Festiwal hipokryzji na katyńskich grobach

Prezydent Bronisław Komorowski w Bykowni

Prezydent III RP Bronisław Komorowski postawił sobie najwidoczniej za cel przelicytowanie w zakresie stopnia okazywanej i wyznawanej publicznie proukraińskości (i automatycznie, ma się rozumieć, antyrosyjskości) wszystkich konkurentów w trwającym właśnie wyborczym wyścigu do prezydenckiego stolca. Takie wrażenie nasuwa jako żywo przebieg i ogólny wydźwięk jego niedawnej wizyty w Kijowie.

Stało się już niemal niepisaną regułą polityczno-dyplomatyczną, że każdy, ale to każdy przedstawiciel miejscowego establishmentu, goszcząc u „braci-Ukraińców”, przywozi im w prezencie same komplementy i rozmaite słodkie podarki. Komorowski pobił jednak wszakże na tym polu wszystkich swoich poprzedników. W trakcie przemówienia wygłoszonego w Werchownej Radzie (gdzie wystąpił, z tego co mi przynajmniej wiadomo, jako pierwszy z przywódców tzw. wolnego świata, co już samo w sobie stanowi pewien precedens i znaczące wydarzenie symboliczne) zadeklarował nie tylko to, czego wodzowie, aktywiści i wszelakiej maści poplecznicy pomajdanowych władz mogli się niemal w ciemno spodziewać, ale zapewne nawet znacznie więcej, niż te ich apetyty i oczekiwania sięgały. Pomijając już w gruncie rzeczy mocno groteskowe i tak naprawdę nic nie znaczące, nie pociągające ze sobą żadnych praktycznych skutków dla obecnych włodarzy Ukrainy slogany w rodzaju „Europa nigdy zapomni o ofiarach Niebiańskiej Sotni”, p. prezydent zadeklarował przede wszystkim, iż „Polska podaje rękę Ukrainie” i na dodatek „zrobi wszystko, by uczyniły to inne państwa <<wolnego świata Zachodu>>”.

Co wielce charakterystyczne, ręka ta została – znowuż najzupełniej zgodnie ze wspomnianą już regułą – podana praktycznie całkowicie bezwarunkowo, albowiem Bronisław Komorowski już na samym wstępie swego orędzia, bez żadnych zastrzeżeń i niedomówień oświadczył, że chodzi mu „nie o przeszłość, ale o przyszłość relacji polsko-ukraińskich”. I następnie, trzymając się przykładnie i ortodoksyjnie tej wzorcowo przyjacielsko-braterskiej narracji, sprowadził terrorystyczne, bandyckie poczynania OUN/UPA, w tym także ludobójczą rzeź, popełnioną przez ukraińskich szowinistów na bezbronnej polskiej ludności cywilnej Wołynia i Małopolski (Galicji) Wschodniej, do kategorii jakowegoś „konfliktu” polsko-ukraińskiego. Z całą pewnością sformułowanie to, wypowiedziane publicznie i oficjalnie na forum samego parlamentu pomajdanowej Ukrainy, musiało wywołać z miejsca powszechną radość i aplauz jego ukraińskich (i nie tylko) słuchaczy. Jest to bowiem chyba najbardziej ulubiony, z wielkim upodobaniem stosowany chwyt propagandowy współczesnych propagatorów i kontynuatorów ideowo-politycznej spuścizny Doncowa, Bandery, Szuchewycza itd., wielu, zapewne wręcz przygniatającej większości do cna zakłamanych współczesnych ukraińskich historyków, a tak samo polskojęzycznych zwolenników i admiratorów tychże, by wymienić tu choćby A. Michnika i jego szeroko pojęte otoczenie. Dotychczas jednak wątek owego „konfliktu” przewijał się zasadniczo głównie na łamach gazet względnie np. w bardziej lub mniej luźnych „naukowych” dyskusjach i panelach. Teraz sięgnął jednakże po to magiczne słowo-wytrych główny oficjalny przedstawiciel państwa polskiego w jak najbardziej oficjalnym przesłaniu do ukraińskiego parlamentu! Czegoż jeszcze chcieć więcej! Nie dziwota więc, że na ławkach Werchownej Rady zatrzepotały biało-czerwone chorągiewki, przygotowane zapewne już uprzednio na tę okoliczność.

