Jarubas – „obrotowość” w nowym wydaniu

jarubasAdam Jarubas – topowy przedstawiciel nowo wyhodowanej fali „młodych, zdolnych” PSL-u i świeżo kreowany kandydat tej partii na prezydenta III RP, stara się ze wszystkich sił choć trochę ubarwić jakże dotąd w sumie nudną i bezbarwną kampanię prezydencką AD 2015. W ramach energicznych działań na rzecz szybkiego zwiększenia swojej do niedawna nikłej rozpoznawalności m.in. bardzo odważnie zadeklarował gotowość do osobistego telefonicznego pouczenia prezydenta FR W. Putina, co jest dla niego dobre, a co niedobre. Wykorzystując zaś swe niekwestionowane talenty muzyczne, zaśpiewał przy okazji 8 marca swoim wielbicielkom i przede wszystkim potencjalnym wyborczyniom kilka romantycznych piosnek.

Naturalnie, jest to jednak tylko swoista ozdoba, taki ładny, przyjemny dla ucha i oka, dodatek dla ekspozycji czysto politycznych (w tym również dyplomatycznych) talentów i predyspozycji tego „młodego, wybitnego, perspektywicznego polityka najnowocześniejszego pokolenia”, jak zaanonsował i zaprezentował Jarubasa szerszej publice jego główny mentor i zarazem protektor J. Piechociński.

Te zaś młody kandydat PSL-u zaprezentował w całej pełni chociażby w trakcie odbytej dnia 4 marca br. na wp.pl rozmowy z p. Wiesławem Dębskim (w ramach emitowanego przez to medium programu „Z każdej strony”). W narcystycznym uniesieniu zadeklarował tam, iż „gra o dobry, dwucyfrowy wynika dla Adama Jarubasa” i że ma wszelkie podstawy oczekiwać, iż za sprawą intensywnej kampanii wyborczej, nastawionej głównie na bezpośredni kontakt z wyborcami, a właściwie to kandydatami na wyborców, dojdzie do co najmniej kilkunastu procent poparcia, który to wynik postawi go w szeregu tych podobnie młodych kandydatów (A. Duda, M. Ogórek), którzy będę mieli realną szansę stanąć do drugiej tury wyborów z Bronisławem Komorowskim. Odpowiadając zaś na sugestie nieco zaskoczonego tymi szumnymi deklaracjami red. Dębskiego, że starsi koledzy z kierownictwa PSL-u nie podchodzą do jego kandydatury aż tak ambitnie, bojowo i przebojowo, a nawet wręcz zdają się ją traktować tylko jako swoistą przystawkę dla urzędującego prezydenta, odparował: „Przecież nie po to partia wyłania swojego reprezentanta, żeby go później nie popierać”. Dębski zatem indaguje: „Czuje Pan poparcie prezesa” (w kontekście jakiejś tam nieopatrznej wypowiedzi Piechocińskiego, że chciałby właściwie zwycięstwa Komorowskiego)? Jarubas odpowiada: „Absolutnie tak, chociaż mam dużą autonomię, i to też był warunek w jakimś sensie mojego startu, bo nie chcę kandydować jako reprezentant czy koalicji, nie chcę być prezydentem koalicji czy opozycji, nie chcę i nie będę wiązany instrukcjami partyjnymi w tym zakresie. Prezentuję swój pogląd i już dzisiaj często spotykam się właśnie z krytyką czy to kolegów koalicjantów, czy nawet dyskusją u nas. Ale to jest potwierdzenie tego, że właśnie tak widzę wizję swej aktywności i prezydentury”. Dębski nieustępliwie drąży dalej temat: „I nie czuje Pan mandatu swoich kolegów, którzy panu zaufali”? Jarubas na to: „Nie, nie czuję takiego ciężaru”. Dębski: „I zobowiązania wobec nich”? Jarubas rezolutnie: „Zobowiązanie zaciągnąłem wobec wyborców, z którymi się spotykam. Zaciągam, prowadząc rozmowy i deklarując, jaki mam pomysł na Polskę…”.

