Iran kontra Izrael i USA – geneza, podłoże, charakter i możliwe scenariusze konfliktu – c.d. tekstu z 10.02.2012 r.)

Pomimo że Iran oficjalnie potępił zamachy 11 września 2001 r., został już w następnym roku zaliczony przez Georga Busha do słynnej „osi zła” (wespół z Irakiem i Koreą Płn.). Jednak panujący w Waszyngtonie nekonserwatyści zdecydowali się najpierw zaatakować znacznie łatwiejsze cele: najpierw Afganistan, a później, na fali powodzenia, w 2003 r. Irak. Wynikało to pierwsze z tego podstawowego faktu, że nie było najmniejszej możliwości oskarżenia tego kraju o związek z sunnickimi terrorystami z Al-Kaidy – nikt na świecie by w to nie uwierzył. Po drugie, jest bardzo prawdopodobne, że jednym z celów opanowania i następnie okupacji Afganistanu oraz Iraku było doprowadzenie do strategicznego okrążenia Iranu z dwóch stron i w konsekwencji zmuszenia go do uległości drogą zastraszenia, a w ostateczności także groźbą bezpośredniej inwazji militarnej (jakkolwiek był to od samego początku wariant mało realny).

Podstawowym warunkiem tego było jednak szybkie podbicie, a potem skuteczne i trwałe zaprowadzenie nowego, proamerykańskiego ładu politycznego w obydwu podbitych krajach. Pierwszy cel w zupełności się powiódł. Przez pewien czas wydawało się również, że USA są też na dobrej drodze do osiągnięcia celu drugiego. Ich presja na Iran (a także Syrię) skutkiem tegobardzo się wzmogła – czego widocznym znakiem były daleko idące ustępstwa Teheranu m.in. w zakresie jego programu atomowego. Wkrótce jednak sytuacja zasadniczo się zmieniła. W Afganistanie zaczęła się coraz bardziej rozpalać wojna partyzancka. Co znacznie bardziej istotne, również w Iraku rozwinął się w bardzo szybkim tempie potężny ruch oporu, zarówno organizowany przez stronników obalonego Saddama Husajna i samą Al-Kaidę, jak przez i szyicką większość. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że Iran przy każdej nadarzającej się okazji wspierał ten ostatni finansowo i dostawami broni.

Przykładem tego może być sprawa radykalnie antyamerykańskiej tzw. Armii (Milicji) Mahdiego, kierowanej przez Muktadę as-Sadra, młodego ambitnego duchownego szyickiego, która wznieciła w 2004 r. otwarte antyamerykańskie powstanie na szeroką skalę w środkowym Iraku, opanowując kilka miast, m.in. Karbalę i Nadżaf. Choć mahdyści ponieśli w walkach z siłami amerykańskimi ciężkie straty i utracili większość swoich zdobyczy, to jednak udało się to powstanie ostatecznie wygasić tylko dzięki zawieszeniu broni, przy czym sam as-Sadr zachował głowę i wolność, a jego bojownicy broń. Bojówki sadrystowskie walczyły potem na mniejszą skalę z siłami tzw. koalicji międzynarodowej i marionetkowych władz irackich aż do 2008 r., kiedy to oficjalnie złożyły broń, przechodząc odtąd głównie do legalnej działalności politycznej. Sam Muktada, zagrożony aresztowaniem, znalazł schronienie na kilka lat nie gdzie indziej, tylko oczywiście w Iranie, skąd powrócił w ubiegłym roku w efekcie porozumienia z głównym protegowanym Amerykanów, premierem Iraku Nurim al-Malikim, zaś jego partia weszła do nowego koalicyjnego rządu i odgrywa w nim istotną rolę. Jego liczni zwolennicy pozostali równolegle nadal w podziemiu i do dziś dzień kontrolują praktycznie np. tzw. Sadr City – szyicką dzielnicę Bagdadu. W każdej chwili są w stanie powrócić do działalności zbrojnej. Zresztą, nie tylko oni pozostają do dyspozycji Teheranu. Po cichu sympatyzuje z nim większość irackich szyitów. Nawet wspomniany Maliki wydaje się grać na dwie strony. Tak to Amerykanie wygrali wojnę w Iraku militarnie, ale przegrali ją strategicznie i politycznie. Zamiast zyskać dogodną bazę wyjściową do bezpośrednich kroków skierowanych przeciwko Iranowi, zostali uwikłani w wojnę partyzancką na wielką skalę, pochłaniającą i angażującą coraz większe ich siły, już nie mówiąc o jej kosztach materialnych. Także i kształtujący się obecnie w Iraku ład polityczny daleki jest od ich oczekiwań. Nie mają zaś żadnej możliwości manewru w tej płaszczyźnie, jako że ogromna większość irackich sunnitów jest jeszcze znacznie bardziej wroga wobec nich niż szyici. Na samych zaś Kurdach nie mogą się opierać.

