Iran kontra Izrael i USA – geneza, podłoże, charakter i możliwe scenariusze konfliktu

W ciągu ostatnich kilku miesięcy niemal codziennie media donoszą o rosnącym napięciu pomiędzy wymienionymi państwami. Często gęsto podnoszą się alarmy o groźbie wybuchu otwartej wojny w niedalekiej przyszłości. Brakuje jednak informacji o głębszym podłożu i konkretnych przyczynach, które warunkują tak wielką ich wrogość. Ściślej mówiąc, takich informacji jest wystarczająca ilość w sieci, są one jednak bardzo rozproszone, ograniczone do określonych, oderwanych zagadnień, i prawie zawsze cząstkowe. Bardzo trudno zaś doszukać się jakiejś syntezy, która by łączyła w sobie aspekty: polityczny, ideologiczny, militarny itd. tego zagadnienia. Niniejszy artykuł jest próbą, jakkolwiek zapewne nieudolną, zaradzenia temu brakowi i elementarnego choćby oświecenia przeciętnego polskiego czytelnika, głębiej zainteresowanego tym tematem.

Otóż, źródeł tej głębokiej, fundamentalnej, nieprzezwyciężalnej wrogości pomiędzy Islamską Republiką Iranu a Izraelem i USA trzeba szukać już wiele dziesiątków lat temu, w epoce rządów szacha (szachinszacha) Mohammada Rezy Pahlawiego, który rządził Iranem w latach 1944-1979, jako drugi i ostatni władca z dynastii Pahlawi, po swoim ojcu Rezie Pavlawim, który zasiadł na tronie w 1925 r. w wyniku zamachu stanu. Reza Pahlawi młodszy, który spędził swoją młodość głównie w krajach zachodnioeuropejskich, miał ambicje zrobić z własnym państwem mniej więc to, co wcześniej zrobili z Turcją młodoturcy na czele z Mustafą Kemalem. Prowadził politykę głębokiej modernizacji technicznej i unowocześniania oraz rozwoju irańskiej gospodarki, połączoną z dosyć daleko idącą rewolucją cywilizacyjno-kulturową w duchu laickim, m.in. zwiększył prawa kobiet, przeprowadził reformę rolną, i starał się ograniczać wpływ islamskiego kleru na życie publiczne, jak tylko mógł, m.in. usiłował zlikwidować sądy religijne, spoczywające w reku imamów. Z jego to inspiracji pojawiły się w Iranie garnitury, a u nielicznych, wyzwolonych kobiet, głównie w stołecznym Teheranie i innych dużych metropoliach, krótkie spódniczki. Taki kurs polityczny zapoczątkował zresztą w dużej mierze już jego ojciec. Rządy Rezy Pahlawiego były jednak od samego początku bardzo niepopularne, nie tylko ze względu na jego ambiwalentny stosunek do islamu i odcinanie się od irańskich tradycji, ale przede wszystkim z powodu jego daleko idącego uzależnienia od Zachodu, szczególnie zaś od USA.

Szach objął osobiste, ściśle autorytarne rządy w 1953 r., po obaleniu niezależnego i odpornego na zewnętrzne naciski premiera Mossadegha, dzięki intrygom zaplanowanym i przeprowadzonym przez CIA. Ceną były wielkie amerykańskie przywileje w Iranie – Amerykanie m.in. położyli rękę na 40% wydobycia irańskiej ropy. Forsowanie polityki szybkiego uprzemysłowienia kraju pociągnęło za sobą również ten skutek, że wobec braku rodzimej kadry technicznej trzeba było ściągnąć tysiące zachodnich specjalistów. Taka polityka budziła od początku powszechny opór i sprzeciw większości społeczeństwa, podsycany głównie przez islamskich duchownych – imamów i ajatollahów, najbardziej zagrożonych w swej dotychczasowej pozycji. Zadowolone z szacha była tylko i wyłącznie kręgi nowobogackich. Przez długie lata udawało się Pahlawiemu niezmiernie brutalnymi metodami dławić i trzymać nasilającą islamską opozycję w ryzach, jednak narastająca bieda i korupcja podmyła w końcu jego tron. W 1979 r. islamiści wywołali rewolucję. Szach uciekł za granicę, gdzie wkrótce zmarł na raka. Władzę w Iranie ujął zaś w swoje twarde ręce ajatollah Ruhollach Chomeini – dotychczasowy główny przywódca islamskiej opozycji. Jednocześnie ogłoszono przekształcenie Iranu w republikę islamską.

