Euromajdan i kwestia ukraińska okiem niereformowalnego doktrynera

Redaktor naczelny TV Republika, p. Bronisław Wildstein, ten sam, który zasłynął nie tak dawno temu gromkimi okrzykami „Sława Ukrainu” na tzw. Euromajdanie (może chciał tym prostym sposobem zrobić tanią reklamę własnej stacji na Ukrainie!), postarał się następnie uzasadnić szerzej swoją bojową postawę w Kijowie także i przy pomocy słowa pisanego. Uczynił to w artykule pt. „Bunt Ukrainy” (opatrzonym dodatkowym, znamiennym mottem: „Kijów-Warszawa, Wspólna Sprawa”), opublikowanym w tygodniku „Do Rzeczy”, nr. 5/053, (27.01-02.02.2014 r.), s.70-72.

Wgłębimy się co nieco w treść tego tekstu, już to zwyczajnie z tego powodu, że autor odsłania momentami naprawdę bardzo interesujące szczegóły tegoż „buntu Ukrainy” – co może być użyteczne w samych tylko celach czysto poznawczych; już to dlatego, że jest on wręcz wzorcowym manifestem, można wręcz powiedzieć, kwintesencją tego, co często określa się postawą czy doktryną prometejsko-giedroyciowską.

Oto najciekawsze fragmenty rzeczonego artykułu:

„Ciągle nie wiemy, jak zakończy się konfrontacja wspieranej przez Moskwę oligarchicznej władzy prezydenta Wiktora Janukowycza ze zbuntowanymi Ukraińcami. Wiemy, że weszła ona w decydującą fazę. Ten etap konfliktu zaczął się w niedzielę, 20 stycznia, w prawosławne Święto Trzech Króli. To na ten dzień telewizja Republika uzgodniła z władzami Majdanu, czyli ośrodka oporu na centralnym i największym w Kijowie placu Niepodległości koncert polski. Do stolicy Ukrainy przylecieliśmy 19 stycznia, w sobotę. Mało kto przewidywał wówczas, że sytuacja tak zaogni się już następnego dnia.

Majdan wyglądał na nieco przysypiającą Sicz Zaporoską. Nad obozem namiotów unosiły się dymy opalanych drewnem piecyków. Solidnych umocnień z najróżniejszych elementów, stanowiących trudne do sforsowania przeszkody, częstokroć oplecionych drutem kolczastym i wspartych metalowymi rusztowaniami, pilnowała, jak zwykle, majdanowa straż, i, jak zwykle, wewnątrz koczowała spora grupa najbardziej zdeterminowanych buntowników, ale można było odnieść wrażenie, że opór przygasa. (…)

Jedynym prawdziwym, dużym budynkiem na terenie obejmowanym przez władze Majdanu jest siedziba związków zawodowych przekształcona w sztab organizacyjny i centrum prasowe. Aby dostać się do środka, trzeba dysponować przepustką lub legitymacją prasową, którą wydają organizatorzy”.

A więc – proszę, proszę – zdaniem p. Wildsteina, właściwie całe już ukraińskie społeczeństwo wypowiada posłuszeństwo Janukowyczowi (proszę zwrócić uwagę – nie on pisze np.: „protestujący na Euromajdanie”, „proeuropejska opozycja na Ukrainie”, „ukraińscy patrioci” itd., ale po prostu pisze: „zbuntowani Ukraińcy”). Oczywiście, dość ograniczona liczebnie grupa bezpośrednich mieszkańców Majdanu, upozowanego na „Sicz Zaporoską”, w dodatku „przygaszonych” i nieco zrezygnowanych, stanowi rażący dysonans do takiego stawiania sprawy, jednak autor niniejszej tezy zmierzył się i z tym problemem, podejmując decyzję osobistego przybycia do stolicy Ukrainy w celu ich „rozruszania” i zagrzania do dalszej walki. Tym środkiem aktywizującym stał się „koncert polski”, na którym chyba to, jak wynika z jego nazwy, serwowano Ukraińcom jakieś polskie pieśni i utwory. Ale konkretnie jakie: czyżby te patriotyczne? Czy Ukraińcy by je zrozumieli i w ogóle chcieliby ich słuchać, czy by je znieśli? A może główną treścią tego „polskiego koncertu” były np. jakieś ukraińskie dumki albo utwory angielskojęzyczne, albo wreszcie np. hymn UE?