Można by jeszcze przywołać tu kilka innych, niemniej zdumiewających i oryginalnych, określeń i sformułowań zawartych w kijowskim przemówieniu Bronisława Komorowskiego, ale już z tych wyżej przytoczonych można dokładnie odczytać i zrozumieć zawarte w nim zasadnicze przesłanie. Bardzo celnie ujął je p. Bohdan Piętka w kapitalnym artykule zamieszczonym na łamach internetowego wydania „Myśli Polskiej”:

„Zasadniczym elementem tego <<pojednania>> jest zatem rozgrzeszenie przez polski mainstream polityczno-medialny OUN/UPA oraz uznanie faktu, że pomajdanowa Ukraina ma prawo budować swoją polityczną i narodową tożsamość na zbrodniczej i faszystowskiej tradycji”: http://mysl-polska.pl/431

Tak, tak – trzeba więc nam rzekomo zwyczajnie przejść całkiem do porządku dziennego nad rasistowsko-totalitarnym (bo nawet określenie faszyzm nie jest tu do końca adekwatne i właściwe) charakterem ideologii tzw. ukraińskiego nacjonalizmu integralnego, trzeba nam bez zastrzeżeń zgodzić się na gwałtownie wzbierający na współczesnej Ukrainie kult „herojów” UPA i ich „bohaterskich” czynów, albowiem jest to jedyny możliwy fundament, jedyne spoiwo, jedyna tradycja polityczno-wojskowa, na której można oprzeć proces kształtowania się i pogłębiania współczesnej ukraińskiej tożsamości narodowej i samego państwa ukraińskiego. W myśl tej samej wykładni powinniśmy oczywiście także najlepiej zupełnie wspaniałomyślnie, wybitnie jednostronnie, bez jakiegokolwiek gestu przeprosin i skruchy ze strony morderców i ich spadkobierców, wybaczyć „braciom-Ukraińcom”, i albo całkiem zapomnieć o ofiarach bestialskiego terroru UPA wobec naszych rodaków, albo, co najwyżej, wspominać je cichutko wyłącznie we własnym gronie. Ba, można by nawet w sumie pozwolić im na swobodne napisanie historii stosunków polsko-ukraińskich, tak jak to oni czysto subiektywnie je widzą, i potem przyjąć ten ich bardziej lub mniej spaczony punkt widzenia za obowiązujący, wiążący również i dla nas! Na wszystko trzeba się zgodzić, na każde żądanie przystać, trzeba – w ostateczności – „wiele nie widzieć i nie słyszeć”, byle tylko ich do siebie nie zrazić, byle w najmniejszym punkcie nie narazić na szwank polsko-ukraińskiego „partnerstwa”!

Jednym słowem – w imię szczytnej, pomyślnej przyszłości musimy zapomnieć, i to szybko, a właściwie najlepiej natychmiast, o strasznej, tragicznej przeszłości – w przeciwnym razie bowiem owa „bratnia” Ukraina padnie ani chybi łupem krwiożerczego rosyjskiego „imperializmu”, i to bodaj nawet więcej z naszej aniżeli ze swojej winy! I trzeba sobie w tym miejscu jeszcze dopowiedzieć, że jest to optyka nie tylko samego Bronisława Komorowskiego, ale punkt widzenia prawie całego rodzimego establishmentu polityczno-medialnego, może przy pewnych zastrzeżeniach, przeważnie zresztą tylko w warstwie deklaratywnej, ze strony PSL czy SLD.

„Dziwnym jednak trafem” w stosunkach z Rosją wdraża się uporczywie zasadę dokładnie odwrotną.

Trudno się więc nawet specjalnie dziwić, że ukraińscy deputowani, rozochoceni pełnym przyzwoleniem i najdalej idącą aprobatą ze strony samej głowy polskiego państwa, uchwalili jeszcze tego samego dnia (9 kwietnia) specjalną ustawę (nr 2538-1) regulującą status prawny uczestników całości walk o „niepodległość” Ukrainy toczonych w przeciągu XX w., w tym oczywiście w pierwszym rzędzie członków OUN/UPA, a także ukraińskich formacji kolaboranckich walczących u boku III Rzeszy! Ustawa ta zapewnia objętym nią osobom oraz ich rodzinom specjalne zniżki i inne gwarancje socjalne, uznaje i w pełni honoruje stopnie wojskowe, jakie otrzymali w ramach UPA i wspomnianych formacji, a, co najważniejsze, zakłada stosowanie odpowiedzialności karnej wobec wszystkich tych, nie tylko dla obywateli Ukrainy, ale i cudzoziemców, którzy śmieliby okazać publicznie „lekceważący stosunek” do owych, objętych nią struktur i formacji.