Musiało to wywołać potężne reperkusje międzynarodowe, gdyż szach był jednym z największych pupilków – i zarazem marionetek – USA w tzw. trzecim świecie. Będąca na jego usługach i stanowiąca główną podporę jego rządów niezwykle brutalna i okrutna tajna policja SAVAK miała na swoim koncie dziesiątki tysięcy zamordowanych działaczy opozycji, w przeważającej mierze islamistów. Została ona zorganizowana i wyszkolona w latach 50-tych ub. wieku przy wydatnej pomocy służb specjalnych państw zachodnich, szczególnie CIA i brytyjskiego M16, a także Mossadu. Do samego końca rządów szacha ściśle też z nimi współpracowała (zwłaszcza z CIA). W szczytowym okresie SAVAK liczył około 100 tysięcy etatowych funkcjonariuszy, nadto posiadał kilka milionów konfidentów we wszystkich warstwach społecznych, i wespół z Irańską Żandarmerią Cesarską – tradycyjnym narzędziem obcych wpływów w Persji, stanowił główną podporę rządów Pahlawiego. Z tego też tytułu zwycięzcy islamiści od początku pałali wobec Amerykanów otwartą nienawiścią i żądzą zemsty. Od zawsze postrzegali też Zachód i bliższe związki z nim jako wielkie niebezpieczeństwo świeckiego rozkładu moralnego dla ich kraju.

Na tym tle już w listopadzie 1979 r. islamscy radykalni studenci wtargnęli, za cichym przyzwoleniem Chomeiniego, do ambasady USA w Teheranie, i przetrzymywali następnie pojmanych amerykańskich dyplomatów jako zakładników przez ponad rok. Jako warunek ich uwolnienia nowe władze irańskie żądały oficjalnych amerykańskich przeprosin za wspieranie krwawych rządów szacha i jego ekstradycji do Iranu (przebywał on wówczas w jednej z amerykańskich klinik), ze skutkiem łatwym do przewidzenia wiadomym. Dla USA były do warunki absolutnie nie do przyjęcia, stąd próbowano odbić zakładników przy pomocy akcji komandosów. Ta próba skończyła się jednak całkowitym fiaskiem, przynosząc Amerykanom dotkliwy cios prestiżowy, a Carterowi koniec marzeń o reelekcji. Zakładnicy odzyskali w końcu wolność w wyniku negocjacji, które toczyły się już po śmierci szacha w Egipcie, ale wszelkie stosunki Iranu z USA zostały zerwane. Napaść na amerykańską ambasadę stanowiła tak daleko idące, bezprecedensowe pogwałcenie prawa międzynarodowego, że Waszyngton nie miał praktyczne innego wyjścia, jak tylko zerwać stosunki dyplomatyczne z Teheranem. Iran do dnia dzisiejszego ani nie przeprosił USA za ten krok, ani nie wypłacił poszkodowanym amerykańskim dyplomatom jakiegokolwiek odszkodowania. W nowej irańskiej ideologii państwowej oficjalnie ogłoszono za to USA i Izrael odpowiednio „Wielkim i Małym Szatanem”.

Waszyngton nie patrzył biernie na to wszystko. Z braku możliwości bezpośredniej ingerencji w sprawy wewnętrzne Iranu, wykorzystał wielkomocarstwowe rojenia jego sąsiada – irackiego dyktatora Saddama Husajna i podburzył go do ataku na Iran, na tą okoliczność solidnie zresztą go dozbrajając. Wynikła z tego długoletnia (1980-1988 r.) wojna iracko-irańska, o bardzo zmiennym przebiegu. Skończyła się ona ostatecznie wynikiem nierozstrzygniętym i jedynie ogromnie wykrwawiła obie strony. Jedyną korzyść z niej odniósł praktycznie faktyczny jej inspirator. Co paradoksalne, to USA i ich sojusznicy dozbroiły wtedy Husajna w broń chemiczną, którą ten zastosował na ogromną skalę przeciwko irańskiej piechocie, gdy nie dawał już sobie z Persami rady, walcząc tylko bronią konwencjonalną. Pochłonęła ona ogromne ofiary, ale na Zachodzie jakoś to wtedy nikomu nie wadziło. Przypomniano sobie o niej dopiero wtedy, gdy tenże sam Husajn stał się krnąbrny i niewygodny.