Cóż, gdyby rozpatrywać rzecz z czysto formalno-prawnego punktu widzenia, to powyższe wynurzenia p. Jarubasa jak najbardziej oddają stan faktyczny. Nie jest on bowiem w tym kontekście nie tylko kandydatem koalicji, ale w sensie ścisłym nawet własnej macierzystej partii (jako że formalnie kandydatów na prezydenta zgłaszają komitety wyborcze wyborców-obywateli). Rozpatrując jednak tę samą kwestię praktycznie, z miejsca rzuca się w oczy ich niebywała wprost groteskowość. Pytanie pierwsze z brzegu: kto wykłada p. Jarubasowi kasę na tę, tak intensywną kampanię wyborczą? Czyżby sami wspomniani wyborcy? Zresztą, czy w ogóle p. Jarubas spotykał się dotąd z innymi wyborcami niż szeroko pojęty aktyw terenowy PSL-u? Można mieć duże wątpliwości w tym względzie. Z dużym prawdopodobieństwem zaciągał on więc te zobowiązania po prostu u tegoż aktywu! I tenże sam aktyw – nie kto inny przecież – pozbiera mu wcale poważną ilość podpisów potrzebną do rejestracji. Mamy tu zatem przypadek kandydata do gruntu partyjnego, który jednak, z pobudek czysto taktycznych, stara się różnymi trikami oficjalnie dystansować wobec swojej partii-żywicielki, mając choćby na uwadze to, że w poprzednich wyborach prezydenckich jej kandydatom poszło bardzo kiepsko. Jeżeli jednak jemu samemu jakimś zbiegiem okoliczności pójdzie tym razem znacznie lepiej, to – rzecz prosta – szybko zapomni o owej „autonomii”, przypomni sobie zaś z mety właśnie o owych partyjnych instrukcjach!

Ale te niezdarne w gruncie rzeczy sofistyczne wygibasy, to jeszcze nic w porównaniu z prawdziwym popisem w tym zakresie, jaki Adam Jarubas dał już dzień później (5 marca br.), w tym samym programie i w trakcie dyskusji z tym samym rozmówcą. Pozwolę sobie zacytować najbardziej znamienne i uderzające fragmenty tej rozmowy:

Wiesław Dębski (dalej: WD.): (…)Pan jest bardzo krytyczny wobec premier Kopacz i premiera Piechocińskiego. W liście otwartym, który wydał pan w poniedziałek, nazwał ich politykę zagraniczną pasmem porażek”.

Adam Jarubas (dalej: AJ.): „Przedstawiłem swoją diagnozę 25 lat polskiej polityki zagranicznej. Czy pan redaktor uważa, że to są same sukcesy?”.

WD.: „Nie, ja tylko pytam … właściwie o pana stosunek do koalicji? Bo pan jest przedstawicielem partii rządzącej”.

AJ.: „Już odpowiadam. Polskie Stronnictwo Ludowe ma koalicję z Platformą, ale ja nie mam koalicji ani z Bronisławem Komorowskim, ani PSL nie ma koalicji z Bronisławem Komorowskim. Ale, wracając do sedna sprawy, przedstawiłem, ponieważ uważam, że powinna w tej debacie prezydenckiej, powinien być podnoszony wątek jednak polityki międzynarodowej, obronności. To są podstawowe prerogatywy prezydenckie. I wypowiedziałem się w tej kwestii. I wykazałem, że są rzeczywiście sukcesy. Nasze wejście do NATO, do Unii Europejskiej, to było zwieńczenie wielu lat starań. Natomiast ostatnie 10 lat pokazało, zwłaszcza w kontekście dokonywania dzisiaj analizy, na ile jesteśmy podmiotowi w tej polityce, na ile skutecznie dbamy też o nasze interesy, jeśli chodzi o politykę wschodnią. Że tutaj chociażby fakt, ja stwierdzam fakt, nie szukam winnych. (…)tylko mówię: Grupa Wyszehradzka była takim naszym pomysłem na kształtowanie relacji w Europie Środkowo-Wschodniej (czy któryś z krajów członkowskich GV, włączając w to Polskę, leży w Europie Wschodniej? – AT.), w trudnej przestrzeni między Rosją a NiemcamiUważam, że choćby fakt, że Grupa Wyszehradzka trochę się zatomizowała, że Czesi, Słowacy z Austriakami zawiązali Trójkąt Sławkowski, że w tym gronie chcą pracować, a my jesteśmy trochę tak bezkrytycznie zapatrzeni na Niemcy, które też, jak się dzisiaj zarzuca Węgrom, że trochę działają na rzecz rozbicia solidarności europejskiej, to przecież Węgrzy (chyba p. Jarubas miał tu na myśli Niemców, tylko z wrażenia najzwyczajniej się przejęzyczył – AT.), budując Gazociąg Północny, Nord Stream, najbardziej godziły w solidarność europejską”.

