Iran kontra Izrael i USA – geneza, podłoże, charakter i możliwe scenariusze konfliktu – dokończenie tekstu z 16.02.2012 r.

Z kolei prymitywna w istocie polityka amerykańskich neokonserwatystów względem Bliskiego Wschodu poważnie zmniejszyła, a nawet wprost wykluczyła możliwość załatwienia problemu irańskiego w sposób dla nich najbardziej pożądany, na drodze militarnej. Chwycono ze strony amerykańskiej i izraelskiej więc głównie po oręż dyplomatyczny, tworząc szeroką, choć nieformalną, koalicję antyirańską, wykorzystując różnego rodzaju konflikty interesów i animozje, których nie brak w regionie. Szczególna rola przypada tu Arabii Saudyjskiej, zdecydowanie najbogatszemu państwu regionu, aspirującemu do przywództwa w całym świecie islamu już tylko z samych pobudek religijnych (przecież na jej terytorium leży Mekka).

Przyczyn zasadniczej sprzeczności interesów i fundamentalnej wrogości saudyjsko-irańskiej jest zresztą dużo więcej i sięgają one bardzo głęboko. Przede wszystkim główne saudyjskie pola naftowe leżą właśnie tuż nad Zatoką Perską, oddzielone od Iranu tylko jej wodami. Są to w dodatku tereny zamieszkałe w znacznym procencie przez ludność szyicką. Z tych względów mogą stać się one łatwo potencjalnym celem irańskiej ekspansji w przyszłości. Ponadto, co może jeszcze istotniejsze, sam model ustrojowy irańskiej teokracji godzi z natury rzeczy w absolutne, despotyczne rządy saudyjskiej rodziny królewskiej, podobnie jak i zresztą okolicznych pomniejszych szejków, emirów, sułtanów itp. Zagrożenie to jest tym poważniejsze, że także w AS działa prężna islamistyczna opozycja, która ma już dość wszelkich aliansów i kompromisów z „szatańską” cywilizacją Zachodu.

Do niedawna AS mogła się czuć względnie bezpieczna za sprawą swojej zdecydowanej przewagi militarnej. Dzięki ogromnym dochodom z eksportu ropy zdążyła się bowiem, wyciągając lekcję z I wojny w Zatoce Perskiej, potężnie uzbroić w najnowszą zachodnią broń (głównie amerykańską). Jednak Iran, poza programem jądrowym i intensywnymi zbrojeniami rakietowymi, szybko nadrabia utracony dystans także w zakresie broni konwencjonalnej. Posiada zdecydowanie silniejszą marynarkę wojenną, włącznie z licznymi siłami desantu morskiego, bardzo istotnymi w regionalnych warunkach. Stara się też na wszelkie możliwe sposoby wzmacniać swoje wojska lądowe i lotnictwo.

Warto przy tym podkreślić, że w odróżnieniu od AS i okolicznych mniejszych państewek „naftowych”, które kupują po prostu na pniu gotowe uzbrojenie za granicą, Persowie zdołali w czasie ostatniej dekady skonstruować i wprowadzić na uzbrojenie swoich sił zbrojnych cały szereg własnych konstrukcji (choć z reguły z dużym wkładem technologii rosyjskich i chińskich). Taką politykę wymusza resztą stosunkowo szczupły budżet wojskowy Iranu. Jest tych produktów całkiem sporo i obejmują praktycznie wszystkie rodzaje sił zbrojnych. Warto tu m.in. wymienić: samoloty Azarakhsh i Shafag. Pierwszy, lekki myśliwiec IV generacji, stanowi rozwinięcie amerykańskiego F5 Tiger, z wykorzystaniem komponentów rosyjskich, m.in. silników. Drugi to bardzo nowoczesny samolot szkolno-bojowy – posiadający również, co bardzo interesujące zaawansowaną odmianę typowo szturmową – zbudowany w dużym stopniu z materiałów kompozytowych. Godny uwagi jest też nowy irański czołg o nazwie Zulfigar (dosł. Miecz Mahometa), zbudowany na podwoziu amerykańskiego czołgu Patton z lat sześćdziesiątych. Jest on stosunkowo lekki (zaledwie 40 t.), a więc zapewne nie najlepiej opancerzony, ale posiada bardzo dobrą armatę i nafaszerowany jest sporą porcją nowoczesnej elektroniki. Warto jednak przede wszystkim zwrócić uwagę na całą flotyllę nowych miniaturowych irańskich okrętów podwodnych, zwodowanych w irańskich stoczniach w ostatnich latach, w tym zwłaszcza najnowsze z serii Ghadir (zbudowane również z wykorzystaniem kompozytów!). Do tego dochodzą nowe typy torped, rakiet powietrze-woda, a nawet oryginalne, irańskie systemy przeciwlotnicze. Nie są to może konstrukcje dorównujące najnowszym typom zachodnim, jednak wszystkie powstają w sposób bardzo celowy i dobrze obmyślany, pod kątem ściśle sprecyzowanej doktryny wojennej, konkretnych potrzeb operacyjnych i warunków ewentualnego miejscowego pola walki.