W tym miejscu trzeba rozwiać kilka zasadniczych nieporozumień i niedopuszczalnych uproszczeń dotyczących współczesnego Iranu. Po pierwsze więc, stanowiący większość jego mieszkańców i rządzący niepodzielnie nim Persowie nie mają nic wspólnego z Arabami. To fakt niby dziecinnie oczywisty, a mimo to tu i ówdzie można nadal napotkać takie mylące określenia, bardzo zniekształcające obraz rzeczywistości. Persowie należą do wielkiej rodziny ludów indoeuropejskich. Natomiast Arabowie wszelkich odmian zaliczają się, obok Żydów i różnych pomniejszych ludów azjatyckich, do rasy semickiej. Persowie przejawiają zarazem po dziś dzień wyraźne poczucie wyższości nad całym światem arabskim z tytułu staroperskiej tradycji mocarstwowej i oczywistej – w ich mniemaniu – wyższości kulturalno-cywilizacyjnej. Ta otwarta niechęć, a nawet wrogość jest oczywiście odwzajemniana także i przez drugą stronę, co ma bardzo poważny wpływ na stosunki polityczne w całym regionie Bliskiego Wschodu.

Drugą cechą wyróżniającą Iran spośród wszystkich innych krajów muzułmańskich jest to, że jest on na wskroś krajem szyickim. Szyizm jest – w wielkim skrócie – odłamem mahometanizmu, który wyłonił się w VI wieku w imię „powrotu do czystości wiary”. Pozostaje on w wyraźniej opozycji do drugiego głównego nurtu islamu – sunnityzmu, zdecydowanie dominującego w świecie arabskim. Kraje zamieszkiwane dziś głównie przez szyitów to: Iran (ponad 90% ludności), Azerbejdżan (70-85 %), Irak (60%), Bahrajn (ok. 55%), Liban (30%) i Afganistan (około 20%). W pozostałych krajach muzułmańskich stanowią oni niewielką mniejszość bądź nie ma ich tam wcale. Jak więc z tego widzimy, jedynym krajem arabskim o przewadze ludności szyickiej, skoncentrowanej głównie na południu, jest Irak ( w niedalekim Bahrajnie szyici stanowią około połowy populacji, są jednak w dużej mierze ludnością napływową). Nigdzie przy tym szyizm nie odgrywa tak doniosłej roli społeczno-politycznej, jak we współczesnym Iranie. Jest tam on (w swej odmianie imamickiej) od czasów zwycięstwa rewolucji islamskiej religią państwową. Co prawda, sytuacja w tym zakresie zaczyna się ostatnimi czasy zmieniać za sprawą rozwoju wydarzeń w sąsiednim Iraku, gdzie szyici uzyskali dominujące wpływy polityczne, paradoksalnie dzięki amerykańskiej agresji i obaleniu dyktatury Saddama Husajna, a tym samym dotychczasowej przewagi tamtejszych sunnitów. Ten fakt podziału świata muzułmańskiego na głównej linii: sunnityzm-szyizm ma bardzo poważne konsekwencje, dużo większe niż odwieczny antagonizm persko-arabski, jako że cześć sunnitów nie uznaje w ogóle szyitów za muzułmanów. Sytuacja ta pozwala Izraelowi i USA wygrywać dyplomatycznie przeciwko Iranowi większość krajów arabskich.

Trzecim bardzo zawikłanym i często zafałszowanym, a bardzo istotnym zagadnieniem jest kwestia panującego w Iranie systemu polityczno-ustrojowego, który często interpretuje się jako do głębi totalitarny. Nie jest to prawdą. Jest to ustrój na wskroś oryginalny, niepowtarzalny i jedyny na całym świecie. Został on wprowadzony na mocy konstytucji uchwalonej jeszcze w toku rewolucji, w 1979 r. W najogólniejszym zarysach można go określić jako specyficzną mieszaninę teokracji z elementami republikańskimi, z wyraźną przewagą tej pierwszej. Zgodnie z konstytucją najwyższym autorytetem we wszystkich dziedzinach życia państwowego, nie tylko w płaszczyźnie religii, jest islamski przywódca duchowo-polityczny. Funkcję tę pełni obecnie, po zmarłym w 1989 r. Chomeinim, ajatollah Ali Chamenei, równie konserwatywny jak jego poprzednik. W całym zresztą świecie szyickim ajatollahowie, czyli wybitni znawcy teologii islamskiej, spełniają zarazem doniosłą rolę społeczną i polityczną – sprawują istotną część władzy, jeśli nie bezpośrednio, to przynajmniej pośrednio. W Iraku np. do dnia dzisiejszego taką pozycję posiada wielki ajatollah Ali al-Sistani. W warunkach irańskich przywódca duchowo-polityczny spełnia rolę rzeczywistej głowy państwa, jest też głównodowodzącym sił zbrojnych, a szczególnie elitarnej formacji – Gwardii Rewolucyjnej (Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej, tzw. Pasdaran), wyodrębnionej całkowicie od armii regularnej i wyposażonej w najnowocześniejszą broń, m.in. rakietową. Nie jest jednak bynajmniej absolutnym satrapą ani też despotą, jako że sam też pochodzi z wyboru. Jest mianowicie wybierany na określony okres czasu przez tzw. Zgromadzenie Ekspertów, złożone z ponad 80 najwyższych rangą duchownych szyickich w kraju. To ciało posiada również w stosunku do niego pewne uprawnienia kontrolne. Obok władz duchownych konstytucja dopuszcza osobny pion władz świeckich, wyłanianych w drodze wyborów powszechnych, na czele z prezydentem i parlamentem. Jednakowoż wszystkie ich decyzje i kroki są cały czas monitorowane pod katem ich zgodności z zasadami szyizmu przez specjalną tzw. Radę Strażniczą, spełniającą rolę swoistego nadrządu. Należy tu zaznaczyć, że w Iranie obowiązuje prawo islamskie zbliżone do szariatu. Pomimo tak daleko idącej ingerencji duchownych w świat polityki, rola polityków świeckich jest również dosyć znaczna. Jakkolwiek zależni od ajatollahów nie są tylko wyłącznie ich ślepymi marionetkami. Mają również niemało do powiedzenia, zależnie od panującej koniunktury politycznej i układu sił w państwie – przede wszystkim sprawują bezpośrednią władzę wykonawczą i reprezentują oficjalnie Iran na zewnątrz.

