Gorzelik na fali!

Dla tzw. Ruchu Autonomii Śląska (RAŚ) i jego szefa Jerzego Gorzelika zaczynają wiać coraz bardziej przychylne wiatry. Po spektakularnych sukcesie RAŚ w niedawnych wyborach do sejmiku województwa śląskiego (8,4 % oddanych głosów i 3 radnych w tymże sejmiku) został on bardzo wpływowym członkiem zarządu tego województwa, a głoszone przez niego od dłuższego czasu koncepcje nadania całemu Śląskowi bardzo szerokiej autonomii, która miałaby być zarazem początkiem dalszej decentralizacji Polski i ostatecznego rozbicia jej na tzw. regiony, zyskują coraz większy rozgłos i poparcie coraz to możniejszych protektorów.

Do ich grona dołączyła też oficjalnie niedawno sama „Gazeta Wyborcza”, zamieszczając 24 lutego obszerny wywiad z p. Gorzelikiem pod wyraźnie prowokacyjnym tytułem: „Bliżej Czecha niż Lecha”. Znalazły się w nim obszerne wywody przywódcy śląskich „autonomistów”, służące uzasadnieniu podejmowanych przez niego działań  zarówno argumentami natury historycznej, potrzebą przeniesienia do Polski wzorców z niektórych krajów Europy zachodniej, jak i w końcu argumentami ekonomicznymi. Odchodzi on przy tym wyraźnie od swojej do niedawna stosunkowo łagodnej, wyważonej retoryki, przechodząc na ton zaskakująco otwarty i szczery, a miejscami wręcz wyzywający. Dotyczy to zwłaszcza kwestii XX-wiecznej historii Śląska, którą próbuje w bezceremonialny sposób zreinterpretować czy też nawet zrewidować, naginając ją tak, by pasowała dokładnie do jego „ślązakowskich” fascynacji.

Szczytem zaś wszystkiego jest określenie III powstania śląskiego mianem: „śląskiej wojny domowej”, w czasie której, cytuję dosłownie: „(…)Ślązacy strzelali do siebie w imię interesów Warszawy i Berlina…”. Kolejność ta jest znamienna – sama w sobie sugeruje większą polską odpowiedzialność za wybuch owej „wojny domowej”. Gorzelik deklaruje jednocześnie, że gdyby żył w tamtych czasach, nie głosowałby w plebiscycie ani za przyłączeniem Śląska do Polski, ani za pozostawieniem go przy Niemcach, lecz: „(…)pewnie należałbym do całkiem sporej wówczas grupy, która domagała się utworzenia wolnej Republiki Górnośląskiej…”, gdyż: „(…)To wydawało się wówczas jedyną możliwością uniknięcia bolesnego podziału Śląska. W 1922 r. polsko-niemiecka granica podzieliła śląskie rodziny…”.

W tej tezie jest rzeczywiście pewna doza prawdy historycznej. Ale dużo więcej jest w niej zręcznych manipulacji, obliczonych na powszechną nieznajomość tematu u przeciętnego czytelnika. Otóż, postulaty powołania takiej Republiki Górnośląskiej rzeczywiście miały miejsce i były wysuwane przez dosyć dużą grupę ludzi. Była to jednak grupa bardzo niejednolita i niespójna, tak narodowościowo, jak i społecznie, a po części także i ideologicznie. Jej członkom przyświecały w rzeczywistości różnorakie, często wyraźnie przeciwstawne intencje i cele. Zaliczała się do niej także i grupa Ślązaków przyznających się do narodowości polskiej, na czele z braćmi Reginkami. Jednak wyraźnie dominowały w niej różne miejscowe kręgi niemieckie. Należała do niej min. część miejscowego duchowieństwa, zaniepokojona wyraźnie antyklerykalnym charakterem polityki, sprawujących w powojennych Niemczech władzę, socjaldemokratów. Podobne, w gruncie rzeczy ideologiczno-wyznaniowe motywy kierowały niektórymi politykami katolickiej Partii Centrum. Do tego nurtu włączyło się również wielu śląskich arystokratów, a zwłaszcza przemysłowców, oczywiście czystej krwi Niemców. W tym ostatnim przypadku motywem popierania tej idei były zresztą względy czysto przyziemne – obawa przed nacjonalizacją kopalń i innych zakładów przemysłowych oraz rodowych majątków (wszak w Niemczech rządzili socjaldemokraci, a w Polsce lewica socjalistyczna miała wtedy również bardzo duże wpływy), a także chęć uniknięcia obciążeń,związanych z udziałem w odszkodowaniach wojennych nałożonych przez zwycięską ententę na Niemcy.