Niestety, nie jestem widzem TV Republika, więc tego nie wiem. Ukraińska tłumaczka przekładała swoim ziomkom orędzie p. Wildsteina jakoś w tym stylu: „My prywiezli ze soboj muzyku………katoryj wsie zrozumieju” Ważniejsze jednak, że p. Wildstein z nagranymi rodzimymi muzykami jeździł sobie po Ukrainie jak po własnym podwórku i nawet pies z kulawą nogą nie stanął mu na drodze. To pokazuje całą skalę bezwładu obecnych władz tego państwa. Tak na dobrą sprawę wychodzi wręcz na to, że „euromajdaniarze” zdążyli już utworzyć sobie własne państwo w państwie: mające do dyspozycji nie tylko swoją „straż majdanową”, ale i uzbrojone po zęby paramilitarne bojówki, wydające własne przepustki, stawiające legalnym władzom władcze ultimata itd. Jednym słowem, można by, w przypływie dobrego humoru, rzec – wzorcowa demokracja w klasycznym, zachodnioeuropejskim, brukselskim wydaniu!

„To już dwa miesiące protestów. Przez ten czas w deszczu czy na mrozie, walcząc z milicją czy znużeniem, odbudowując zniszczone parę razy umocnienia, obrońcy protestowali przeciwko rosyjskiemu dryfowi prezydenta i generalnie przeciwko skorumpowanym władzom. Po pierwszych starciach wyglądało na to, że rządzący postanowili przeczekać, pozwolić się wypalić oporowi. Wprawdzie determinacja obrońców Majdanu może budzić podziw. Jednak jak długo można trwać w takich warunkach, bez specjalnych perspektyw i jasno sprecyzowanych celów. Dodatkowo, na wniosek prezydenta, ukraiński parlament przyjął zestaw drakońskich norm, które umożliwiają radykalne karanie nielegalnych demonstrantów.

Na następny dzień, w prawosławne Święto Trzech Króli, w południe, na Majdanie została zwołana manifestacja, która miała pobudzić zamierający opór. W tym samym dniu wieczorem miał się odbyć koncert polski zorganizowany przez telewizję Republika. Na zaproszenie władz Majdanu, w nieprawdopodobnym terminie dwóch tygodni, udało się nam zarazić tym pomysłem i ściągnąć do Kijowa grupę polskich muzyków: Pawła Kukiza z zespołem, Dariusza Malejonka i Malleo Reggae z towarzyszącą im wokalistką Marceliną oraz Krzysztof Krawczyk Grand Band”. (…)

Nie od dziś wiadomo, że poruszający się w trochę innym wymiarach, niż zwykli Kowalscy, artyści w polityce mogą nieraz nieźle namieszać, oczywiście w raczej negatywnym tego słowa znaczeniu, zaś muzyk-polityk w jednej osobie, to w ogóle niezbyt korzystne połączenie, co obrazuje choćby po części przykład samego Ignacego I. Paderewskiego (nie kwestionując jego wszystkich zasług). A tu jeden z wymienionych, tj. p. Kukiz, postanowił wziąć się za politykę całkiem na serio, i aż strach pomyśleć, co może finalnie z tego wyniknąć. Ale wracając do meritum: wspomniane normy trzeba uznać faktycznie po części za drakońskie – tu akurat można się zgodzić z p. Wildsteinem. A że były one w dodatku w sposób oczywiste spóźnione, musiały wywołać zrozumiały odruchowy, potężny sprzeciw. W sumie cała sprawa wyglądała trochę tak, jak by ktoś chciał z powrotem ściągnąć ogień na ugaszoną już zasadniczo z pożaru chałupę.

„Pierwsze Starcia”

Niedzielna manifestacja na Majdanie ku zaskoczeniu wszystkich zgromadziła paręset tysięcy ludzi. Koło stadionu, odgradzając demonstrantów od budynków rządowych, kilkaset metrów od Majdanu właściwego, ulicę Gruszeckiego przecięły wojska wewnętrzne, m.in. rozsławiony Berkut, czyli ukraińskie ZOMO.

