Fanom ks. Isakowicza-Zaleskiego pod rozwagę

W ostatnim czasie w licznych środowiskach odwołujących się, w większym lub mniejszym stopniu, do spuścizny polskiego obozu narodowego i jego myśli politycznej rozległy się głośne wyrazy poparcia, a nawet wręcz zachwyty wobec – na pierwszy rzut oka – bardzo nonkorfomistycznej, idącej pod prąd odgórnej, głównonurtowej propagandzie postawy ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego odnośnie tzw. euromajdanu i całej kwestii ukraińskiej.

Po części chyba w myśl znanego przysłowia „na bezrybiu i rak ryba”, a po części mając w tym miejscu głównie na uwadze znany od dawna niezwykle krytyczny stosunek tegoż do ruchu banderowskiego i jego współczesnych emanacji, a do tego jeszcze jego niekwestionowane zasługi na polu przywracania narodowej pamięci ofiar Rzezi Wołyńskiej, zaczęto gremialnie, wręcz na wyścigi, wprost zachwycać się tymże krytycyzmem ks. Isakowicza-Zaleskiego, bez głębszego wnikania w stojące u jego podstaw konkretne przesłanki i motywy.

Tak się jednak – szczęśliwie, czy też nieszczęśliwie – złożyło, iż ks. Isakowicz-Zaleski postanowił sam (może wychodząc też naprzeciwko „dyskretnie wyrażanym” oczekiwaniom swoich kościelnych przełożonych) doprecyzować i uściślić swoje stanowisko w w/w kwestii, co zaowocowało z miejsca niezwykłą wprost aktywnością medialną powszechnie znanego i rozpoznawanego krakowskiego duchownego. Przywołajmy więc takie dwie bardzo znamienne, wręcz reprezentatywne publiczne wypowiedzi w sprawie ukraińskiej ks. Isakowicza-Zaleskiego z okresu kilku ostatnich dni.

Najpierw przytoczymy tu więc kluczowe fragmenty wywiadu udzielonego przezeń 28 marca br. portalowi wp.pl w ramach, co wielce symptomatyczne, programu „Z Wiejskiej”, a opatrzonego ostrzegawczym tytułem „Ks. Isakowicz-Zaleski o groźnych ruchach nacjonalistycznych na Ukrainie” (rozmawia p. Dominika Leonowicz – dalej: DL.):

„Ja przestrzegałem już parę miesięcy temu wszystkich tych, którzy się zachwycają wydarzeniami na Ukrainie, że z jednej strony, oczywiście, trzeba popierać dążenia niepodległościowe i proeuropejskie Ukraińców. Natomiast w tej grupie protestujących są elementy skrajne, nacjonalistyczne, nawiązujące do ideologii Stepana Bandery, które absolutnie są niebezpieczne. I komuniści są źli (mowa tu, jak wszystko na wskazuje, o W. Janukowyczu i jego politycznym zapleczu – AT.), i ci banderowcy.

I wczoraj mieliśmy tego przykład, że po zastrzeleniu takiego watażki Saszki Białego, który był, no, po prostu takim półgangsterem, ale był traktowany jako bohater narodowy. Kto go zastrzelił? Nie wojska Putina, tylko zastrzeliła go milicja obecnych władz ukraińskich. No, i ten, to najście na parlament, te rozróby, to jest niestety zapowiedź, że tam będą konflikty wewnątrzukraińskie (jakby tych konfliktów od dawna już nie było – AT.). Bo ten nacjonalizm jest niesłychanie agresywny. On jest antyrosyjski, ale jest on również antypolski, antysemicki i antyeuropejski. Więc politycy polscy niepotrzebnie wchodzą w relacje z tymi szaleńcami spod znaku Swobody czy „Prawego Sektora”.

DL.: I jak prawdopodobne jest to, żeby mogli rzeczywiście przejąć władzę?

Ja myślę, że to jest na rękę przede wszystkim Putina, który, nawet mogę powiedzieć, się cieszy, że jest taki „Prawy Sektor”, bo przecież ci Ukraińcy się biją, tak? Tu Rosjanie są u bram państwa, mogą lada moment wejść na Ukrainę Wschodnią, a nacjonaliści tak jakby podcinali gałąź, na której siedzą. Bo, atakując obecnie parlament, oni zagrażają państwu. Może być po prostu wewnętrzna dywersja.