WD.: „W sprawie tej grupy, która ma zastąpić Grupę Wyszehradzką, ja mam przed sobą wywiad z ministrem spraw zagranicznych Czech Lubomirem Zaoralkiem, który mówi w ten sposób, pytany: <<Więc nie jest to stowarzyszenie przeciwko sankcjom nałożonym na Rosję i przeciwko Grupie Wyszehradzkiej, nie, muszę temu zaprzeczyć. Nie chcemy być niczyim koniem trojańskim. Opowiadamy się za wspólnym stanowiskiem Unii Europejskiej w kwestii kryzysu ukraińskiego, bo to jest jedyna nasza szansa”.

AJ.: „Ale ja to samo mówię”.

WD.: „Pan mówi, że oni chcą zlikwidować Grupę Wyszehradzką”.

AJ.: „Ale jeśli czytamy przecież, a ja przejrzałem założenia Grupy Sławkowskiej (to chyba znowu nerwy – AT.), że oni przed każdą Radą Europejską będą sobie w tym gronie ustalać priorytety dla tej trójki państw, to też jakby mówię o osłabieniu tej Grupy. Ale potwierdzam, że jedyną dzisiaj odpowiedzią na imperialne zakusy Putina jest budowanie jedności czy jednomyślności struktur europejskich”. (…)

W tym miejscu na porządku dyskusji staje m.in. temat polityki Orbana i przebiegu jego niedawnej wizyty w Warszawie, a p. Jarubas rzecze w tym przedmiocie tak: (…)Na język zaprotestowałem, a nie robiłem afirmacji polityki Viktora Orbana. Na to też zwróciłem uwagę w tym liście”.

WD.: „A pan, jako kandydat na prezydenta, ocenia dobrze funkcjonowanie koalicji rządzącej w Polsce, czy źle”?

AJ.: „Każda koalicja jest trudna, bo jest różnica interesów, ale uważam, że w dzisiejszych czasach to jest jedyna koalicja, która daje stabilny, dobry rozwój Polski. Jeśli chodzi o kwestie zagraniczne, to my nigdy wprost nie odpowiadaliśmy za ten obszar. Mówiliśmy często odmiennym językiem. Pan redaktor pamięta wypowiedzi… (wytłuszczenia tekstu – AT.)”.; całość:

http://wiadomosci.wp.pl/kat,36474,title,Adam-Jarubas-ja-za-Putinem-Bzdura,wid,17313046,wiadomosc.html

Wyjaśnijmy jeszcze w tym miejscu, że ów wspominany wyżej list otwarty, to list, jaki p. Adam Jarubas skierował do dziennikarzy na parę dni przed wizytą u red. Dębskiego. W liście tym zwraca on – skądinąd jak najbardziej słusznie – uwagę i podpiera to nawet swoimi konkretnymi wypowiedziami z przeszłości, że całkowicie niesłusznie przypisuje mu się „prorosyjskie poglądy”. Wykłada też w nim swoje przemyślenia odnośnie kształtu „polskiej” polityki zagranicznej w ogóle. Oto bodaj najciekawszy fragment tegoż listu:

„(…)Wielokrotnie mówiłem, że polska polityka zagraniczna ma nie być pro – czy antyrosyjska, pro – czy antyniemiecka, pro – czy antyukraińska. Ona po prostu musi być propolska. Niezrozumiałe jest dla mnie, że upominanie się o polski interes narodowy, w tym o bezpieczeństwo i ekonomiczne aspekty prowadzonej polityki może kogokolwiek narazić na zarzut prorosyjskości…”.

Faktycznie akurat do partii noszącej dziś wzniosłą, szacowną nazwę Polskie Stronnictwo Ludowe te górnolotne maksymy „pasują jak ulał”. Przecież właśnie ta partia w przeciągu istnienia III RP wprost nie ustawała w „gorliwej dbałości” o „polski interes narodowy”!!!

Ponadto p. Jarubas kładzie w rzeczonym liście szczególny nacisk na konieczność ponownego wypracowania „podmiotowości” przez ową „propolską” politykę. Jak można tego dokonać? Ano bardzo prosto: (…)Naczelnym zadaniem ponowno być doprowadzenie do jedności w strukturach euroatlantyckich. Wykorzystajmy postrzeganie Polski jako państwa, które ma dobre relacje ze Stanami Zjednoczonymi i umiarkowanie partnerskie relacje (cokolwiek by to miało znaczyć – AT.) z Niemcami”. I oczywiście dodaje obowiązkowo: (…)Tylko jednolity głos Unii i NATO może powstrzymać imperialne zakusy Putina”. Zatem, przekładając to na konkrety, Jarubas chce bronić „solidarności europejskiej” nawet wbrew i przeciwko samym Niemcom (bo tak właśnie wynika z treści jego rozmowy z p. Dębskim), i kontynuować, a nawet rozwijać te działania, które – tak wygląda naga rzeczywistość – do utraty tejże podmiotowości właśnie doprowadziły.