Jakiś czas obie strony się obserwowały. Czy walki – jak mówiono – spowodował Berkut, próbując ująć grupę manifestantów, czy mając dość oczekiwania, zaatakowali oni sami – trudno dojść. Jednak około godz. 16 kijowskiego czasu się zaczęło. Manifestanci przewracali autobusy Berkutu i podpalali je, jeden wykorzystali jako taran do zaatakowania sił porządkowych. Milicjanci używali grantów gazowych, broni na gumową i plastikową amunicję, armatek wodnych (przy ostrym mrozie jest to szczególnie dotkliwe, i, oczywiście, pałek.

Główną siłę bojową manifestantów stanowi Prawy Sektor, paramilitarnie zorganizowana i nacjonalistyczna grupa obrońców Majdanu. W hełmach, okularach i rozmaitych formach antygazowego ekwipunku, niekiedy w profesjonalnych maskach, wyposażeni w drewniane zwykłe pałki, czasami tarcze, niekiedy proce, umiejętnie rozbijali bruk wykorzystywany później jako amunicja. Zaopatrzeni w butelki z benzyną potrafili za jej pomocą zatrzymać szarże milicji i zmieniać funkcjonariuszy w płonące pochodnie” . (…)

Skoro nawet sam obecny na miejscu p. Wildstein nie potrafi dojść, kto właściwie zaczął tę prawdziwą bitwę, to ja stawiam śmiałą hipotezę, że zaczęli ją „manifestanci”. A jeśli, jak czytamy, zastosowali taki oręż i takie formy działania, to zakrawa na prawdziwy cud, iż w konsekwencji tylko na kilku trupach się skończyło. Skłonny jestem wierzyć również zapewnieniom ukraińskich władz, że wspomniany Berkut nie miał w tym momencie na wyposażeniu ostrej amunicji. Bo gdyby ją miał, to niewykluczone że „zmieniani w płonące pochodnie” milicjanci mogliby sięgnąć po nią nawet spontanicznie, odruchowo, bez rozkazu wyższych szczebli dowódczych, a wówczas mielibyśmy w Kijowie prawdziwą tragedię, masakrę. A swoją drogą, mało jest krajów na świecie, może nawet w Europie, gdzie siły porządkowe w tego rodzaju sytuacji nie sięgnęłyby po broń palną. Doprawdy, dobrotliwy batiuszka – ten Janukowycz!! I do tego jeszcze prawdziwy ukraiński patriota – gdyby zezwolił Berkutowi strzelać, byłby to najprawdopodobniej koniec Ukrainy w obecnym kształcie.

„Na początku starć na pierwszą linię miedzy demonstrantów a policję wdarł się Witalij Kliczko, jeden z trzech liderów opozycji działającej na Majdanie. Usiłował powstrzymać ataki demonstrantów, wzywał, aby pozostali na Majdanie, ale nie znalazł wśród nich posłuchu. – sam sobie stój – krzyczał i gwizdał tłum. Doszło do szamotaniny, z której bokserski mistrz musiał się wycofać.

Czy atak był sprowokowany, jak podejrzewali przywódcy Majdanu?”.

(…) Wiadomo, zawsze najlepiej i najdogodniej zwalić wszystko na władzę. A przypadek Kliczki będzie nam przydatny do dalszych uwag.

Oto bowiem, p. Wildstein ubolewa na głównych problemem trapiącym przywództwo „euromajdaniarzy”:

„Podstawowym problemem ruchu oporu na Ukrainie wydaje się brak politycznej reprezentacji, a zwłaszcza lidera. Wprawdzie przywódca Batkiwszczyzny, największej z partii uczestniczących w majdanowym proteście, Arsenij Jaceniuk ma za sobą długą karierę polityczną – był m.in. ministrem spraw zagranicznych i przewodniczącym Rady Najwyższej Ukrainy – ale jest typem intelektualisty, a nie charyzmatycznego przywódcy potrzebnego w czasach przełomu. Przeszkodą mogą być także jego żydowskie korzenie.

To, że wyrósł pod skrzydłami Julii Tymoszenko, też nie jest jego atutem. Osadzona w wiezieniu przez Janukowycza stała się męczennicą obecnego systemu. (…)Tajemnicą poliszynela jest także to, że jej majątek wielokrotnie przekracza oficjalne dochody pani premier.