To właśnie ugrzęźniecie USA w Afganistanie i Iraku rozwiązało w dużej mierze ręce irańskim przywódcom i ośmieliło ich do zbrojeń na wielką skalę. Równolegle wzmagały się izraelskie naciski na USA w kierunku przeprowadzenia zmasowanych ataków lotniczych na wybrane cele w Iranie, zwłaszcza jego infrastrukturę jądrową. Przykładowo w 2005 r., podczas wizyty delegacji Knesetu w Waszyngtonie, jeden z jej członków Josef Lapid otwarcie porównał Iran do III Rzeszy i oświadczył, co następuje: „Izrael nie zgodzi się żyć w ciągłym strachu przed irańską bombą atomową. Czujemy się w obowiązku ostrzec naszych przyjaciół, że nie można dopuścić do sytuacji, gdy Izrael zostanie popchnięty pod ścianę i nie będzie miał innego wyjścia, jak zaatakować samodzielnie”.

Od tego czasu pogłoski o bliskim jednostronnym izraelskim ataku na Iran pojawiały się regularnie co kilka miesięcy, kończyło się każdorazowo jednak tylko na słowach. Znak to widomy, że Tel-Aviv nie czuje się na siłach samodzielnie porywać na tak desperacki i ryzykancki krok. Izraelskich polityków, a zwłaszcza wojskowych z pewnością bardzo kusi powtórzenie spektakularnej akcji z 1981 r., kiedy to izraelskie samoloty w jeden dzień obróciły w niwecz atomowe ambicje Husajna, niszcząc w jednym nalocie iracki ośrodek badawczy i reaktor w miejscowości Osirak pod Bagdadem. Dziś jednak sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Tamta operacja o kryptonimie Opera udało się głownie dzięki śmiałości i zaskoczeniu. Kilkunastu izraelskim myśliwcom udało się niepostrzeżenie przelecieć przez jordańską i saudyjską przestrzeń powietrzną (dzięki lotowi na niskiej wysokości i nad pustynią, a głównie słabej, dziurawej obronie plot. obu tych krajów). Ponadto zastosowano bardzo sprytny fortel z wykorzystaniem samolotu pasażerskiego, który odbywał niby zwykły lot czarterowy, jako cysterny.

Ale Iran to nie Irak. Po pierwsze, Persowie, biorąc lekcję z tamtego wydarzenia, bardzo logicznie, celowo rozproszyli swoje ośrodki nuklearne po całym swoim kraju, dodatkowo lokując je z reguły głęboko w skalnych kompleksach. Tym samym nie ma praktycznej możliwości zniszczenia ich jednym czy nawet kilku nalotami. Ponadto Iran zdążył się już zaopatrzyć w nowoczesne rosyjskie systemy obrony plot., stąd nie da się tam wlecieć, jak w masło, i wylecieć bez żadnych strat. Jeszcze większym problemem jest kwestia ogromnych odległości, jakie tego rodzaju izraelska wyprawa powietrzna musiałaby pokonać. Jest to nieporównanie dłuższy dystans, niż w przypadku nalotu na Osirak, nawet w linii prostej. Zaś w linii prostej nie da się w ogóle lecieć. Arabia Saudyjska ma obecnie nieporównanie bardziej rozwiniętą obronę powietrzną i lotnictwo, by pozwoliła swobodnie przelecieć izraelskiej eskadrze przez swoje terytorium. Może i miałaby na to ochotę, ale to oznaczałoby przecież jej całkowitą kompromitacje w całym świecie islamskim i dało by do ręki Ahmadineżadowi i stojącym za nim ajatollahom znakomity oręż propagandowy. Lot na wprost i naruszenie jordańskiej przestrzeni powietrznej nie byłby oczywiście większym problemem, ale dalej jest przecież Irak. Jeśli stacjonujące tam lotnictwo amerykańskie nie zareagowałoby i pozwoliłoby Izraelczykom swobodnie przelecieć, Iran uznałby to za współudział w akcji i otwarte wypowiedzenie wojny. Miałby wtedy wystarczający pretekst do podjęcia akcji odwetowych na szeroką skalę, a w samym Iraku wybuchłoby z wielkim prawdopodobieństwem masowe antyamerykańskie powstanie. Z kolei rozważana podobno kiedyś trasa przelotu nad terytorium Turcji stała się całkowicie nieaktualna z chwilą umocnienia się tam u władzy umiarkowanych islamistów. W tej sytuacji pozostaje ewentualnie lot nad całym Morzem Czerwonym i okrążenie całego Półwyspu Arabskiego, zakładając kilka tankowań w powietrzu. Proszę sobie popatrzeć na mapę – ona najlepiej oddaje stopień trudności takiej operacji. Nadto Iran dysponuje realnymi możliwościami odwetu, o czym poniżej. Dlatego ten izraelski polityk, który podejmie decyzję o tego rodzaju przedsięwzięciu, weźmie na siebie niesłychaną wprost odpowiedzialność.