Wnioskodawcą tejże ustawy był zaś nie kto inny, jak tylko Jurij Szuchewycz, rodzony syn naczelnego dowódcy UPA Romana Szuchewycza – osobiście odpowiedzialnego za ludobójcze czystki na ludności polskiej dawnych Kresów Wschodnich II RP, a pewnej mierze także i w granicach Polski „pojałtańskiej”. Ustawa wspomniana zapadła przy tym przygniatającą ilością głosów, co dobitnie ukazuje faktyczną wartość rozsiewanej szeroko przez ukrainofilską propagandę w Polsce opinii, jakoby ugrupowania probanderowskie czy też wprost neobanderowskie otrzymały w ostatnich wyborach parlamentarnych (2014) stosunkowo niewielką ilość głosów i w konsekwencji mandatów w Werchownej Radzie. Tytułem pewnego „smaczku” do tej bulwersującej sprawy warto jeszcze dodać, że tenże Jurij Szuchewycz, noszący godność Bohatera Ukrainy z nadania jeszcze W. Juszczenki (2006 r.), domagał się w swoim czasie przeniesienia Cmentarza Obrońców Lwowa (Orląt Lwowskich) na terytorium Polski, zaś kilka lat temu wsławił się publicznym zgłoszeniem ukraińskich pretensji terytorialnych do „Łemkowszczyzny”, Nadsania, Chełmszczyzny i Podlasia – wszystko ziemie leżące w obecnych granicach III RP! Tak to wygląda i realizuje się w praktyce polsko-ukraińska „przyjaźń”!

Wygląda więc na to, że na mocy tej, typowo „kagańcowej” ustawy ksiązki takiego np. Wiktora Poliszczuka zostaną na terytorium pozostającym we władaniu władz pomajdanowej Ukrainy objęte odtąd urzędowym indeksem, wycofane z bibliotek (jeśli w ogóle tam się znajdują), a może i publicznie spalone na ulicy, a on sam, gdyby jeszcze żył, byłby pewnie realnie zagrożony ekstradycją i karnym procesem tylko z powodu bezkompromisowego pisania prawdy o rzeczywistym charakterze i obliczu OUN/UPA! Zaiste, osobliwe to metody budowania „demokratycznego” państwa ukraińskiego!

Na tym jednak nie kończą się wszystkie osobliwości i dziwy związane z ostatnim nawiedzeniem Ukrainy przez p. prezydenta Komorowskiego. Pojechał on tam również bowiem i w tym celu, by wespół ze swoim ukraińskim odpowiednikiem uczcić 75 rocznicę Zbrodni Katyńskiej na terenie Państwowego Memoriału Ofiar Totalitaryzmu w podkijowskiej Bykowni. Także i w tym miejscu obydwaj panowie prezydenci zabłysnęli naprawdę odkrywczymi refleksjami i spostrzeżeniami.

I tak prezydent Ukrainy Petro Poroszenko potrafił m.in. łaskawie przyznać, iż: „(…)Obok Ukraińców tutaj leżą najlepsi synowie narodu polskiego, według bezpośredniego rozkazu Stalina i Berii, bez sądu i dochodzenia, tysiące polskich oficerów, tysiące przedstawicieli inteligencji zostali zniszczeni w zaściankach NKWD i pochowani tutaj, w tej ziemi skropionej krwią”.

„– Dzisiaj chylimy nisko czoła, czcząc pamięć Ukraińców i obywateli polskich, poległych wiosną 1940 roku z rąk reżimu stalinowskiego. To wydarzenia sprzed 75 lat są znane jako zbrodnia katyńska”.:

http://wiadomosci.wp.pl/kat,1356,title,Petro-Poroszenko-w-Bykowni-tutaj-leza-najlepsi-synowie-narodu-polskiego,wid,17434795,wiadomosc.html?ticaid=114b1b

Jak z tego gołym okiem widać, najwidoczniej tłumacz obsługujący uroczystość był wyjątkowo kiepsko przygotowany do pełnionej roli– trudno bowiem raczej przypuszczać, by Poroszenko przemawiał aż tak bardzo nieporadnie, nieskładnie. Tak czy owak, pomimo widocznych językowych niezręczności, ogólny sens słów wypowiedzianych przez ukraińskiego prezydenta w trakcie uroczystości w Bykowni pozostaje jak najbardziej zrozumiały. Inna sprawa, że rozminął się on – na poziomie szczegółów – wyraźnie z prawdą historyczną.