Oczywiście, jak to zwykle bywa w takich wypadkach, nikt z tych ludzi nie afiszował się zbytnio tymi faktycznymi motywami pomysłu budowy owej Republiki Górnośląskiej. Dorabiano więc do tego wzniosłe uzasadnienia, do których odwołuje się dzisiaj p. Gorzelik. Poza tym, przy ocenie tej kwestii zależy wziąść pod baczną uwagę jej kontekst międzynarodowy. Otóż, szczytowy moment działań na rzecz zrobienia ze Śląska, nie tylko zresztą Górnego, ale w niektórych wersjach po prostu całego Śląska, łącznie z Wrocławiem, odrębnego tworu politycznego przypada na pierwsze miesiące 1919 r. – czas zaciętych zmagań dyplomatycznych pomiędzy delegacją polską a Niemcami obszar na konferencji pokojowej w Wersalu. Niemcy nie były wtedy jeszcze pewne ostatecznego finału tej rozgrywki; ich stan posiadania był mocno zagrożony polskimi i czeskimi roszczeniami. Szczególnie delegacja polska na czele z Dmowskim twardo żądała przyłączenia do odrodzonego państwa polskiego całego Górnego Śląska, łącznie z tutejszym zagłębiem węglowym. Na wypadek, gdyby te roszczenia spotkały się z poparciem większości liczących się zachodnich mężów stanu, i gdyby skutkiem tego ta dyplomatyczna batalia rokowałaby dla Niemiec źle, jedynym możliwym sposobem utrzymania Śląska przy sobie, a przynajmniej mniejszym złem, byłoby nadanie mu szerokiej autonomii, np. poprzez wyodrębnienie go z terytorium Prus i nadanie mu statusu odrębnego kraju związkowego w obrębie Republiki Weimarskiej. Autonomia ta miała zapewnić językowe i kulturalne aspiracje poczuwającej się do polskości miejscowej ludności. Takimi też obietnicami wspomniane kręgi bardzo gorliwie szermowały. Gdyby w Wersalu Niemcy zostały rzeczywiście przyciśnięte w sprawie Śląska do muru, to ta koncepcja Republiki Górnośląskiej mogła im posłużyć do uniknięcia najgorszego, tzn. trwałej utraty tego regionu na rzecz Polski. Wolność czy „niepodległość” takiego organizmu byłaby w rzeczywistości iluzoryczna. Ze względu na same powiązania gospodarcze i strukturę społeczną ciążyłby on w sposób oczywisty bardziej ku Niemcom, niż ku Polsce. Stąd istniałby zapewne tylko przejściowo jako nieoficjalna forma utrzymania i zachowania go dla Niemiec.

Jednak, jak powszechnie wiadomo, za sprawą energicznych działań Lloyda Georga, wspieranego za pleców przez międzynarodową finansjerę żydowską i kręgi masońskie, taka obawa szybko znikła. Postanowiono ostatecznie urządzić na Górnym Śląsku plebiscyt, który Niemcy spodziewali się łatwo wygrać. W tym stanie rzeczy emisariusze wspomnianych kręgów, którzy pojawili się z propozycją budowy odrębnego państwa śląskiego w Berlinie i Wrocławiu, zostali odprawieni z kwitkiem, jako już niepotrzebni. Wtedy wpadli na pomysł roztoczenia nad Śląskiem…czeskiego protektoratu. Nic z tego oczywiście nie wynikło, bo sami Czesi, bez wyraźnego przyzwolenia, a nawet zachęty ze strony ententy, nie byli wcale skorzy angażować się w tego rodzaju w gruncie awanturnicze przedsięwzięcia, zdecydowanie przerastające ich siły. Gwoli prawdy, próbowano ów projekt konsultować także i z czynnikami polskimi, jednak na dużo niższym szczeblu.

Jedno wydaje się być przy tym pewne – to nie poczucie jakiejś całkowicie odrębnej od polskiej względnie niemieckiej tożsamości śląskiej stało u jego podstaw. Zwolennicy budowy odrębnego państwa śląskiego odczuwali z pewnością silną więź i przywiązanie do swej „małej Ojczyzny”, jednak bynajmniej nie względu na poczucie przynależności do „narodu śląskiego” – czuli się oni najpierw albo Niemcami, albo Polakami, a dopiero potem Ślązakami. Dowodzi tego najlepiej fakt, że drogi zwolenników budowy Republiki Górnośląskiej z polskiej i niemieckiej strony niemal całkowicie potem się rozeszły.