Zresztą Iran ma nad AS jeszcze kilka innych zasadniczych przewag. Przede wszystkim zdecydowanie góruje nad nią liczbą ludności – jest ponad dwukrotnie ludniejszy. Dysponuje również armią z poboru i wieloma milionami wyszkolonych rezerwistów, podczas gdy AS posiada tylko armię zawodową, w dodatku w najbardziej zaawansowanych dziedzinach, zwłaszcza w lotnictwie, uzależnioną od obsługi cudzoziemskiego personelu.

Izrael i międzynarodową diaspora żydowska może w swej antyirańskiej krucjacie dyplomatycznej, poza AS, liczyć jeszcze także na Katar, Bahrajn, Oman, Kuwejt, i nieco mniejszym stopniu także na ZEA i Jordanię. Poza Jordanią – małym, słabym państwem, graniczącym bezpośrednio z Izraelem i poddanym jego bardzo silnej presji, podłoże tych niecodziennych aliansów jest identyczne jak w przypadku AS. Są to jednak zdecydowanie zbyt małe czynniki siły, by można było przy ich pomocy zastraszyć skutecznie na Iran. Dlatego z chwilą daleko idących zmian politycznych w Egipcie krucjata ta nie ma już większych szans powodzenia.

Największym zresztą dla niej ograniczeniem jest sama kwestia palestyńska. W tym obszarze nawet „umiarkowane” państwa islamskie nie mogą pójść na istotne ustępstwa – z samych choćby tylko przyczyn prestiżowych. Warunkiem trwałego pokoju z Izraelem, stawianym przez Organizację Państw Arabskich, jest wycofanie się Izraela do granic z 1967 r. i „sprawiedliwe rozwiązanie kwestii palestyńskiej”, tj. zgoda na powrót palestyńskich wygnańców i uchodźców na tereny zagrabione przez Izrael w rezultacie zwycięskich wojen z sąsiadami. Są to warunki absolutnie dla Izraela nie do przyjęcia – ich akceptacja oznaczałoby utratę zdobytych w ciężkich walkach szeregu strategicznych terytoriów, na czele z Wzgórzami Golan, oraz napływ na terytorium Izraela bądź w jego bezpośrednie sąsiedztwo dodatkowych 3 mln Arabów, podczas gdy cała jego populacja wynosi 6 mln. Z kolei państwa arabskie nie mogą tu żadną miarą ustąpić, bo natychmiast zostaną oskarżone przez Teheran o zdradę interesów islamskich i zaprzedanie się syjonistom.

Irańscy przywódcy, wbrew twierdzeniom propagandy, nie są głupcami ani szaleńcami. Nie są też zaślepionymi doktrynerami. Nie ma na dzień dzisiejszy żadnych racjonalnych podstaw do postawienia tezy, że Iran faktycznie dąży do fizycznego zniszczenia dysponującego ponoć blisko 500 ładunkami jądrowymi i mającego prawie bezwarunkowe poparcie całego Zachodu Izraela. Byłby to z jego strony zamiar prawdziwie szaleńczy, jeśli nie samobójczy. Nawet gdyby wszedł w posiadanie broni jądrowej i udało mu się za jej pomocą „wymazać Izrael z mapy świata” jakimś niespodziewanym, zaskakującym atakiem, to i tak stanąłby wobec perspektywy straszliwego żydowskiego odwetu ze strony choćby izraelskich okrętów podwodnych, przenoszących rakiety z głowicami jądrowymi. A przecież także i USA oraz NATO nie pozostałyby w takim wypadku bierne.