Oni są niebezpieczni również dlatego, że partia Swoboda, początkowo marginalna, teraz zyskała na Ukrainie bardzo dużą ilość głosów, weszła do parlamentu, a teraz ma wysokie notowania. Może nie zdobędzie stanowiska prezydenta. Ale Ołeh Tiahnybok i szef „Prawego Sektora” Jarosz – oni mają ogromne ambicje polityczne. Po raz pierwszy w historii od czasów II wojny światowej do parlamentu weszły partie odwołujące się do nazizmu i do faszyzmu.

Jest w rządzie Arsenija Jaceniuka kilku posłów Swobody. Czyli już wzięli współodpowiedzialność. Np. Andrij Mochnyk, którego ja osobiście poznałem, który cztery lata temu rozbijał konferencję prasową poświęconą ludobójstwu na Polakach, a dzisiaj jest ministrem od spraw ochrony środowiska.

DL.: Czyli, tak naprawdę, to już mamy do czynienia z państwem-potworkiem, tak, jak Pan to…?

Tak, tak, tak, ja uważam, że ogromny błąd premiera Jaceniuka był taki, że w ogóle dopuścił tych, Swobodę. (…)

Obawiam się, że to jest wszystko na rękę Putinowi, który rzeczywiście jest imperialistą. Ja nigdy Putina nie popierałem, wręcz odwrotnie – uważam, że to jest diabeł, to jest główne zagrożenie Europy. Ale on może wykorzystać tą sytuację w Kijowie, żeby wejść, niby chronić ludność rosyjską, która tam mieszka na Ukrainie Wschodniej. No, przecież to już grozi wojną…”. Całość wywiadu dostępna pod poniższym linkiem:
http://wp.pl/kat,1027459,title,ks-Isakowicz-Zaleski-o-groznych-ruchach-
nacjonalistycznych-na-Ukrainie,wid165

I druga, tylko o jeden dzień świeższa, a utrzymana praktycznie w identycznej tonacji wypowiedź dzielnego księdza, wyartykułowana, dla pewnej odmiany, tym razem na łamach onet.pl. :

„Rząd powinien mówić prawdę. Tak, jak mówi rząd Izraela, wspominany, czy niektóre środowiska na Europie Zachodniej. Popieramy was jako ruch proeuropejski, ale nie chcemy, żeby ten wasz rząd kumał się z nacjonalistami, z wielu powodów, bo oni są też antypolscy. To są ludzie przede wszystkim też nie do końca proeuropejscy. Jesteśmy dopiero na progu tych dramatycznych, według mnie, wydarzeń, podziałów na Ukrainie, natomiast ten wróg zewnętrzny, Putin, którego ja uważam za diabła, no, korzysta z tego. Tak, on się cieszy – tu się Ukraińcy sami biją, strzelają do siebie, są protesty w Kijowie.

Obawiam się, że gdyby doszło, nie daj Boże, do rozpadu Ukrainy, bo jestem przeciwnikiem rozpadu Ukrainy, no, to my nie będziemy graniczyli z wielonarodowościową i wielokulturową Ukrainą, ale z taką Hałyczyną, czyli z Zachodnią Ukrainą, gdzie ruch banderowski będzie absolutnie dominującą siłą. Myślę, że to jest niebezpieczne.

Dzisiaj Polska, powracając jeszcze do sprawy rządu, powinna powiedzieć: tak, popieramy rząd Ukrainy, ale, i w tym ale powinna wyraźnie zaznaczyć, że nie ma zgody na konszachty ze Swobodą, czy z „Prawym Sektorem”. To nie narody są skłócone, bo Polacy i Ukraińcy są narodami słowiańskimi, chrześcijańskimi. Tylko skłócił nas właśnie ruch banderowski. Tak więc zero tolerancji dla ruchu banderowskiego. I takie, myślę, jest przesłanie rodzin pomordowanych na Kresach” („Ks. Isakowicz-Zaleski. Zero tolerancji dla banderowców. Oni są antypolscy”):
http://wiadomosci.onet.pl/ks-isakowicz-zaleski-zero-tolerancji-dla-
banderowcow-oni-sa-antypolscy/26c17

Cóż, z powyższych wyburzeń ks. Isakowicza-Zaleskiego wynika dostatecznie jasno, iż definiuje on Europę i europejskość nie tyle w kategoriach geograficznych, ale przede wszystkim ideologicznych, a dokładnej mówiąc – demoliberalnych. A zatem ta jego Europa, a raczej – ściślej mówiąc – wizja Europy, sięga wyraźnie tylko tam, gdzie rozciągają się państwa (kraje), cieszące się oficjalnie statusem tzw. prawdziwych demokracji, której to organicznym i nieodzownym, wprost kluczowym elementem jest m.in., obok całego szeregu innych wyróżników, także i tzw. wolny rynek. Siłą więc rzeczy nie wchodzi do tak pojętej „Europy” ani np. taka Białoruś, ani tak samo europejska (w sensie geograficznym), rozciągająca się na zachód od Uralu część Rosji. Z kolei Ukraina do tejże „Europy”, jak to czytelnie wynika z kontekstu, właśnie mozolnie się dobija!