Oleg (właściwie ma być: Ołeh) Tiahnybok, szef Swobody, partii marginalnej i radykalnej, nie odgrywa znaczącej roli i próbuje zaistnieć przy swoich silniejszych konkurentach. Postacią, która może wybić się na lidera Majdanu, jest Witalij Kliczko. Wspaniały bokser, postać znana i lubiana, nie ma jednak politycznego doświadczenia. Czy przekształci się w prawdziwego polityka? (…).”

Kilka nasuwających się uwag. Przecież p. Tymoszenko trafiła do więzienia nie na mocy jakiegoś autorskiego dekretu prezydenta Janukowycza, tylko ma mocy wyroku niezawisłego (przynajmniej nominalnie) wyroku sądu, mniejsza o to, że tenże sam Janukowycz ogromnie na tym politycznie skorzystał. W każdym bądź razie nie zamknięto ją tam tylko dlatego, że jest zwyczajnie ładniejsza i bardziej medialnie pociągająca, elokwentniejsza od obecnego prezydenta Ukrainy, a tym bardziej z powodu jej charakterystycznego ukraińskiego warkocza. Znalazły się na nią konkretne, wcale poważne paragrafy prawne, które ewidentnie naruszyła, nadużywając swoich uprawnień jako b. premier Ukrainy. Jaceniuk nie wygląda faktycznie, tak na oko, na jakiegoś herosa, zaś polityczna przyszłość Kliczki to jedna wielka niewiadoma – tu trzeba mieć jednak zdecydowanie większe umiejętności niż na ringu, gdzie i też przecież różnie z tym Kliczką bywało: miał szczęście i zrobił karierę, bo nie musiał walczyć np. z L. Lewisem, E. Holyfieldem, M. Tysonem (a choćby i Andrzejem Gołotą w szczytowej formie) i kilkoma jeszcze podobnymi zabijakami w apogeum ich możliwości. Skoro np. taki o wiele mniejszy Chris Byrd stłukł go na „kwaśne jabłko”, to po starciach z w/w pewnie by się do polityki już raczej nie nadawał. W tym zresztą rozbiciu opozycji i braku jednego, powszechnie uznanego i zaprawionego w bojach konkurenta jedyna nadzieja i szansa Janukowycza na reelekcję.

Ale jest jeszcze poważniejsza sprawa. P. Wildstein bardzo się myli w ocenie Tiahnyboka i Swobody. Nie wiem, czy chce oszukać samego siebie, czy też tylko swoich czytelników, ale ton lekceważący nie przystaje w tym przypadku zupełnie do rzeczywistości. Jak można określić „marginalną” partię, która zdobyła w wyborach do ukraińskiego parlamentu ponad 10 % oddanych głosów (2012r.), przy znacznym ich rozbiciu. Gdy u nas, w wyborach 2001 r., wchodził do Sejmu Pis z wynikiem niespełna 10%, to uznawano ten rezultat powszechnie za niekwestionowany sukces świeżo zrodzonej formacji, i nikt, ale to nikt, nie wpadłby na pomysł nazwać ugrupowania braci Kaczyńskich „marginalnym”. Co prawda, w przypadku Swobody mówimy o partii, która istniała już od długich, długich lat. To przekroczenie przez nią progu wyborczego, i to w sposób tak zdecydowany, bezdyskusyjny, oznaczało jednak jakby jej drugie narodziny, przejście do całkiem innej politycznej klasy.

Co gorsza, wiele wskazuje na to, że notowania Swobody będą dalej iść w górę, choćby dlatego, że to w istocie ona uczyniła się uprawnioną depozytariuszką wiadomej ideologii i organizacji i w coraz większym stopniu sprawuje w skrajnie niezadowolonym z obecnych warunków bytu, zdesperowanym i zradykalizowanym społeczeństwie ukraińskim prawdziwy rząd dusz.