Ponadto, jak już wspomniałem, budowa tej Republiki Górnośląskiej przestała być już całkowicie aktualna wraz z podpisaniem traktatu wersalskiego. Plebiscyt odbył się zaś dwa lata później. Zatem nie było żadnego trzeciego rozwiązania, jak to sugeruje p. Gorzelik. Wybór był prosty: albo jesteś za Polską, albo za Niemcami. Ubolewa on strasznie nad podziałem Śląska i nad tym, że: „(…)polsko-niemiecka granica podzieliła przecież śląskie rodziny…” A więc ta jakaś wyimaginowana śląska jedność jest dla niego zdecydowanie nadrzędnym dobrem wobec wymogów polskiej racji stanu. Odnosząc te żale do konkretnie występującej sytuacji, można odnieść wrażenie, że wolałby on, w imię tej śląskiej jedności, raczej pozostawić cały Śląsk Niemcom, ignorując, popartą czynem zbrojnym, wolę kilkuset tysięcy autentycznych Ślązaków przynależenia do Polski.

Jeszcze bardziej kuriozalna jest teza o jakiejś „śląskiej wojnie domowej”. W istocie wszystkie trzy powstania śląskie nie były żadną wojną domową, lecz starciem dwu przeciwstawnych żywiołów: polskiego i niemieckiego. Może, ze względu na specyfikę regionu, to przeciwieństwo nie zawsze było do końca dookreślone, jasno rozgraniczone, ale było wyraźne. Zwłaszcza nie odpowiada zupełnie prawdzie, twierdzenie, jakoby: „(…)Polska i Niemcy sobie Śląsk wydzierały…”. W rzeczywistości, tak jak odrodzenie się polskości na Śląsku w II połowie XIX wieku było procesem samorzutnym, którego źródła biły na miejscu, tak i inicjatywy powstańcze również zrodziły się na samym Śląsku, a nie zostały tu zaszczepione np. z Warszawy czy nawet Poznania. Stanowiąca ich główny trzon Polska Organizacja Wojskowa Górnego Śląska (POWGŚ) była organizacją utworzoną i dowodzoną przez samych Ślązaków, czujących się Polakami, i nie miała ona bezpośrednich powiązań z żadnym z ogólnopolskich obozów politycznych. Tymczasem przeciwko tej typowo konspiracyjnej, ochotniczej, składającej się niemal wyłącznie z autochtonów organizacji wystąpiły początkowo ze strony niemieckiej (w I powstaniu śląskim – sierpień 1919 r.) formacje tzw. Grenzschutzu, Freikorpsów i niemieckiej policji. W dodatku ów Grenzschutz wywodził się w prostej linii z niemieckich regularnych sił zbrojnych i był dowodzony przez zawodowych niemieckich oficerów. Podobnie rzecz się miała i z Freikorpsami, które miały formalnie charakter formacji paramilitarnych, nawiązywały jednak bezpośrednio do tradycji, nawet w zakresie nazw, konkretnych jednostek armii niemieckiej, które musiały ulec rozwiązaniu na mocy narzuconych Niemcom warunków pokoju. Siły te były dodatkowo wspierane przez pociągi pancerne, samochody opancerzone, a nawet lotnictwo, których, rzecz jasna, powstańcy nie posiadali.

Z kolei w II powstaniu śląskim (sierpień 1920 r.) głównym przeciwnikiem POWGŚ była tzw. Sicherheitspolizei (Sipo), formacja nominalnie czysto policyjna, jednak stanowiąca w rzeczywistości zakamuflowaną formę kontynuacji niemieckich sił zbrojnych i obchodzenia postanowień Traktatu Wersalskiego. Wreszcie w III powstaniu śląskim (maj-lipiec 1921 r.), które to p. Gorzelik nazywa bezpośrednio „śląską wojną domową”, siły powstańcze starły się ze wspomnianymi Freikorspsami, oddziałami tzw. Selbschutzu – typowymi bojówkami złożonymi z miejscowych, etnicznych Niemców, a po części także i regularnymi siłami Reichswehry. Jest faktem, że po stronie niemieckiej walczyło, szczególnie w tych Freikorpsach, nawet do 20 tys. Ślązaków pochodzenia słowiańskiego, jakkolwiek silnie zniemczonych. Jednak to nie oni pełnili funkcje dowódcze, lecz stuprocentowi Niemcy. Poza tym znaczna część walczących po niemieckiej stronie pochodziła z głębi Niemiec (szacuje się tą grupę do 7 tys.), nie licząc już Niemców miejscowych. Polska oczywiście również wspierała powstańców, jednak na znacznie mniejszą skalę, i to głównie dostawami broni, przerzutem niewielkiej zresztą ilości polskich oficerów i szkoleniem wojskowym kadr dowódczych POWGŚ. Żadne polskie regularne jednostki wojskowe, w przeciwieństwie do niemieckich, w walkach tych udziału nie wzięły. Podobnie liczba ochotników z samej Polski, którzy udali się na pomoc powstańcom, była stosunkowo niewielka. O jakiej więc „śląskiej wojnie” tu mówimy.