Jeśli bowiem chodzi o samą zbrodnię katyńską, to na Polskim Cmentarzu Wojennym w Bykowni (wybudowanym i otwartym w ciągu niespełna jednego roku za prezydentury W. Janukowycza) spoczywają ciała ok. 1700 ofiar wydobytych z polskich grobów odkrytych przez polskich archeologów na miejscu masowych straceń w pobliskim lesie. Udało się zidentyfikować jednak tylko bardzo znikomą ich część (bodajże zaledwie 7 osób). Cmentarz ten jest zatem tak naprawdę w pierwszym rzędzie symbolicznym miejscem pochówku tych 3435 obywateli II RP przetrzymywanych w sowieckich więzieniach na terenie ówczesnej USRR, którzy mieli nieszczęście znaleźć się na tzw. Ukraińskiej Liście Katyńskiej i zostali wymordowani przez siepaczy z NKWD w co najmniej kilku różnych miejscach kaźni. Owszem, obok rdzennych Polaków lista ta zawiera także kilkaset osób narodowości ukraińskiej i żydowskiej, legitymujących się jednak bez wyjątku obywatelstwem polskim. Zakładając zatem, że to o nich p. Poroszence chodziło, zupełnie bez sensu – przynajmniej z historycznego punktu widzenia – jest to rozdzielanie faktu narodowości i obywatelstwa ofiar zbrodni.

Jest oczywiste, że przywódcom pomajdanowej Ukrainy nie przejdzie przez gardło stwierdzenie, że jacyś tam Ukraińcy byli kiedyś w ogóle obywatelami polskimi. Ale i z tej „zagwozdki” jest przecież proste wyjście. Trzymając się ściśle prawdy, należałoby po prostu wspomnieć najzwyczajniej o Ukraińcach i Polakach zamordowanych pospołu w ramach całej, szeroko pojętej Zbrodni Katyńskiej. Tylko, że wtedy ewidentnie nie wypadałoby wymieniać ofiar ukraińskich przed polskimi ze względu na rażącą dysproporcję liczebną jednych i drugich. Po wtóre, gloryfikatorowi UPA Poroszence (bo przecież to on właśnie zdążył już ustanowić w miejsce posowieckiego Dnia Obrońcy Ojczyzny nowe ukraińskie święto państwowe: Dzień Obrońcy Ukrainy, obchodzone 14 października – dokładnie w rocznicę formalnego założenia tej organizacji) nie wypada przecież za bardzo wspominać tych Ukraińców, którzy byli w międzywojniu na ogół jak najbardziej lojalnymi obywatelami państwa polskiego. Wszystko zatem wskazuje na to, że, „czcząc pamięć Ukraińców i obywateli polskich”, tak naprawdę miał on na myśli „czysto ukraińskie” ofiary sowieckiego terroru, których las w Bykowni kryje nawet do 100 tys. A że główne apogeum mordów na ludności ukraińskiej przypada na lata 1937-1938, nie zaś na wiosnę 1940 roku, to już w sumie mało istotny szczegół – co tam znaczy te kilka lat naprzód czy do tyłu, zresztą można zawsze – w razie czego – powiedzieć, że p. prezydent po prostu się przejęzyczył.

Konkludując – takim to prostym sposobem tegoroczne oficjalne obchody rocznicy Zbrodni Katyńskiej zostały jakby wtopione, włączone w znacznie szersze obchody pamięci ofiar sowieckiego totalitaryzmu ogółem wziętych, z bardzo wyraźnym antyrosyjskim podtestem. W ramach tego scenariusza, jeśli dobrze kojarzę, nawet okolicznościowe mowy obydwu prezydentów zostały wygłoszone przy wspomnianym ukraińskim Memoriale, a nie na obszarze Polskiego Cmentarza Wojennego w Bykowni. Notabene, ukraińskim szowinistom bardzo nie w smak było samo jego powstanie, stąd od samego początku starali się na wszelkie możliwe sposoby przeszkadzać przyjeżdżającym na to straszne miejsce polskim archeologom, np. wysuwając zupełnie absurdalne zarzuty, jakoby ci celowo podrzucali do mogił pomordowanych polskie przedmioty celem ich „spolszczenia”. Ujawniona zbrodnia idzie bowiem, co prawda, na konto Sowietów, a więc pośrednio – przynajmniej w wymiarze prawnym – także i państwa rosyjskiego, z drugiej wszakże strony potwierdza i uwypukla też szczególną rangę i pozycję żywiołu polskiego na obszarze b. Kresów Wschodnich II RP, a ci fakt ten usiłują przecież za wszelką cenę tuszować i zacierać.