Wprowadzenie elementów republikańskich i instytucji powszechnych wyborów, nie do pomyślenia za szacha, doprowadziło stopniowo do wykształcenia się w obrębie władz świeckich dwóch rywalizujących ze sobą skrzydeł: zachowawczo-konserwatywnego i liberalno-reformistycznego. Był czas, kiedy to drugie miało duże wpływy, a nawet przewagę. Do 2005 r. prezydentem Iranu był, uważany powszechnie za liberała i zwolennika „miękkiej linii”, ajatollah Mohammad Chatami. W tymże jednak roku wybory prezydenckie wygrał uznawany powszechnie za islamskiego radykała Mahmud Ahmadineżad, dotychczasowy burmistrz Teheranu. W obliczu rosnącego napięcia w stosunkach z Zachodem i zagrożenia z jego strony doszło też ostatnio w Iranie do wzmożonej ingerencji czynników duchownych w sferę „świeckiej” polityki i sztucznego wyeliminowania wielu polityków uważanych za liberałów. Skutkiem tego jest aktualnie bezdyskusyjna dominacja konserwatystów.

Pomimo to, Iran jest, przykładając zachodnie kryteria, krajem nieporównanie bardziej demokratycznym niż – do niedawna – wszystkie bez wyjątku kraje arabskie – które są albo otwartymi dyktaturami, albo też absolutnymi monarchiami z łaski Allacha. Dopiero ostatnio zaszły niejakie zmiany w tym zakresie w Tunezji i Egipcie. W porównaniu z nim taka Arabia Saudyjska – główny arabski sojusznik USA, to jedno z najbardziej totalitarnych państw na świecie, taka istna skamielina średniowieczna, o iście feudalnej strukturze społecznej, pozbawiona nawet pisanej konstytucji. Trzeba jednak przyznać, że choć ludność Iranu posiada nieporównanie większe prawa obywatelskie, to jednak cechuje to państwo duży rygoryzm prawno-moralny, czego przejawem jest choćby liczba orzekanych i wykonywanych wyroków śmierci (2 miejsce na świecie, zaraz po Chinach). Na plus trzeba natomiast zapisać Iranowi względnie tolerancyjny stosunek do zamieszkujących go chrześcijan.

Wróćmy jednak do przerwanego wątku. Szyicki Iran ani przez moment nie pozostał dłużny USA i Izraelowi. Już na początku lat 80-tych ub. wieku wydatnie przyczynił się do utworzenia w południowym Libanie polityczno-militarnej organizacji Hezbollah (dosłownie: Partia Boga – cytat z Koranu). Była to odpowiedź libańskich szyitów na napaść Izraela na południowy Liban i okupację tego obszaru. Mówiąc dokładnie, Hezbollah powstał przy dominującym udziale i głównie za sprawą przysłanych z Iranu ponad tysiąca instruktorów, rekrutujących się spośród Pasdaranów. Przez cały czas korzystał też z irańskiej pomocy finansowej, logistycznej, i w dostawach broni, realizowanej za pośrednictwem Syrii. Ta druga również zresztą zawsze go wspierała go we własnym zakresie jako główną siłę prosyryjską w Libanie. Taka sytuacja utrzymuje się do dnia dzisiejszego. Hezbollah podjął z miejsca działania partyzanckie przeciwko izraelskiemu okupantowi i podporządkowanej mu tzw. Armii Południowego Libanu. W 1983 r. dokonał też bezprecedensowych ataków terrorystycznych na obiekty amerykańskie w Bejrucie (ambasadę i koszary marines), wysadzając je w powietrze. Zginęło w nich łącznie ponad 300 amerykańskich żołnierzy i dyplomatów. W rezultacie niektóre państwa zachodnie uznały oficjalnie Hezbollah za organizację terrorystyczną i tak klasyfikują go dotychczas, mimo że ten zawsze stanowczo odżegnywał się od Al-Kaidy i tym podobnych organizacji. Iran zaś, jako jego główny sponsor, znalazł się faktycznie w stanie otwartej wojny z Izraelem, jakkolwiek nigdy formalnie nie wypowiedzianej przez żadną ze stron.