Wracając jeszcze do tej rozmowy, zauważmy osobliwy paradoks, którego uporczywie czepiał się – i słusznie – sam red. Dębski. Otóż, p. Jarubas zachowywał się w jej trakcie tak, jakby partia rekomendująca go do funkcji prezydenckiej, była jedną nogą w rządzie, a drugą w opozycji. Czyli – coś mniej więcej w rodzaju słynnego wałęsowskiego powiedzenia: „jestem za, a nawet przeciw”. Ściślej zaś rzecz ujmując, próbował całkowicie kuriozalnie dowodzić, iż można być członkiem układu rządzącego i korzystać ze wszystkich wynikających z tego korzyści i profitów, nie ponosząc jednocześnie właściwie odpowiedzialności za efekty tych rządów, np. pod tym pretekstem, że to przecież nie my „odpowiadamy bezpośrednio za ten obszar (w tym przypadku politykę zagraniczną)”. Czyli, jesteśmy organicznym komponentem koalicji rządzącej, której przedstawiciele produkowali się na kijowskim Majdanie, co ściągnęło na polskich rolników rosyjskie embargo, i nawet po tych smutnych wydarzeniach dalej podtrzymujemy jej istnienie (gdyż „dobry, stabilny rozwój Polski” akurat tego właśnie wymaga), ale skoro przecież osobiście wcale tam nie jeździliśmy, skoro siedzieliśmy wtenczas cicho w domowych pieleszach – to posiadamy rzekomo jak najbardziej wystarczające alibi i usprawiedliwienie. Ale istnieje chyba jeszcze coś takiego, jak umowa koalicyjna, w której uwzględnia się nie tylko „różnicę interesów”, czyli podział wszystkich dostępnych stołków, pomiędzy koalicjantami, ale i ogólne zarysy, przewodnie motywy polityki, jaką ten wspólny rząd koalicyjny będzie prowadził! I jak się podpisało taki cyrograf, to nie wystarczy potem chować się po dziurach, by można było rytualnie umyć ręce i odżegnać się od wszelkiej odpowiedzialności!

Mając powyższe na uwadze, z dużym zdziwieniem, a miejscami wręcz nawet konsternacją, przeczytałem zamieszczony niedawno na portalu mysl-polska.pl artykuł autorstwa p. Marka T. Trzaski pt.

„Jarubas pod pręgierzem rusofobów”, pełen peanów pod adresem wymienionego w samym tytule polityka (ów tekst został również wydrukowany w nr 11-12 (15-22.03) „Myśli Polskiej”):

www.mysl-polska.pl/node/394

Trzaska już na samym początku wywodzi, co następuje: „Wypowiedzi kandydata Polskiego Stronnictwa Ludowego na prezydenta RP Adama Jarubasa na temat polskiej polityki wschodniej i zaangażowania postsolidarnościowych polityków w poparcie Majdanu wywołało burzę wokół jego osoby. Do tej pory PSL kojarzony był z elastyczną partią, która mogła stworzyć koalicję rządzącą praktycznie z każdym i jak ognia unikała trudnych tematów mogących wywołać jakiekolwiek medialne zawieruchy.

Tymczasem ku zaskoczeniu sporej części obserwatorów polskiej sceny politycznej przedstawiciel partii, która utożsamiana była z zasadą „tisze idiesz, dalsze budiesz”, przeciwstawił się polityce praktycznie całego obecnego establishmentu.

Jarubas, nie dość, że zakwestionował sens popierania Majdanu i zaangażowania się po stronie Ukrainy, co zakończyło się rosyjskim embargiem na polskie produkty, to przeprosił premiera Węgier Victora Orbana za zachowanie premier Ewy Kopacz i innych polityków względem niego…”.

Trochę niżej zaś czytamy: (…)Wystarczyło, że politycy PSL nie urządzali pielgrzymek na Majdan, a teraz Adam Jarubas zakwestionował obecną linię polityki wschodniej, aby nie tylko on, ale cały nurt ludowy stał się <<rosyjską agenturą>> i celem ataków w mass mediach”.