Tiahnybok wcale sam się nie wciskał na Majdan, tylko był tam serdecznie zapraszany przez pozostałą dwójkę, a jego obecność u boku Kaczyńskiego wcale nie była przypadkowa – jest już on w tej chwili zbyt silnym i ważnym graczem na ukraińskiej scenie politycznej, żeby np. taki Kliczko był w stanie rozkazać mu np. schować się na ten czas do szatni, czy za kulisy, a ów posłuchał i wykonał. Na szeroko pojętej zachodniej Ukrainie nie byłoby obecnie realnej możliwości urządzić rewolty na taką skalę, jaka ma tam teraz miejsce, bez przyzwolenia i czynnego udziału „swobodowców” i współdziałających z nimi różnych innych ukraińskich środowisk nacjonalistycznych. Także i sam kijowski Majdan, jak wynika nawet z relacji p. Wildsteina, bez ich pomocy zapewne dawno by już padł. Tam bowiem potrzeba nie tyle intelektualistów, co ludzi z szerokimi barami i potężnymi łapami, uzbrojonych w pałki, konkretne kawałki metalu, młoty itd., a takich akurat w środowiskach neobanderowskich nie brak. Swoboda angażuje się tak aktywnie w Euromajdan nie tylko parta ciągotkami do Europy, ale przede wszystkim w celu daleko idącego poszerzenia swej politycznej bazy. Tiahnybok oczywiście nie zostanie pewnie ukraińskim prezydentem – jest na to zbyt skrajny. Ale będzie miał wkrótce – zaryzykuję nawet taką opinię – ma już teraz na tyle mocną pozycję, że nic ważniejszego w polityce ukraińskiej poza nim i jego partią nie będzie się odtąd działo. Swoboda ostatecznie wyszła tym samym z bardzo zresztą luźnej politycznej izolacji, a sam Janukowycz pertraktuje obecnie z nim na takich samym warunkach i na tym samym poziomie, co z Jaceniukiem i Kliczką i pozostałymi.

Zaś pp. Kaczyński, Wildstein itd. będą mieli w tym radykalnym przemeblowaniu tamtejszej sceny politycznej (wielce niekorzystnym dla Polski) swój istotny wkład! Ciekawe, że w tym samym numerze tej samej gazety p. Kukiz alarmuje: „Swoboda ma pole do popisu. I największe szanse na pokierowanie Ruchem” (s. 12). Czyżby nawet polityk-muzyk miał bystrzejsze oko i w ogóle bardziej wyczulone polityczne zmysły, niż tak doświadczony wyjadacz z pogranicza świata polityki i mediów.

Dalej p. Bronisław przechodzi już na ton bardziej optymistyczny:

„Rzeczywistość na Ukrainie zmienia się niezwykle szybko i w prawdzie w bliskiej perspektywie szanse na pozytywne zakończenie epopei Majdanu nie wydają się duże, jednak z pewnością będzie ona istotnym elementem budowy nowoczesnej tożsamości Ukrainy. To narastające obywatelskie poczucie, że kraj jest własnością wszystkich mieszkańców, choćby chwilowo przywłaszczyli go sobie i kontrolowali przy pomocy Moskwy oligarchowie, umacnia się i pozostanie nawet po możliwej, doraźnej klęsce. Pragnienie stowarzyszenia się z UE nie wynika z politycznych rachub czy wiedzy na temat tej instytucji, ale z chęci odnalezienia się w europejskiej kulturze. Nakładają się na to wizja europejskiej zasobności i naiwna wiara, że przystąpienie do UE szybko ją zapewni, ale z pewnością nie wyczerpuje to marzeń Ukraińców”. (…)

Nikt przy zdrowych zmysłach, także w Polsce, nie życzy Ukrainie rozpadu. Nie oczekuje jej ani Moskwa, ani UE. Nie chcą tego rozpadu zaś przede wszystkim sami Ukraińcy, niezależnie od wyznawanej opcji. Przecież sam premier Azarow ustąpił ze stanowiska, podając jako oficjalny motyw m.in. ocalenie jedności i integralności państwa. Po co jednak te przekłamania. Czy wspomniani ukraińscy (przeważnie na papierze) oligarchowie trzymają w swych szponach cały ten nieszczęśliwy kraj tylko przy pomocy i z nadania Moskwy. A takie np. USA, UE, Niemcy nie mają faktycznie na nich żadnego wpływu? A z kim to niby negocjował kilka tygodni kwestię nie używania siły przeciwko „majdaniarzom”” sam Rinat Achmetow, główny sponsor Partii Regionów (ponoć jeden z najbogatszych ludzi w Europie)? A proszę zgadnąć, w jakich to bankach trzymają owi oligarchowie (a przynajmniej zdecydowana ich większość) swoją kasę? Pomyśli ktoś – w rosyjskich. O, to bardzo, bardzo się myli. Głównie w zachodnich. Trzeba tu powiedzieć zresztą nawet więcej – to właśnie wspomniana kasta oligarchów pchała mocno Janukowycza do zbliżenia się z UE. Przyczyna prosta – myśl o znalezieniu się w sztywnym, putinowskim gorsecie nie jest dla nich zbyt pociągająca.