Po całkowitym wycofaniu się sił izraelskich z Libanu w 2000 r. Hezbollah, stał się, wobec słabości rządowej armii libańskiej i daleko posuniętego rozbicia politycznego, etnicznego i religijnego tego niewielkiego kraju, dominującą w nim siłą, najpierw militarną, a potem i polityczną. Szybko utworzył własne swoiste państwo w państwie, obejmujące m.in. własne szkolnictwo i szpitale, radio, telewizję, służby specjalne itd. Wchodził też w skład kolejnych rządów koalicyjnych w Bejrucie, by w ostatnich latach osiągnąć pozycję głównej siły politycznej w Libanie. Co zakrawa na pewien paradoks, jego głównym sojusznikiem są ugrupowania reprezentujące różne odłamy żyjących w Libanie chrześcijan. Jednocześnie już od lat 90-tych ub. wieku Hezbollah rozpoczął ostrzał, głównie przy wykorzystaniu najzwyklejszych katiusz, terenów północnego Izraela, w znacznym dezorganizując i utrudniając życie izraelskich cywili. Takim to sposobem Iran mógł tanim kosztem prowadzić walkę ze swoim wrogami bardzo daleko od własnych granic.

Wsparcie irańskie i syryjskie zadecydowało też o wyniku wojny Izraela z Partią Boga w 2006 r. Pomimo zmasowanych nalotów lotniczych i użycia potężnie opancerzonych czołgów Merkava, atakujący Izraelczycy nie zdołali, mimo lokalnych sukcesów i pewnego posunięcia się naprzód, złamać głównej, doskonale ufortyfikowanej linii obrony zaciekle broniących się bojówek Hezbollahu. W tym sensie Izrael poniósł pierwszą strategiczną porażkę, jakkolwiek niewielkiego znaczenia i pozbawioną głębszych konsekwencji, w starciu z państwami islamskimi. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że gdyby nie zmasowane dostawy irańskiej broni i zaopatrzenia via Syria wynik tego starcia byłby inny…

Rezultat wojny z 2006 r. bardzo umocnił tez Hezbollach na libańskiej arenie wewnętrznej. Zmasowane izraelskie naloty zniszczyły w ogromnym stopniu libańską infrastrukturę i spowodowały śmierć wielu cywili. Wydawać by się mogło, że powinno spowodować to spadek poparcia dla organizacji, której działania sprokurowały tą tragedię. Tak by było zapewne u nas. Na Bliskim Wschodzie panuje jednak całkiem inna mentalność. Krwawe starty wywołały jeszcze większy wzrost nienawiści do Izraela, a pozbawiona podstawowej pomocy i opieki bankrutującego państwa ludność mogła ją znaleźć jedynie w instytucjach Partii Boga, mogącej liczyć na nieprzerwane irańskie wsparcie finansowe. W krótkim czasie Hezbollach, trzęsący dotąd Libanem zza kulis, metodą nacisków wywieranych na inne partie i grupy religijne, sięgnął po otwartą władzę w Bejrucie.