W dalszej części artykułu p. Gorzelik wylewa szerokim strumieniem swoje żale i wylicza krzywdy, jakich Śląsk doznał potem od Polski. Nie można powiedzieć, że są to sprawy całkowicie wydumane czy bezpodstawne. Ale i w tym miejscu dokonuje on całego szeregu niedopuszczalnych uproszczeń, nadinterpretacji i niestosowności. Taką niestosownością jest z całą pewnością porównywanie losu „wolnego” prałata Carla Uliczki z Wojciechem Korfantym. W ogóle, jeśli chodzi o politykę polską wobec Śląska w latach trzydziestych ub. wieku, uosabianą przez twardy kurs sanacyjnego wojewody Michała Grażyńskiego, to należy pamiętać, że była ona pochodną ogólnej sytuacji politycznej w całym państwie, przede wszystkim zaś zaciekłego zwalczania przez sanację wszelkiej opozycji – narodowej, ludowej, socjalistycznej i także chadeckiej. Będący głównym wodzem tej ostatniej Korfanty należał do najbardziej znienawidzonych opozycjonistów przez reżim. A że miał swój główny bastion właśnie w rodzinnych stronach, na Śląsku, uderzało to boleśnie rykoszetem właśnie w tą ziemię. Zapewne nie tak Korfanty wyobrażał sobie losy Śląska w niepodległej Polsce i swoje w niej miejsce, nie postrzegał jednak tego na pewno jako „tragedii”, jak to sugeruje p. Gorzelik. Gdyby tak bowiem było, nie apelowałby przecież z łoża śmierci do ludu Śląska, by pozostał on wierny Polsce. Dlatego ukazywanie jego osoby w takim właśnie kontekście przez jest niczym innym, jak tylko plugawieniem jego pamięci. A poza tym, p. Gorzelik powinien przyjąć do wiadomości, że rządy sanacji były nieszczęściem dla całej Polski, nie tylko dla Śląska.

P. Gorzelik słusznie twierdzi, że Ślązaków, podobnie jak też Mazurów i Kaszubów, spotkały bardzo dotkliwe prześladowania za czasów PRL-u, szczególnie na początku jego istnienia, właśnie z powodu specyficznej ich tożsamości. Mówiąc wprost, tamte władze potraktowała ich jako swoistą odmianę Niemców. Była to jednak władze polskie tylko z nazwy i p. Gorzelik na pewno jest tego świadom, a jeśli nie, to powinien szybko dokształcić się w tym temacie i składać te pretensje pod innym adresem. Okres stalinizmu był bardzo ponurym i tragicznym okresem nie tylko dla Śląska, ale i dla całej Polski. W tym samym czasie, gdy mordowano w obozie koncentracyjnym w Świętochłowicach śląskich autochtonów, w ubeckich katowniach trwało dobijanie ocalałych dotąd resztek polskich elit narodowych.

Nie będę się odnosił w żaden sposób do krytyki polityki gierkowskiej wobec Śląska, bo nie mam dostatecznej wiedzy w tym temacie. Mógłby to uczynić jedynie autentyczny Ślązak, bezpośredni świadek i uczestnik tamtych wydarzeń.

Natomiast w całej treści wywiadu napotkałem jeszcze kilka innych tez, które bezwzględnie wymagają natychmiastowej, ostrej riposty. Choćby sprawa różnych śląskich odrębności. Gdy tylko p. Gorzelik wymienia kilka niemieckich naleciałości, obecnych w śląskich zwyczajach, jako świadectwo niemieckich wpływów kulturowych na tym obszarze, to zaraz  usłużni dziennikarze wyskakują z pytaniem: „Tylko to odróżnia Ślązaków od Polaków?”. Jest to wyraźnie prowokacyjne postawienie problemu i praktyczne wsparcie na całej linii p. Gorzelika w jego uporczywych usiłowaniach stworzenia w sztuczny sposób  „narodu śląskiego”. Przecież to pytanie można było sformułować nieco inaczej, a dużo bardziej precyzyjne, np.: „Tylko to odróżnia Ślązaków od reszty Polaków?”.

