Kłopoty „Biełsatu”

Szefująca telewizji „Biełsat” p. Agnieszka Romaszewska-Guzy alarmuje wszem i wobec, że niedługo zabraknie jej pieniędzy na dalszą emisję programu. Da słabiej zorientowanych w temacie podajemy, że ów „Biełsat” jest oficjalnie „niezależną telewizją białoruską”, nadającą w tym języku z terytorium Polski. Powstała ona i utrzymuje się przy życiu ze środków przekazywanych jej przez rodzime MSZ pospołu z TVP, która dokłada się do jej budżetu, gdy zachodzi taka konieczność. W roku bieżącym MSZ obiecał „Biełsatowi” 19 mln zł w ramach tzw. pomocy dla społeczeństwa obywatelskiego na Białorusi. „Pomoc” ta sięgnąć ma łącznie 40 mln zł – reszta pójdzie na białoruskie „niezależne” media lokalne i stypendia dla tamtejszej młodzieży powiązanej z kręgami opozycyjnymi.

Finansowe problemy „Biełsatu” biorą się stąd, że w tym roku niespodziewanie odmówiła przekazania swojej działki TVP. Powód tego jego banalnie prosty – sama znajduje się trudnej sytuacji finansowej, z powodu m.in. znacznie mniejszych od zakładanych wpływów z reklam, i musi ciąć wydatki. Na domiar złego formalne porozumienie szefostwa „Biełsatu” z MSZ nie zostało w tym roku jeszcze podpisane, w konsekwencji czego środki z tego źródła nie zdążyły jeszcze wpłynąć na jego konto. W rezultacie TVP jest zmuszona jak na razie kredytować działalność stacji.

Ten problem ma być jednak podobno już niedługo rozwiązany, gdyż MSZ oświadczył, iż obiecane „Biełsatowi” pieniądze zostały już zarezerwowane i zostaną wkrótce przelane na jego konto. Nadal jednak będzie brakować co najmniej kilka milionów stosunku do założonego przez p. Romaszewską-Guzy budżetu. Prezes TVP, Juliusz Braun widzi w tej sytuacji rozwiązanie w pozyskaniu brakującej kwoty ze środków unijnych i zamierza wystąpić w tej sprawie do KE.

W istocie jednak jedynym sensownym rozwiązaniem, przynajmniej z punku widzenia polskiej racji stanu, byłoby po prostu bezzwłoczne zamkniecie owej „niezależnej” stacji. Jej działalność stanowi bowiem przejaw całkowicie chybionej i niezmiernie szkodliwej dla polskiego interesu narodowego polityki kolejnych ekip rządowych III RP wobec Białorusi, podobnie jak i zresztą tzw. Partnerstwo Wschodnie, czy ponawiane bez ustanku próby wmieszania białoruskiej Polonii do działań mających na celu obalenie rządów Aleksandra Łukaszenki w tym kraju. Ta służąca ewidentnie obcym czynnikom, bo na pewno nie Polsce, polityka nie przyniosła zresztą dotąd jakichkolwiek zakładanych skutków, poza jednym – uniemożliwiła ona normalne, dobrosąsiedzkie stosunki pomiędzy obydwoma krajami i niepotrzebnie skomplikowała położenie żyjącej na Białorusi stosunkowo licznej społeczności polskiej.

Oficjalnym uzasadnieniem tej polityki jest od początku niezmiennie dyktatorski, a nawet tyrański charakter rządów wspomnianego Łukaszenki. Jednak ta „tyrania” nie jest chyba aż tak daleko posunięta i rygorystyczna, skoro nawet sama charyzmatyczna przywódczyni opozycyjnych białoruskich kręgów „polonijnych”, p. Andżelika Borys nie tylko nie gnije w więziennych kazamatach, ale, pomimo różnych drobniejszych nieprzyjemności, jest w stanie prowadzić od lat całkiem normalne życie, m.in. swobodnie podróżując po Europie, z Brukselą włącznie. W istocie dobrze wiadomo wszystkim interesującym się choć trochę tematem, że nie o żadną „demokrację” i nie o „prawa człowieka” tu chodzi, ale o całkiem pokaźny majątek państwa białoruskiego, do którego Łukaszenka nie daje dostępu zachodnim korporacjom.

W tym kontekście działalność „Biełsatu” nosi wyraźne znamiona ingerencji w sprawy wewnętrzne drugiego państwa, co samo w sobie jest z zasady naganne i wysoce ryzykowne, bo może dać pretekst także i innym, np. Niemcom, do takich samych praktyk w stosunku do Polski. Stawia też ona w trudnym położeniu białoruską Polonię i uniemożliwia współpracę gospodarczą na szerszą skalę, na której obie strony mogłyby dużo zyskać, a którą Warszawa torpeduje doprawdy z niepotrzebną pryncypialnością. Takie np. wspomniane Niemcy co rusz potępiają Łukaszenkę, ale zawsze tylko na papierze – zupełnie nie przeszkadza to im w zabieganiu i uzyskiwaniu kolejnych lukratywnych kontraktów gospodarczych na Białorusi.

Mało tego, polityka III RP wobec Białorusi jest też błędna w samym swym założeniu. Nie dość, że chce ona na siłę wyeksportować do tego państwa demokrację w jej rodzimej „dziadowskiej” wersji, wbrew oczekiwaniom, nastrojom i pragnienieniom samych Białorusinów. Usiłuje również ona za wszelką cenę wydrzeć Białoruś z orbity wpływów Rosji i przeciągnąć ją na stronę Zachodu, a nawet intergować z UE, wbrew oczywistym względom geopolitycznym i ścisłym więzom gospodarczym łączącym oba wymienione państwa. Obiektywne przesłanki zaś z góry przekreślają taką możliwość, a przynajmniej czynią ją bardzo mało realną. Konsekwencją tych złudzeń musi być coraz większe wpychanie Łukaszenki w objęcia Moskwy, do czego też ewidentnie przyczyniły się ostatnie poczynania min. Sikorskiego. Tymczasem w naszym oczywistym interesie jest istnienie Białorusi jako państwa buforowego pomiędzy Polską a Rosją, o możliwie największym stopniu niezależności. Nie powinniśmy wdawać się w jakiekolwiek działania noszące znamiona otwartej rywalizacji z Rosją w całym obszarze postradzieckim, a więc i na Białorusi – to jest wyzwanie zdecydowanie ponad nasze siły. Nie mamy jednak żadnego interesu, ani też powodu czynnie pomagać jej w procesie „zbierania ziem ruskich”, jak to świadomie, czy też nieświadomie czynią nasi zawzięci realizatorzy polityki eksportu demokracji na Białoruś. Czy to się komu podoba, czy też nie, Aleksander Łukaszenką jest najlepszym, i w zasadzie na dzień dzisiejszy jedynym, gwarantem względnej niezależności Białorusi tak od Zachodu, jak i Wschodu. Zaś chyba tylko kompletnym absurdem można nazwać politykę, która ma założeniu szkodzić Rosji, natomiast w praktyce jej pomaga.

Andrzej Turek