Na tle Libanu i Hezbollahu zrodziła się też zasadniczo współpraca irańsko-syryjska. Syria do dziś pozostaje jedynym arabskim sojusznikiem Iranu. Poza kwestią libańską i wrogimi stosunkami obu państw z Izraelem rzeczywistego podłoża tego sojuszu należy szukać w syryjskich stosunkach wewnętrznych. Choć w Syrii dominują również liczebnie sunnici, to rządzi nią mniejszościowa grupa religijna alawitów (według różnych szacunków licząca od 6 do 16 % ogółu ludności). Jest to wyznanie sytuujące się na obrzeżach islamu, posiadające pewne cechy wspólne z szyizmem ale zarazem mieszczące w sobie silną domieszkę elementów wywodzących się z innych religii, głównie z chrześcijaństwa i zaratusztrianizmu (stara, zanikająca już obecnie religia zasadniczo typu monoteistycznego, rodem właśnie z terenów dzisiejszego Iranu). Szyici uważają alawitów za muzułmanów, sunnici wprost przeciwnie – za „niewiernych”. Sami alawici nie pielgrzymują do Mekki i nie uznają szariatu. Byli oni przez długi czas w Syrii, jeszcze zarządów otomańskiej Turcji, niewielką, upośledzoną mniejszością. Ich położenie polepszyło się dopiero po I wojnie światowej i przejście kraju we władanie Francji ( jako tzw. terytorium mandatowe). Obecne swe stanowisko zawdzięczają zaś gen. Hafizowi al-Assadowi, szefowi miejscowej partii Bass, który doszedł do władzy w 1970 r., na drodze zamachu stanu. Po jego śmierci władzę w Syrii objął jego syn Baszir. Alawici, dzięki masowemu wybieraniu kariery wojskowej jako jedynego sposobu awansu społecznego, zdominowali jednocześnie korpus oficerski armii syryjskiej i zagwarantowali sobie tym samym niepodzielne rządzy. Są to rządy autorytarne, w dużej mierze laickie, o znacznym stopniu tolerancji dla innych wyznań, tj. chrześcijan i druzów, mimo zaciekłego oporu i sprzeciwu miejscowych sunnickich islamistów, skupionych głównie w miejscowym Bractwie Islamskim.

Łatwo zrozumieć, że te szczególne okoliczności bardzo ułatwiły zbliżenie irańsko-syryjskie. Za pośrednictwem Hezbollahu udało się też Teheranowi uzyskać poważny wpływ na palestyński Hamas, a więc wkroczyć tym samym do kręgu islamu sunnickiego. Jak z tego wyraźnie widać, Irańczycy nie wchodzili w bezpośredni konflikt z państwem żydowskim, ale uchwycili i zbudowali w bezpośrednim jego sąsiedztwie satelickie, uzależnione od siebie struktury polityczno-militarne, za pomocą których wywierają ciągły nacisk na Izrael. Jest to dla tego ostatniego sytuacja z całą pewnością absolutnie nie do zaakceptowania i ze względów praktycznych, i także prestiżowych. Należy więc uznać ten czynnik za jedną z głównych przesłanek determinujących obecną irańsko-izraelską głęboką wrogość.

Wszelako jeszcze istotniejszą przesłanką są tutaj wzmożone irańskie zbrojenia. Chodzi oczywiście w pierwszym rzędzie o irański program atomowy. Aspiracje Iranu na tym polu sięgają jeszcze czasów szacha. Już w latach 50-tych ub. wieku Pahlawi młodszy zawarł porozumienie o współpracy w dziedzinie techniki jądrowej z USA. Przy pomocy amerykańskiej wybudowano pierwsze irańskie instalacje jądrowe. W 1970 r. Iran podpisał układ o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej, co ułatwiło mu dostęp do najnowszych technologii w tym zakresie. Wkrótce potem wysłano tysiące irańskich studentów do odpowiednich placówek badawczych w krajach zachodnich (głównie USA, Francji, Wlk. Brytanii i RFN), jak też do Indii, które zdołały już wcześniej zbudować „na lewo” własną bombę atomową. Trudno powiedzieć, czy Pahlawiemu chodziło tylko o budowę cywilnej infrastruktury jądrowej, np. elektrowni, czy też marzyła się i jemu w dalszej perspektywie podobna bomba. W każdym bądź razie tuż przed wybuchem rewolucji islamskiej podpisano umowy, głównie z firmami zachodnioniemieckimi, na budowę kilku elektrowni atomowych i atomowego ośrodka badawczego w pobliżu miejscowości Busher. Podpisano też zarazem liczne kontrakty na dostawę dużych ilości wzbogaconego uranu, m.in. z RPA i Francją. To zdaje się wyraźnie sugerować docelowo militarny charakter całego programu.