Z drugiej jednak strony strategiczna pozycja Izraela uległa w ostatnich latach poważnemu pogorszeniu. Jest to skutkiem po części czynników natury obiektywnej, a niemałej mierze również rezultatem jego skrajnie aroganckiej polityki wobec sąsiadów. Chodzi przed wszystkim o ubiegłoroczną rewolucję w Egipcie, która doprowadziła do upadku reżimu Hosni Mubaraka. Obecnie władzę przejmują tam na drodze demokratycznych wyborów islamiści z Bractwa Muzułmańskiego i innych frakcji. Póki co pozostają jeszcze pod kuratelą armii, ale z biegiem czasu będzie się ona rozluźniać. Zmienia to diametralnie układ sił w całym regionie. Znamienne jest, że jeszcze pod czysto rządami wojskowych Egipt przepuścił po raz pierwszy od obalenia szacha eskadrę irańskich okrętów wojennych przez Kanał Sueski, co zostało z miejsca ostro oprotestowane przez Izrael. Co więcej, bardzo prawdopodobne staje się odbudowanie sojuszniczych więzi Egiptu z Syrią (zwłaszcza jeśli utrzymają się tam rządy Assada, bądź dojdzie do jakiegoś rozwiązania kompromisowego). Taka konstelacja stawia Izrael w bardzo nieciekawym położeniu, zwłaszcza że niedawno doszło, zresztą wskutek właśnie wspomnianej arogancji, do zerwania stosunków z przyjazną mu do niedawna Turcją.

Tu, zdaje się, leży główna przyczyna intensywnych wysiłków amerykańskich i izraelskich w kierunku jak najdalej idącej dyplomatycznej izolacji Iranu i zdestabilizowania od środka Syrii (w to drugie przedsięwzięcie jest zaangażowane praktycznie całe NATO i UE). Towarzyszą temu wielkie propagandowe wysiłki mające służyć wykreowaniu obrazu Iranu jako ogromnego zagrożenia nie tylko dla bytu samego Izraela, ale i całego Bliskiego Wschodu, a nawet USA. Zaś jego przywódców często gęsto ukazuje się jako ciasnych, niebezpiecznych fanatyków, mających tylko jeden cel – zniszczenie za wszelką cenę państwa żydowskiego, a poza tym klapki na oczach – dla osiągnięcia tego celu są w stanie poświęcić nawet swój kraj i podpalić cały świat. Znakomicie służą temu skądinąd niektóre wypowiedzi samego Ahmanideżada, któremu zdarzyło się kwestionować Holokaust, mówić publicznie o „starciu Izraela z powierzchni ziemi” itd. Te wszystkie wypowiedzi miały rzeczywiście miejsce.

Nie wszyscy zdają sobie jednak sprawę z tego, kto był faktycznym ich adresatem. Oczywiście, były nim władze izraelskie, ale nie tylko. Były nim prze wszystkim masy społeczne w tych krajach arabskich, szczególnie tych, które po cichu, nieformalnie współpracują na jakikolwiek polu z Izraelem. To co więc na pierwszy rzut oka wygląda na zwykłe awanturnictwo, czy rodzaj jakiejś obsesji, jest w rzeczywistości dobrze przemyślaną strategią zdobywania sobie ich sympatii i poparcia.

(dokończenie wkrótce)

Jan Matusiewicz