Rzeczywisty cel irańskich zbrojeń atomowych jest zupełnie inny. Ich faktycznym celem jest: 1) zrównoważenie izraelskiej przewagi strategicznej, opartej na monopolu jądrowym tego państwa; 2) zagwarantowanie sobie tym samym pełnej suwerenności i bezpieczeństwa; 3) uzyskanie przewagi i prymatu wśród okolicznych państw islamskich. Izraelowi grozi zatem nie tyle fizyczna zagłada, co utrata wspomnianego, tak zazdrośnie strzeżonego monopolu, a co za tym idzie daleko idące osłabienie jego pozycji polityczno-militarnej względem sąsiadów. To definitywny koniec marzeń o Wielkim Izraelu i o dalszym rozszerzaniu granic. To konieczność odejścia od agresywnej polityki wobec Palestyńczyków. To perspektywa trwałego zepchnięcia do politycznej defensywy i otoczenia całym łańcuchem państw nieprzyjaznych i wrogich. W razie zaś wybuchu otwartego, zbrojnego starcia z tymi państwami możliwość odwołania się przez Tel-Aviv do swojego arsenału atomowego stanie pod ogromnym znakiem zapytania, nawet w przypadkach przewidywanych obecnie przez izraelską doktrynę wojenną. Iran, dla odmiany, z chwilą wejścia w posiadanie bomby atomowej stanie się faktycznym liderem państw islamskich, czy to się będzie np. takiej AS podobało, czy też nie, i protektorem wszystkich sił antyżydowskich (antyizraelskich) na całym Bliskim Wschodzie.

Jeśli uwzględnimy wszystkie te okoliczności, to zrozumiemy kulisy tych desperackich dążeń do zdestabilizowania Syrii i obalenia Assada (realizowanych rękami fundamentalistów islamskich oraz za pośrednictwem m.in. Francji, AS i ZEA), pod mocno już wytartym płaszczykiem walki o demokrację. Gdy się udało to jakimś sposobem osiągnąć, po pierwsze Izrael odepchnął by od siebie widmo strategicznego okrążenia, a, po drugie, powstałaby sprzyjająca sytuacja polityczno-wojskowa do wykonania masowanego rajdu powietrznego na irańskie obiekty jądrowego – właśnie trasa przez pogrążoną w całkowitym chaosie Syrię i następnie pół-autonomiczny iracki Kurdystan byłaby najkrótsza i najdogodniejsza. Ale póki co Assad trzyma się mocno, wspierany bardzo wydatnie przez Rosję.

Zaatakowanie Iranu nie jest takie proste z samych względów dyplomatyczno-formalnych. Nie ma i nie będzie ku temu jakiegokolwiek formalnego międzynarodowego przyzwolenia, np. w postaci stosownej rezolucji ONZ, gdyż Rosja i Chiny zablokują każdą taką próbę. Zresztą, nie ma na razie nawet ku niej odpowiednich podstaw, jako że Iran z czysto formalistycznego punktu widzenia nie złamał jeszcze otwarcie (podpisanej jeszcze przez szacha) rezolucji o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej, jakkolwiek od dłuższego czasu balansuje na jej krawędzi. Choć izraelscy politycy naciskają od dawna na władze USA, by te wykonały za nich brudną robotę, to błędem byłoby sądzić, że możliwości dyktatu z ich strony w tym przedmiocie są nieograniczone. Wiadomo, co prawda, powszechnie, że w ogólnych zarysach reguły gry politycznej w USA dyktuje tamtejsze lobby żydowskie. Nie oznacza to jednak, że jest ono zawsze do końca wszechmocne, w szczególności w stosunku do obecnego prezydenta USA.

Barack Obama, mimo jego mocnego lewackiego przechylenia, nie jest jednak uzależniony od niego w takim stopniu, jak to miało miejsce z Bushem. Myśląc o reelekcji, musi się też bardzo liczyć ze swoim elektoratem, a ten wykazuje w większości wyraźne nastawienie antywojenne. Musi się też liczyć ze stanem amerykańskiej gospodarki, a sytuacja w bu tych aspektach wygląda całkiem inaczej niż w przypadku agresji na Irak. Wtedy przeciwnik był o kilka klas słabszy, istniało niemal pełne przyzwolenie społeczne nawet dla najbardziej agresywnej amerykańskiej polityki zagranicznej, a USA przeżywały czas gospodarczej prosperity. Teraz do wygrania w Iranie jest niewiele, a ryzyko związane z ewentualnym zbrojnym atakiem ogromne.

Należy w tym miejscu podkreślić fakt, często bagatelizowany, że polityka USA nie zawsze jest do końca tożsama z izraelską. W wielu kwestiach realne interesy obu państw są na tyle rozbieżne, że nie da się tego do końca pominąć lub też zamaskować i ukryć przed opinią publiczna. Mimo wszystko, to Izrael jest nieprzerwanie uzależniony od politycznej, gospodarczej i militarnej pomocy USA, a nie odwrotnie. Mało tego, zdarzają się też sytuacje, gdy występuje widoczna rozbieżność miedzy celami samego Izraela i postawą niektórych bardzo wpływowych kół żydowskiej diaspory, rozsianych po całym świecie.