Co prawda, p. prezydent Komorowski zdobył się w pewnym miejscu na swego rodzaju formalistyczne zastrzeżenie, iż urządzone uroczystości mają „w oczywisty sposób wymiar czysto polski”: „(…)Bo stąd, z Bykowni, ogarniamy naszą myślą i modlitwą wszystkie ofiary tzw. Golgoty Wschodu na całej nieludzkiej ziemi, nie tylko na wszystkich cmentarzach zbrodni katyńskiej…” itd. Zaraz potem jednak – nie zważając zupełnie, że jedno nie za bardzo komponuje się z drugim – podkreślił, iż dzięki obecności „ukraińskich przyjaciół” mają one znacznie szerszy wymiar: „(…)Razem z Ukraińcami, budującymi swe niepodległe demokratyczne państwo, możemy podkreślić tę dumę z przełamania złej historii, złego losu, który nas tak boleśnie dotykał i Polaków, i Ukraińców i wiele innych narodów żyjących w nieludzkim systemie”. Że ten zły los dotykał także, i to w pierwszym rzędzie, także samych Rosjan, o tym już oczywiście ani słowem nie wspomniano.

Całe zaś to przestawienie skończyło się – ma się rozumieć – gromką deklaracją Petra Poroszenki, jakoby narody polski i ukraiński w „godny sposób pokonały etap pojednania i przebaczenia i przeszły do trwałej przyjaźni, wzajemnego wsparcia i partnerstwa strategicznego”. Cóż, trzeba na to odpowiedzieć p. Poroszence i jego kamratom, że o faktycznym, autentycznym pojednaniu polsko-ukraińskim można będzie zacząć rozmowę dopiero wówczas, gdy pochyli on głowę nie tylko na mogiłą „najlepszych synów narodu polskiego” pomordowanych przez NKWD, ale i nad szczątkami wielkiej rzeszy tych może nieco „gorszych” Polek i Polaków – ofiar ludobójczych czystek etnicznych UPA, które częstokroć dalej walają się nie pogrzebane po wołyńskich lasach i jarach. A że na nic takiego absolutnie się nie zanosi, to i perspektywa owego pojednania coraz bardziej się oddala.

Pozostaje jeszcze nasuwające się samo przez się pytanie: czemu tak naprawdę służyła ta ukraińska peregrynacja Bronisława Komorowskiego? Wyborczych punktów z pewnością w tym momencie na niej nie zyskał, wprost przeciwnie – bardzo poważna cześć polskiej opinii publicznej poczuła się jej przebiegiem mocno zniesmaczona, a nawet wprost oburzona, w tej liczbie pewnie i niejeden z tych, którzy, może bez nadmiernego entuzjazmu, ale jednak zamierzali dać mu własny głos. Czy zatem chodziło tu o swego rodzaju przypieczętowanie linii „polskiej” polityki wschodniej, wyrażanej w tym wypadku za pośrednictwem tzw. polityki historycznej, bez względu na konsekwencje tegoż? Czy też sztab p. prezydenta, zdając sobie już dobrze sprawę z tego, że bez drugiej tury się nie obędzie, uznał za bardzo istotne i celowe pozyskanie jak największego poparcia ze strony wcale licznej, choć w większości nadal maskującej się mniejszości ukraińskiej (co przy bardzo możliwej relatywnie niewysokiej frekwencji wyborczej może mieć naprawdę niebagatelne znaczenie)? Czy też wreszcie, myśląc tak samo już o drugiej turze, Bronisław Komorowski chciał sobie z góry zapewnić poparcie, taki swoisty „jarłyk” ze strony Waszyngtonu, mogący definitywnie zaważyć o końcowym rozstrzygnięciu, a jak prościej, jak łatwiej go uzyskać, jak nie przez ostentacyjne „podłożenie” się pomajdanowej Ukrainie, Poroszence i jego kamaryli? Czas udzieli najlepszej odpowiedzi na te pytania.

Jan Matusiewicz