Oczywiście, obiektywnie żadnego „narodu śląskiego” nigdy nie było i nie ma też obecnie, niezależnie od tego, że sto, dwieście czy nawet trzysta tysięcy, i więcej mieszkańców tego regionu, czy to o nadszarpniętym poczuciu tożsamości narodowej, czy to głęboko zrażonych do panującej obecnie w Polsce, a szczególnie na Śląsku rzeczywistości, zadeklaruje właśnie taką „narodowość” w jednym, czy drugim spisie powszechnym.

Podobnie ma się też sprawa ze śląską „godką”. P. Gorzelik i jego zwolennicy widzą weń „język śląski”, zupełnie odrębny od polskiego. Tymczasem językoznawcy są w tym wypadku całkowicie zgodni – z punktu widzenia językoznawczego można mówić co najwyżej tylko o gwarze czy też dialekcie śląskim w obrębie języka polskiego. Zresztą tak naprawdę na Śląsku funkcjonuje nawet kilkanaście różnych lokalnych gwar. P. Izabela Winiarska, dr polonistyki z UW, zwraca uwagę, iż „(…) Ślązczyzna nie ma jednak własnej, odmiennej fleksji, nie wykształciła także odmiennych konstrukcji składniowych. Ponieważ nie wykształciła odmiany literackiej, nie ma także odmiennej od ogólnopolskiej ortografii…”. Zwraca też uwagę, że, chcąc robić z niej język urzędowy, funkcjonujący np. równolegle obok polskiego, trzeba by było najpierw ją skodyfikować i ujednolić, czyli z kilkunastu podobnych, ale jednak różniących się gwar śląskich stworzyć na drodze administracyjnej jedną wspólną „godkę” i potem narzucić ją wszystkim Ślązakom. (Spory o status ślązczyzny, www.gwarypolskie.uw.edu.pl). Ale i to zupełnie nie zraża p. Gorzelika, który przecież najlepiej wie, jak powinien wyglądać ten wymarzony „język śląski” i sam zamierza brać się energicznie do jego urzędowej kodyfikacji.

Krytycyzm wobec tego rodzaju projektów nie oznacza bynajmniej postulatu zacierania czy niwelowania specyficznych odrębności Śląska. Niech Ślązacy starannie pielęgnują swoją, lokalną kulturę, tradycję, zwyczaje, a także i także ową „godkę”. Nie tylko nie wolno im w tym przeszkadzać, ale trzeba im stworzyć jak najlepsze warunki do ich troskliwego pielęgnowania. Niech jednak owej „godki” używają, jak dotychczas, nieoficjalnie, po co robić z niej na siłę język urzędowy.

Nie wolno też biernie przyzwalać na cyniczne używanie ich przez p. Gorzelika i spółkę do dalszej dezintegracji naszego kraju. Przecież człowiek ten demonstracyjnie odcina się od wszelkiego związku z polskością lub ją na całej linii deprecjonuje. Śmie np. twierdzić w odniesieniu do okresu rozbiorów: (…)przecież zdecydowana większość ludzi żyła normalnie i nie odczuwała i nie jakiegoś nieznośnego ucisku…” I dalej: „(…)O niepodległości wtedy marzyła garstka ludzi, elita…”. A już szczytem prowokacyjnej pewności siebie p. Gorzelika jest poczyniony przez niego następujący wywód: „(…)Tak samo pokutuje u nas mit rozbicia dzielnicowego jako początku wszelkich nieszczęść, które spadły na Polskę. A przecież rozkład władzy centralnej miał miejsce wtedy w wielu monarchiach w Europie. I przyniósł także pozytywne skutki. Powstały nowe ośrodki władzy, wokół nich rozwijały się handel, kultura, poddani zyskiwali większe swobody. Śląsk w dobie rozbicia dzielnicowego kwitł. Niestety często historię interpretuje się według bieżącego zapotrzebowania politycznego…”.