Mając wszystko powyższe na względzie, można spokojnie założyć, że Obama zrobi wszystko, co tylko leży w jego mocy, by do amerykańskiego ataku na Iran w czasie do rozstrzygnięcia prezydenckiej batalii (listopad br.) nie doszło, mimo najsilniejszych nawet izraelskich nacisków. Świadczy o tym dobitnie jego następująca wypowiedź: „Wszystkie opcje są możliwe, ale to ja zadecyduję o tym, jak daleko się posunąć”. Jest również wysoce wątpliwe, by zdecydował się na taki krok po swojej ewentualnej reelekcji. Dlatego wojna na Bliskim Wschodzie będzie znacznie bardziej prawdopodobna w razie wyboru republikanina, zwłaszcza pokroju Ricka Santoruma.

Póki co będą zastosowane wobec Iranu sankcje ekonomiczne (choć już teraz widać, że ich skuteczność jest bardzo wątpliwa), zaś sam Izrael będzie kontynuował dobrze sprawdzone już metody działania: różnego rodzaju sabotaże i morderstwa irańskich naukowców. Obie przeciwstawne strony będą ponadto cały czas prężyły muskuły, przeprowadzały kolejne manewry itd. Niewykluczone przy tym, że Amerykanom chodzi tu wcale nie o bezpośredni atak, ale o jak najdłuższe powstrzymywanie Persów od ostatecznej decyzji o budowie broni jądrowej (wszystko wskazuje bowiem na to, że Iran dysponuje już niezbędną do tego ilością materiałów rozszczepialnych).

Oczywiście, nie da się wykluczyć, że Izrael zaatakuje w końcu sam, wbrew wszystkiemu i wszystkim. Na poziomie czysto operacyjnym posiada on teoretyczne możliwości przeprowadzenia przynajmniej jednego wielkiego nalotu lotniczego na Iran. Piszę: teoretycznie, bo byłoby to przedsięwzięcie na granicy wykonalności i ogromnym stopniu ryzyka. Tak izraelska wyprawa musiałaby przelecieć co najmniej półtora tysiąca kilometrów w jedną stronę, by dotrzeć do najbliższych irańskich obiektów atomowych, przy czym konieczne byłoby tankowanie w powietrzu. Izraelczycy nie są chyba do końca gotowi na taki wyczyn, skoro nie tak dawno zabiegali – bezskutecznie zresztą – u Amerykanów o dostarczenie powietrznych cystern.

Następnym wyzwaniem jest konieczność zmierzenia się z bardzo silną irańską obroną przeciwlotniczą – tu nie będzie możliwości, tak jak w przypadku Libii uprzedniego jej zmasakrowania i wlecenia w irańską przestrzeń powietrzną jak w masło, dlatego bez strat, i to bardzo znacznych, raczej by się tu nie obeszło. Jeszcze inny problem to konieczność naruszenia po drodze przestrzeni powietrznej innych państw. Trudno liczyć, że nie zareagują one na ten fakt, skoro irańscy dowódcy oświadczyli nadzwyczaj jasno: „Iran zaatakuje każdy kraj, którego terytorium wykorzystają jego wrogowie do uderzenia na islamską republikę” (gen. Hosejn Salami, jeden z dowódców Gwardii Rewolucyjnej). Jest też bardzo wątpliwe, by jeden lub nawet kilka nalotów zdołało trwale unicestwić irańską infrastrukturę jądrową i zmusić ten kraj do wyrzeczenia się atomowych ambicji – mogę one jedynie nieco opóźnić irańskie zbrojenia.

Zaś Iran dysponuje bardzo konkretnymi możliwościami odwetu ze swojej strony, z blokadą cieśniny Ormuz na czele. W przypadku zaś jednostronnej, nie posiadającej odpowiedniego formalnego umocowania izraelskiej agresji, będzie on mógł przedstawiać się w roli ofiary syjonistycznego (izraelskiego) imperializmu, co pomoże mu wydatnie do usprawiedliwienia tych kroków w oczach międzynarodowej opinii publicznej. Gdyby nie te wszystkie ogromne przeszkody i ograniczenia, Izrael zaatakowałby Iran już dawno, nie oglądając się na nikogo.

Najbardziej wszak absurdalne są głosy, że to Persowie mogą pierwsi uderzyć. A niby dlaczego mieliby to robić, skoro czas pracuje na ich korzyść, a ich potencjał bardzo szybko rośnie z roku na rok. Dlatego, powtarzam raz jeszcze – w najbliższych miesiącach będziemy obserwować wokół Iranu wyłącznie ciągłą grę nerwów. Otwartej wojny nie da się wykluczyć, jest ona jednak bardzo mało prawdopodobna.

Jan Matusiewicz