Przy całym moim szacunku dla p. Trzaski (i jeszcze większym dla „Myśli Polskiej”), nie sposób się z powyższymi ocenami zgodzić. Owszem, politycy PSL nie jeździli na Majdan – to niezbity fakt (choć faktem jest również, że nie poważyli się ani słówkiem skrytykować ani samego Majdanu, ani wspomnianych wycieczek – przynajmniej ja z niczym takim się nie spotkałem). Ale teza, jakoby „teraz Adam Jarubas zakwestionował obecną linię polityki wschodniej”, została wzięta chyba dosłownie z „księżyca”. To samo dotyczy zresztą wyrażeń w rodzaju: „przeciwstawił się polityce praktycznie całego obecnego establishmentu”, czy też: „zakwestionował sens popierania Majdanu i zaangażowania się po stronie Ukrainy”. A proszę mi znaleźć w przytoczonych wyżej fragmentach jego dyskusji z p. Dębskim (czy gdziekolwiek indziej) jakiekolwiek rzeczowe argumenty na ich uzasadnienie! Ja w każdym bądź razie odczytałem stanowisko p. Jarubasa zupełnie inaczej, a mianowicie, że w ogólnych zarysach jak najbardziej akceptuję tę „obecną linię”, a jeśli coś kwestionuje, to najwyżej same metody, sam sposób jej realizacji. A więc, jak na prawdziwego peeselowca przystało, neguje przede wszystkim sens jałowego „machania szabelką”, jest przeciwko dostarczaniu (w praktyce za gratis) Ukrainie polskiej broni, wysyłaniu tam polskiego personelu wojskowego, czyli w konsekwencji jest przeciwko dalszemu zaognianiu konfliktu. Za to właśnie i tylko za to dostało mu się w mediach od wymienionych w tekście p. Trzaski tuzów polityczno-medialnych.

Jednocześnie Adam Jarubas optuje za udzielaniem Ukrainie wymiernej pomocy gospodarczej, a nawet (w tymże liście otwartym) wzywa do opracowania „takiego, swoistego, kolejnego planu Marshalla” (w oparciu o kraje UE i G-20), który pozwoliłby ustabilizować, a właściwie to uratować ukraińską gospodarkę, co by z kolei zapobiegło masowemu exodusowi Ukraińców na zachód, w pierwszym rzędzie do Polski. Idea może i po części słuszna, pytanie tylko jak duży miałby być polski wkład. Poza tym poniekąd szkoda, że p. Jarubas nie pomyślał akurat w tym kontekście także o województwie, któremu marszałkuje, jako że skala emigracja zarobkowej jest tam również bardzo duża, ponoć największa w Polsce!

Tak realnie, to można mówić co najwyżej o pewnym dystansie względem Majdanu w wydaniu najpierw prezesa Piechocińskiego, a teraz Jarubasa. Wiele też wskazuje na to, iż sam ten dystans, w zestawieniu zwłaszcza z wojowniczą, wręcz wojenną postawą PiS-u, wydatnie przyczynił się do ubiegłorocznego sukcesu PSL-u w wyborach samorządowych. Nie dziwota zatem, że usiłują jeszcze raz zastosować ten sam prosty trick, tym bardziej, że ogólna sytuacja społeczno-polityczna i nastroje panujące obecnie na wsi na dobrą sprawę taką postawę właściwie wymuszają. Zatem wchodzą tu w grę tylko względy bieżącej taktyki politycznej – tyle i tylko tyle!

Zresztą, nawet w tym zakresie widać dużą chwiejność. P. Trzaska, wymieniając warunki, które jego zdaniem kandydat PSL musi spełnić, by podciągnąć swoją partię do poziomu i pozycji „centrowej”, „wielonurtowej” (w tym oczywiście nurt <<postendecki>>) formacji politycznej, zakorzenionej nie tylko na wsi, ale i w dużych aglomeracjach miejskich, pisze m.in. tak: (…)Po pierwsze sam Jarubas nie może porzucić retoryki, którą przyjął w kwestii polityki wschodniej, bo to będzie oznaczało powrót do punktu wyjścia” . A więc chodzi tu tak naprawdę przede wszystkim o używaną pod bieżące potrzeby i oczekiwania potencjalnego elektoratu wyborczą retorykę, niekoniecznie zaś o konkretny, rzeczowy, sprecyzowany program polityczny. W dodatku Jarubas już tę retorykę właściwie porzucił, a przynajmniej pofolgował – i nie trzeba go było nawet nadmiernie naciskać, by to zrobił. Jeśli p. Trzaska jeszcze dotąd tego nie dostrzegł, to spieszę o tym donieść, bowiem trwanie w iluzjach zwykle dużo kosztuje.

A tak w ogóle – działacz polityczny z dwudziestoletnim stażem partyjnym, przez trzy kolejne kadencje pełniący wcale eksponowaną funkcję marszałka województwa, posługujący się gadką w stylu „mam pomysł na Polskę”, nie wydaje mi się materiałem na autentycznego męża stanu, nie widzę też w nim specjalnie zadatków na współczesnego następcę Witosa. Chciałbym się oczywiście mylić…

Andrzej Turek