Rewolucja i następnie długotrwała wojna z Irakiem spowodowały, że irańskie ambicje jądrowe na długo stanęły w miejscu. Wspomniany ośrodek w Busher zrównały z ziemią irackie samoloty, a kadra naukowa w dużej części się rozbiegła. Mimo to Iran ajatollahów otrzymał w spadku po Iranie szacha niezłe zaczątki – kilka niewielkich, ale stosunkowo dobrze wyposażonych atomowych ośrodków badawczych, a przede wszystkim odziedziczył po nim imperialne ambicje. Niemniej ogólna sytuacja światowa nie sprzyjała początkowo kontynuacji i rozwojowi programu jądrowego. Iran, niezależnie od wrogich stosunków z całym praktycznie Zachodem, pozostawał też, ze względów ideologicznych, w generalnie złych stosunkach również z ZSRR. Efektem była jego głęboka izolacja i wielka trudność znalezienia odpowiednich partnerów do współpracy. Mimo to, już w połowie lat 80-tych, gdy tylko zelżały walki z Irakiem, przystąpiono do modernizacji irańskiej infrastruktury jądrowej i szkolenia większej liczby specjalistów. Rzecz jasna, konieczne było oparcie się na pomocy z zewnątrz. Udało się istotnie nawiązać współpracę na tym polu najpierw z Argentyną i Pakistanem, a następnie także z Chinami. Osiągnięto szybko dosyć wymierne rezultaty w postaci przeszkolenia znacznej liczby naukowców, zakupu w Argentynie znacznej ilości wzbogaconego uranu, i budowy przy pomocy wymienionych państw nowych ośrodków badawczych.

Przełomowy okres w dziejach irańskiego programu jądrowego przypada jednak na ostatnie lata ub. wieku i wiążę się z nawiązaniem bliskiej współpracy na tym polu z Rosją (pierwsze kontakty w tym zakresie datują się już na koniec lat 80-tych). Dzięki temu w 2002 r. ruszyła budowa pierwszej irańskiej elektrowni atomowej we wspomnianym Busherze. Stało się tak, mimo silnych amerykańskich nacisków na Rosję, by ta nie udostępniała Iranowi swoich najnowszych technologii jądrowych. Taki rozwój wypadków wywołał z miejsca groźne pomruki i gwałtowne reakcje Waszyngtonu i stojącego w jego cieniu Tel-Aviwu. Wymienione czynniki uruchomiły i pobudziły do działania ONZ i Międzynarodową Agencję Energii Atomowej (MAEA), która zażądała od Iranu udostępnienia wszystkich instalacji atomowych do kontroli, w celu sprawdzenia, czy mają one wyłącznie charakter pokojowy. Początkowo Iran – zdaje się, że pod wrażeniem amerykańskich sukcesów w Iraku i czując się sam bezpośrednio zagrożony – potulnie spełniał wszelkie żądania MAEA-y, a nawet zgodził się na zamrożenie całego programu. Potem jednak jednostronnie zerwał zawarte w tej sprawie porozumienie, zerwał też pieczęcie MAEA-y na poszczególnych obiektach i wznowił prace. Nabrały one szczególnego tempa po dojściu do władzy Ahmadineżada. Już w 2006 uruchomiono system wirówek umożliwiających uzyskanie uranu o dostatecznym stopniu wzbogacenia pod kątem produkcji ładunków jądrowych. Stało się całkowicie jasne i oczywiste, że Irańczycy, niezależnie od wszystkich zapewnień swoich przywódców o „pokojowym” charakterze wszystkich realizowanych programów atomowych, dążą do budowy własnej broni jądrowej.

W odpowiedzi na te śmiałe posunięcia inspirowana cały czas przez lobby żydowskie z USA i Izraela ONZ zagroziła Iranowi sankcjami, nakazując mu wstrzymać program w określonym terminie. To ultimatum zostało jednak przez coraz bardziej pewny siebie Teheran zignorowane. W odpowiedzi nałożono na Iran sankcje, które jednak nie przyniosły żadnego rezultatu. W kolejnych latach władze irańskie bawiły się z ONZ i MAEA w „kotka i myszkę”, już to na chwilę wstrzymując prace nad atomem, już tu nagle znowu je wznawiając. Nie leży w mojej wiedzy określić, kiedy Iran osiągnie zdolność budowy broni jądrowej. Poglądy ekspertów są w tej sprawie bardzo rozbieżne. Wszystko jednak wskazuje na to, że jest to kwestia najdalej kilku lat.