Przechodząc zaś bliżej do sedna całej poruszanej sprawy, nasuwa się mimowolnie takie oto wrażenie, iż pogląd bardzo medialnego księdza w tym przedmiocie przypomina łudząco stanowisko tych swego czasu bardzo licznych u nas ludzi, zwłaszcza właśnie duchownych, którzy argumentowali następująco: „Jestem za integracją z UE, wszelako pod tym jednym, zasadniczym warunkiem, że będą tam szanowane wartości chrześcijańskie”. To, że postulat ten obracał się od początku do końca praktycznie wyłącznie w sferze czysto wirtualnej, że ignorował całkowicie rzeczywistość, że nie miał najmniejszej szansy ziszczenia się ze względu na taki, a nie inny rodowód i formację ideologiczną tej ponadnarodowej, globalistycznej struktury, nie miało tu – o dziwo i o zgrozo – większego znaczenia. Chodziło wyraźnie tylko i wyłącznie o to, by za wszelką cenę skłonić większość Polaków do oddania głosu na „tak”, wykorzystując do tego „zbożnego” celu każdą dostępną metodę i uzasadnienie – mniejsza już oto, czy propagowane przez zawodowych, cynicznych manipulatorów, czy też tylko przez ludzi najzwyczajniej lubiących bujać w obłokach. Jeszcze dzisiaj słyszymy zresztą echa tego niedorzecznego postulatu w postaci powtarzanych jak mantra zaklęć i zastrzeżeń w rodzaju: „papież chciał, owszem, wejścia Polski do Unii, ale wyłącznie do Unii państw chrześcijańskich”.

Ks. Isakowicz-Zaleski usiłuje najwidoczniej zastosować podobny zabieg w odniesieniu do pomajdanowego układu sił politycznych na Ukrainie, a więc do rządów p. Jaceniuka, Turczynowa i całej spółki. Sprzedaje bowiem uporczywie polskiej opinii publicznej złudzenia, iż eurointegracja Ukrainy jest nie tylko możliwa, ale nawet wręcz w gruncie rzeczy pożądana, również dla samej Polski – tyle tylko, że w międzyczasie trzeba jakoś zneutralizować, wyeliminować z głównego nurtu ukraińskiej polityki tych wstrętnych, antypolskich banderowców ze Swobody i z „Prawego Sektora”. Wtedy sprawy na Ukrainie od razu pójdą w dobrym kierunku, a nasze wzajemne stosunki szybko staną się normalne, przyjacielskie, a nawet wprost braterskie – tak to wychodzi z tego przesłania.

Problem jednak w tym, że ci wstrętni banderowcy są już na chwilę obecną praktycznie nie do ruszenia. Z wielu powodów. Po pierwsze, z tego zupełnie podstawowego względu, że to właśnie oni, a nie jakieś tam Jaceniuki czy Kłyczki, byli tak naprawdę głównym siłą sprawczą i motorem „euromajdanu”. Przecież jest najzupełniej oczywiste, że gdyby nie tenże faszystowski „Prawy Sektor” i cała jego euromajdanowa działalność nie byłoby na Ukrainie absolutnie żadnego zamachu stanu i w konsekwencji wyłonienia się co najmniej półsamozwańczego rządu pod prezesurą wspomnianego Jaceniuka – takiego mniej więcej ukraińskiego odpowiednika Balcerowicza, którego szacowny ksiądz uważa notabene za „porządnego człowieka”, pomimo tego, iż tenże czołowy luminarz ukraińskiej polityki i ekonomii w jednej osobie zajmował się niegdyś osobiście krzewieniem kultu UPA w centralnej i wschodniej części Ukrainy. Trzeba powiedzieć w tym miejscu po raz kolejny jasno, że właśnie ci ukraińscy faszyści i naziści byli w istocie rdzeniem, byli samym sercem „euromajdanu”, wokół którego skupiała się cały czas cała reszta jego oficjalnych i zakulisowych uczestników, a nie tylko pewną częścią „grupy protestujących” – jak to wynikałoby z cytowanej wypowiedzi ks. Isakowicza-Zaleskiego.