A więc, zdaniem p. Gorzelika rozbicie dzielnicowe było właściwie dla Polski dobrodziejstwem. Zatem należy z tej perspektywy uznać jej ponowne zjednoczenie za błąd. Byłoby lepiej dla jej dalszych losów, gdyby istniała dalej w postaci kilkunastu księstewek. Wydaje się jednak, że zdecydowana większość żyjących w tamtych czasach naszych przodków, szczególnie spośród posiadających najbardziej rozwiniętą świadomość narodową rycerstwa i duchowieństwa, wcale takiego przekonania nie podzielała. Nosili oni w sobie pamięć potężnej Polski Mieszka I i Bolesławów – Chrobrego, Śmiałego i Krzywoustego, kojarzącej się im bezpośrednio z jednością polskiego państwa. Łączył ich też wspólny, wyraźnie odrębny od sąsiednich, język oraz, kształtująca się pod przemożnym wpływem Kościoła Katolickiego, łacińska kultura. Świadomość narodowa była w już w tamtych czasach wśród ogółu Polaków stosunkowo dobrze rozwinięta, mocniejsza niż w przypadku wielu krajów sąsiednich. Gdyby nie ten czynnik, to zjednoczenie kraju, wbrew oczywistym interesom sąsiadów i tylu przeszkodom natury wewnętrznej, nie doszłoby nigdy do skutku. Oczywiście, nie byłoby ono także możliwe bez zjednoczeniowej polityki Henryków śląskich, Przemysła II i w końcu Władysława Łokietka. Ale bez tego potężnego poparcia społecznego ten ostatni, na początku swej kariery politycznej malutki książę na Brześciu Kujawskim, nie mógłby żadną miarą toczyć swej prawdziwie heroicznej walki i nigdy nie włożyłby korony polskiego króla na swoją głowę.

Owszem, nie można zaprzeczyć, iż okres rozbicia dzielnicowego był dla Polski czasem wielkiego rozwoju gospodarczego i kulturalnego, czasem wielkiego postępu. Ale postęp nie poszedł po drodze utrwalania i pogłębiania tych politycznych podziałów, lecz, wprost przeciwnie, po drodze powrotu do jedności, koniecznej dla odbudowania pozycji kraju na arenie europejskiej. Skądinąd to właśnie owi wspomniani śląscy Piastowie, których polityka zapewniła Śląskowi tak świetny rozwój, pierwsi rozpoczęli owe działania scaleniowe z oczywistym celem nie przyłączenia czy też prostego wcielenia do tegoż Śląska innych dzielnic jako swoistych jego przybudówek, lecz przeciwnie – odbudowania jednej, zjednoczonej, silnej, cieszącej się statusem królestwa Polski. Do p. Gorzelika jakoś to nie trafia – albo o tym nie wie, albo, co znacznie bardziej prawdopodobne, nie chce wiedzieć. A więc, całkiem słusznie twierdzi, iż:„(…)Historię często interpretuje się według bieżącego zapotrzebowania politycznego…”. Oczywiście, zakładając, iż autor odnosi tą tezę do samego siebie. Zresztą, co tu dużo mówić, właśnie to wychwalanie tego okresu polskiej historii, w którym tkwią praprzyczyny późniejszego odpadnięcia Śląska od Polski, świadczy o jego faktycznych intencjach.

Działalność RAŚ jest w rzeczywistości najdokładniej osadzona w unijnej ideologii i stanowi fragment polityki budowy tzw. Europy regionów. Przywoływane przez jego liderów przedwojenne wzorce ustrojowe, związane z autonomią Śląska w II RP, służą wyłącznie próbie zręcznego legitymizowania owych dążeń w oczach zdezorientowanych i zniechęconych do obecnej rzeczywistości mieszkańców Śląska, a jakiejś mierze i całej Polski. Temu strategicznemu celowi podporządkowane jest też instrumentalne eksponowanie wszelkich śląskich odrębności, jak też lansowanie odpowiednio spreparowanej historii tego regionu. Są to zamysły dla Polski bardzo niebezpieczne. W razie urzeczywistnienia grożą one totalną, całkowitą dezintegracją naszego państwa, które przecież i tak istnieje głównie już tylko na papierze, i trwałą utratą kluczowej części naszego terytorium narodowego. Dlatego nie wolno absolutnie dalej ich bagatelizować i lekceważyć. Trzeba zacząć energiczne im przeciwdziałać. Ponieważ cieszą się one, o zgrozo, poparciem albo przynajmniej cichym przyzwoleniem wszystkich stronnictw sejmowych, absolutnie konieczne jest zorganizowanie oporu społecznego w tym zakresie i akcji uświadamiającej na wielką skalę. Stawka jest bowiem bardzo wysoka – chodzi o przyszłość Śląska, a zatem całej Polski.

Janusz Włodyka