Ale perspektywa broni jądrowej w perskich rękach to nie jedyny powód izraelskich oraz amerykańskich zmartwień i wzmożonych antyirańskich działań z ich strony. Posiadanie samych ładunków jądrowych to jeszcze nie wszystko. Trzeba też dysponować konkretnymi, skutecznymi środkami ich przenoszenia. A Iran takie środki posiada w postaci nowoczesnych rakiet. Posiada on aktualnie znaczący potencjał rakietowy. Początkowo składał się on z przestarzałych SCUD-ów (pochodna radzieckiego pocisku R 11) w różnych wersjach, głównie produkcji północnokoreańskiej. Do kupna i produkcji tych rakiet zmusił Persów przebieg wojny z Irakiem, kiedy to Irakijczycy zaczęli przy ich pomocy rujnować irańskie miasta. Znaczna ich cześć została użyta na potrzeby tamtej wojny, ale co najmiej kilkaset pozostaje wciąż na wyposażeniu irańskich sił zbrojnych. Nie są to jednak rakiety groźne dla Izraela, po pierwsze ze względu na zbyt mały zasięg, a po drugie ze względu na zacofanie technologiczne. Pokazał to przebieg wojny o Kuwejt, kiedy to znakomita większość wystrzelonych na Izrael z rozkazu Husajna irackich SCUD-ów została łatwo przechwycona w powietrzu przez systemy antyrakietowe Patriot. Stanowią one co najwyżej zagrożenie dla sąsiednich krajów arabskich, tzn. Arabii Saudyjskiej i okolicznych naftowych emiratów i szejkanatów. Nie są również takim zagrożeniem dla Izraela zakupione prawdopodobnie przez Iran rakiety średniego zasięgu chińskiej produkcji M9 i M11. Są one znacznie nowocześniejsze, m.in. wykorzystują silniki na paliwo stałe, a ich głowice oddzielają się od kadłuba w trakcie lotu, co znacznie utrudnia ich strącenie, jednak ich zasięg jest dalej zdecydowanie zbyt mały (odpowiednio 300 i 600 km).

Inaczej się sprawa ma z nowymi rakietami irańskimi serii Shahab, których budowę rozpoczęto w latach 90-tych ub. wieku. Najważniejszą z nich jest rakieta Shahab-3, oparta konstrukcyjnie na północnokoreańskim pocisku Rodong-1, ale znacznie bardziej zawansowana technicznie, dzięki m.in. wykorzystaniu technologii rosyjskich. Pierwszy start tej rakiety odbył się już w 1988 r. Charakteryzuje się ona zasięgiem około 1500 km (zmodernizowana wersja nawet do 2000 km), a więc zdolna jest dolecieć do terytorium Izraela. Napędzana jest, tak jak wszystkie pociski rakietowe produkcji północnokoreańskiej, silnikiem na ciekły materiał palny, a jej głowica o masie około 1 tony (w wersji konwencjonalnej, co jest wartością znaczną, kilka razy większą niż w przypadku SCUD-ów), oddziela się od kadłuba w końcowej fazie lotu, co znacznie utrudnia jej zestrzelenie przed celem. Według różnych ocen specjalistów zachodnich, Iran dysponuje obecnie liczbą od 25 do 100 rakiet tego typu, ale ile jest ich faktycznie, tego nie wie tak naprawdę nikt, poza samymi Irańczykami. W tej chwili przystępują oni prawdopodobnie do ich produkcji seryjnej. Trwają też cały czas zaawansowane prace nad rakietami o większym zasięgu: Shahab-4 (ponad 2000 km) i międzykontynentalnej Shahab-6. Ponadto dochodzą słuchy, że Iran pracuje również intensywnie nad zbudowaniem rakiety średniego zasięgu o nazwie Sejil-2 na paliwo stałe. Oznaczałoby to duży postęp technologiczny. Rakiety tego typu nie cechują się, co prawda, jakimiś specjalnie lepszymi osiągami i parametrami bojowymi od rakiet napędzanych paliwem ciekłym. Są jednak prostsze w konstrukcji, w sumie tańsze (choć samo paliwo stałe jest droższe od ciekłego), bardziej niezawodne, łatwiejsze do przechowywania i bezpieczniejsze w użyciu. Mogą też być w znacznie krótszym czasie przygotowane do odpalenia ( w ciągu praktycznie kilku minut), co ma szczególne znaczenie w przypadku rakiet montowanych na ruchomych wyrzutniach. Iranowi udało się również zainstalować na orbicie okołoziemskiej kilka własnych satelitów. Oficjalnie służą one wyłącznie do celów pokojowych, n.p. meteorologicznych, jednak prawdopodobnie mogą znacznie ułatwić rozpoznanie celów dla wspomnianych rakiet. Nietrudno zrozumieć, że przy względnej słabości irackiego lotnictwa wojskowego właśnie wspomniane rakiety mogą być potencjalnym środkiem przenoszenia głowic jądrowych. Właśnie taka kumulacja w jednym czasie obu irańskich programów: atomowego i rakietowego, stawia przez Izraelem tak poważne wyzwanie. To zresztą nie koniec perskich zbrojeń – Iran równie szybko i intensywnie zbroi się również w broń konwencjonalną, w dużej mierze własnej produkcji, o czym w dalszej części opracowania. To wszystko chyba dostatecznie jasno tłumaczy, dlaczego na całym Bliskim Wschodzie robi się coraz bardziej gorąco.

(c.d. wkrótce)

Jan Matusiewicz