Po drugie, nie przystoi wręcz pisać takiemu znawcy problemów współczesnej Ukrainy (a na takiegoż eksperta jest obecnie właśnie kreowany i zresztą sam się osobiście kreuje ks. Isakowicz-Zaleski) o jakimś tam „błędzie” Jaceniuka, który tak oto niby sobie wziął lekkomyślnie tych wstrętnych banderowców do swojego rządu, choć przecież wcale nie musiał tego koniecznie robić.

Nic bardziej błędnego i fałszywego – sklecenie tegoż rządu wymagało bezwzględnie uzyskania ich aprobaty. Tylko ci wstrętni banderowcy mogli nakłonić czy też wprost zmusić rozgrzanych łatwymi zwycięstwami w walce z anemicznym, bezzębnym Berkutem bojowców z „euromajdanu” do jego uznania, a przynajmniej jakiego takiego tolerowania. Ponadto, rząd ten potrzebuje, i to bardzo, cały czas głosów Swobody w mocno zdestabilizowanym i nadal rozchwianym ukraińskim parlamencie. Ma on do tego dosyć ograniczoną bazę polityczną, chociażby ze względu na pewien dystans, jaki trzyma względem niego – zresztą tylko dla zachowania pewnych pozorów – Kłyczkowy UDAR – wobec zaplanowanej do szybkiego wcielania w życie drakońskiej polityki gospodarczej i społecznej ukraińscy zwolennicy marszu do UE i ich zewnętrzni mocodawcy musieli po prostu pozostawić część własnych sił w strategicznym odwodzie. Nie minie bowiem wiele czasu do chwili, gdy Jaceniuk ze swoją ekipą stanie się nieuchronnie całkowitym politycznym trupem.

Sama Swoboda ma jednak wszelkie szanse wyjścia z tego przedsięwzięcia cało i z niezachwianą reputacją. Fotel wicepremiera (Ołeksandr Sycz) i dwa w gruncie drugorzędne resorty: ochrony środowiska (wspomniany Mochnyk) i polityki rolnej (Ihor Szwajka), przy całkowitym uchyleniu się od wzięcia jakiejkolwiek odpowiedzialności za gospodarkę i finanse, nie będą dla niej żadnym obciążeniem ani powodem do wysłuchiwania poważniejszych zarzutów ze strony jej aktualnych i potencjalnych wyborców. To raczej dobra inwestycja na przyszłość i forma przetarcia się przed wejściem w naprawdę wielką politykę.

Co więcej, są wszelkie przesłanki do przypuszczeń, że w ramach obecnego ukraińskiego porządku politycznego nie da się już bez udziału, a w każdym bądź razie bez przyzwolenia Swobody sformować jakiejkolwiek innej koalicji rządzącej. Wynika to nie tylko z jej szeroko rozgałęzionych koneksji międzynarodowych, w pierwszym rzędzie bliskich powiązań i w sumie nieskrywanego już wsparcia udzielanego jej przez określone czynniki amerykańskie (zwłaszcza przez cały obóz neokonserwatywny), a po części także i niemieckie, ale i całkiem już silnego społecznego zakorzenienia się tejże formacji na samej Ukrainie, przede wszystkim zaś z łatwej do przewidzenia logiki rozwoju ukraińskiej sytuacji wewnętrznej – wraz z realizacją narzuconych przez Zachód „reform” stopień zubożenia ukraińskiego społeczeństwa ulegnie jeszcze większemu pogłębieniu, a jedynym dostępnym sposobem kompensacji tego zjawiska może być tylko dalsze nakręcanie retoryki nacjonalistycznej. A w tym obszarze Swoboda jest akurat nie do pobicia.

W sumie więc, musimy sobie powiedzieć jasno i wyraźnie, iż „mleko się już rozlało” (i to już dawno temu) i o żadnej realnej, mającej jakiekolwiek szanse powodzenia presji ze strony władz III RP w kierunku oczyszczenia rządu Jaceniuka i jego potencjalnych następców z ludzi pokroju Tiahnyboka i jemu podobnych nie może być nawet mowy. Nie ma w istocie żadnej możliwości rozpędzenia, delegalizacji czy faktycznego zmarginalizowania tychże sił banderowsko-faszystowskich na Ukrainie – nawet wtedy, gdyby jakimś cudem zażyczyła sobie tego nagle tzw. społeczność międzynarodowa, nie mówiąc już o władzach III RP, które przecież nie po to na różne sposoby te właśnie siły wspomagały, a – jak twierdzą niektórzy – nawet wręcz szkoliły na polskim terytorium, by teraz miały je zwalczać. Zresztą, choćby nawet obecnie, w nowej sytuacji, uznano je koniec końców za zagrożenie, czy też za zużyty, niepotrzebny już balast, to i tak – podkreślam to raz jeszcze – nie ma już na obecnym etapie realnych możliwości ich efektywnego zwalczania, a nawet poważniejszego ograniczania.

