedynie gotowość pospieszenia z pomocą humanitarną dla ludności cywilnej. PiS-owcy na jego miejscu pewnie rzuciliby się w imię „strategicznego partnera” u boku USA także na Kaddafiego, o ile tylko zdołano by doprowadzić do użytku choć kilka naszych F16.

Muszę się przyznać, że sam miałem przez pewien czas niejaką sympatię dla libijskich rebeliantów, a przynajmniej nie widziałem w ich poczynaniach nic specjalnie złego – dyktatura Kaddafiego z pewnością bardzo im już obmierzła. Ale wraz z uchwaleniem wspomnianej rezolucji i rozpoczęciem nalotów na Libię mamy całkiem nową sytuację, która całkowicie zmienia moje zapatrywania na tą kwestię. Mamy tu bowiem do czynienia z jawną agresją przeciwko suwerennemu państwu. Zewnętrzne podmioty mieszają się do libijskiej wojny domowej, angażując się po tej stronie, której popieranie jest dla nich korzystne. Takie sytuacje zdarzały się, co prawda, w historii nagminnie, ale to jeszcze nie powód, by tę w istocie bandycką ingerencję w sprawy wewnętrzne Libii usprawiedliwiać. Nic nie zmienia w tym względzie nawet próba podparcia tej napaści ideologią „praw człowieka” i troski o „demokrację”, ale przeciwnie – czyni ją jeszcze bardziej odrażającą. Jaki bowiem związek ma z „obroną ludności cywilnej” np. zbombardowanie samej rezydencji

Kaddafiego? Przecież tu chodzi wyłącznie o to, by zdał się on na łaskę i niełaskę „społeczności międzynarodowej”.

Napaści USA i ich aliantów, kolejno na Jugosławię, Afganistan i Irak, doprowadziły w efekcie do śmierci milionów ludzi, pomimo podobnie wzniosłych uzasadnień. A więc walka o „prawa człowieka” uzasadnia nawet składanie ofiar z tychże żywych ludzi. I tak samo dzieje się i Libii. Pomimo niesłychanego postępu techniki wojskowej, bomby i rakiety nie odróżniają bowiem żołnierzy Kaddafiego od zwykłych, prawdziwych, tym razem w nic uzbrojonych cywili, zwłaszcza, że rozpoznanie militarnych celów ataku jest dosyć kiepskie. Agresja na Libię stanowi zresztą o tyle bardzo niebezpieczny precedens, iż w odróżnieniu o w/w państw, nie podaje się tu nawet konkretnego powodu ataku. W tamtych wypadkach były to odpowiednio: czystki etniczne, przechowywanie Ben Ladena – oficjalnego sprawcę ataku na Word Trade Center i rzekome posiadanie przez Husajna broni masowego rażenia. Tu ma chodzić rzekomo o „ochronę ludności cywilnej”. Widać z tego, że wystarczy do takiej napaści coraz bardziej błahy pretekst, który można sobie dowolnie wymyślić na poczekaniu w razie wystąpienia takiej potrzeby.

Dodatkowo haniebny charakter tej lotniczej agresji wyraża się w bardzo dowolnym, czysto instrumentalnym potraktowaniu owej rezolucji i, co jest złamaniem podstawowych reguł cywilizowanego świata, zaatakowanie suwerennego państwa bez wypowiedzenia mu wojny. Poza tym towarzyszy jej ogromna hipokryzja. Jeszcze bowiem nie tak dawno politycy niektórych krajów członkowskich tej antylibijskiej koalicji ściskali się serdecznie z libijskim przywódcą. Teraz nagle odkryli, że jest on dyktatorem, a nawet zbrodniarzem. Nie mają jednak  najmniejszych oporów obściskiwać się z innymi dyktatorami, tyranami czy też absolutnymi monarchami, o ile tylko ci są im  do czegoś potrzebni, a zarazem, ogólnie biorąc, posłuszni. Tacy mogą się cieszyć oficjalnym glejtem „praworządności”, a co za tym idzie bezpieczeństwa, ze strony tych, którzy od dawien dawna uzurpują sobie rozstrzyganie o tym, kto spełnia „demokratyczne” standardy, a kto nie.

Andrzej Turek