Można się z tego powodu co najwyżej pokrzywić, można wyrażać z tego tytułu słowną dezaprobatę (skądinąd mile widzianą i słyszaną przez całe rzesze Polaków), można podnosić podobne alarmy, jak te ks. Isakowicza-Zaleskiego, można wreszcie naciskać na kijowskich demoliberałów typu Jaceniuka, by owych wstrętnych banderowców trzymali, przynajmniej tak dla oka, jak najdłużej na drugim planie, za drzwiami głównych kijowskich salonów – ale to absolutnie wszystko, co da się z „polskiej” strony w tym temacie jeszcze zrobić!

Zresztą samo zagrożenie ze strony rosnących konsekwentnie w siłę i znaczenie zdeklarowanych ukraińskich integralnych nacjonalistów nie wyczerpuje wcale całości negatywnych konsekwencji, jakie niesie ze sobą dla polskiej racji stanu kształtujący się obecnie u naszego wschodniego sąsiada nowy porządek polityczny. Musimy powiedzieć tu sobie kolejną bardzo nieprzyjemną i złowrogą dla nas rzecz. Mianowicie, niezależnie od tego, kto na dalszą metę będzie rządził w Kijowie – czy jawni banderowcy z przekonania, czy też swego rodzaju kryptobanderowcy z politycznego wyrachowania – Ukraina w jej obecnej kondycji politycznej, a zwłaszcza gospodarczej już stała się swego rodzaju unijnym, czyli w praktyce niemieckim protektoratem względnie państwem wasalnym (ewentualnie niemiecko-amerykańskim kondominium, gdyby użyć tego oklepanego pojęcia), przy pomocy którego Berlin bierze Polskę w prawdziwe, dwustronne kleszcze. Takie są wymierne – przynajmniej z polskiego punktu widzenia – skutki tego tak ochoczego popierania owych „niepodległościowych i proeuropejskich” dążeń Ukraińców, a, mówiąc wprost, tego ciągnięcia Ukrainy do „Europy” dosłownie za uszy. Niestety, polityczna wyobraźnia ks. Isakowicza-Zaleskiego zdaje się tego nie ogarniać.

Tym bardziej ów wielce elokwentny duchowny jakoś nie może pomieścić sobie w głowie (a może dobrze o tym wie, tylko tak pod publiczkę udaje nieświadomego), iż właśnie ten ów tak bardzo piętnowany przezeń „diabeł” z Kremla stanowi w wytworzonej sytuacji jedyną prawdziwą zaporę, chroniącą całą Europę Środkowo-Wschodnią, a zwłaszcza właśnie Polskę, przed iście wilczymi apetytami banderowskich ekstremistów.

W ogóle rzucanie „diabłami” to chyba, delikatnie rzecz ujmując, niezbyt wskazana czynność w przypadku księdza katolickiego, mniejsza już jakiego obrządku. Tym bardziej, jeśli ten nie jest ani demonologiem, ani egzorcystą, ani też obecnym lub byłym spowiednikiem człowieka opatrzonego takim paskudnym mianem. Zresztą, gdyby ks. Isakowicz-Zaleski występował kiedykolwiek w którejkolwiek z wymienionych ról, to całą z pewnością nie szastałby publicznie podobnymi określeniami. Jeśli nawet tak bardzo negatywnie, tak krytycznie ocenia osobę Władimira Putina i realizowaną przez niego politykę, to słownik języka polskiego zawiera przecież dostatecznie dużo wyrażeń na wyartykułowanie tejże niechęci czy krytycyzmu w sposób i naprawdę kulturalny i przy okazji nie budzący też żadnych moralno-religijnych kontrowersji.

A tak, ks. Isakowicz-Zaleski przebił zdecydowanie nawet samego największego, miejscowego „zadymiarza” salonowo-medialnego J. Kurskiego, bo cóż tam znaczy nazwanie kogoś „Hitlerem” przy określeniu go wprost „diabłem”! Inna rzecz, że zahaczamy tu już wyraźnie o obecną, jakże smutną kondycję KK: jeśli można bowiem tak łatwo produkować „świętych” (w niektórych przypadkach nawet bez uznanych cudów), to co za problem ogłosić kogoś „diabłem”!

Andrzej Turek