A to pragnienie stowarzyszenia się ukraińskiego ogółu z UE wynika po prostu z nadziei szybkiej poprawy poziomu życia i, wyrażając się brutalnie, dorwania się do kasy – żadne aspiracje „kulturalne” nie mają tu nic do rzeczy. Opisywane wyżej wydarzenia uliczne najlepiej to potwierdzają. Współcześnie na Ukrainie jest do tego stopnia źle, iż większości Ukraińców, zwłaszcza naiwnej młodzieży, wydaje się, że gorzej być już nie może. Więc już z tego samego powodu warto spróbować czegoś nowego, nie patrząc na skalę związanego z tym ryzyka, bo wydaje się, że niewiele jest do stracenia. A tymczasem może być jeszcze znacznie gorzej, zwłaszcza dla tych, którzy po ewentualnym pobrataniu się z UE będą musieli pozostać na miejscu. Sprawa prosta i jasna: jak Ukraina nie rozwiąże sama swych problemów, to i Bruksela jej w tym wcale nie pomoże, raczej zaszkodzi. Szkoda, że tego nie powiedzą uczciwie Ukraińcom rodzimi naganiacze pokroju p. Wildsteina, który sam pisze o „naiwnej wierze” w cytowanym tekście. Jak z niego taki wielki przyjaciel Ukraińców, to powinien im to powiedzieć zawczasu i wprost.

I wreszcie tak oto dochodzimy do głównej konkluzji:

„Niepodległość Ukrainy jest polską racją stanu. Bez Ukrainy imperium rosyjskie nie będzie już tym, czym dawniej, i przestanie zagrażać naszej suwerenności…”.

A więc: Giedroyc, Giedroyc i jeszcze raz Giedroyc (bałamucony jeszcze dodatkowo przez niejakiego Osadczuka)! Ciągle ten sam człowiek i te same doktrynerskie zasady, całkowicie już zbankrutowane i negatywnie zweryfikowane przez życie, a mimo to nadal obowiązujące jako żelazny kanon polskiej (niby) polityki wschodniej! A to niby Ukraina nie jest obecnie państwem niepodległym? Stanie się „niepodległa” dopiero wtedy, gdy podda się pod brukselskiej jarzmo. A dzisiejsza Polska, w rozumieniu naturalnie p. Wildsteina, to kraj rzekomo w pełni „wolny i suwerenny” – jak ktoś nie wierzy to podaję dosłowny cytat z jego płomiennej oracji na Euromajdanie: „My rozumiemy Was dobrze. Myśmy przezywali to samo trzydzieści, dwadzieścia kilka lat temu. My rozumiemy, że może w tej chwili niespecjalnie myślicie o muzyce. Bo myśmy też to wszystko przeszli, a teraz żyjemy w wolnym i niepodległym kraju” . I co to niby ma być – jakiś kabaret, czy też cyniczne szyderstwo z Polski i Polaków, czy też w końcu p. Wildstein zwyczajnie urwał się z choinki!:
www.konserwatyzm.pl/artykul/11558/bronislaw-wildstein-na-wiecu-w-kijowie-a-teraz-zyjemy-w-woln

A co do relacji Ukraina-Rosja, dziwię się, iż p. Wildsteinowi nie przyszło czasem na myśl, że Rosja może utrzymać względnie, jak kto woli, odbudować swą mocarstwową pozycję ostatecznie nawet i bez Ukrainy. I że dysponuje odpowiednimi instrumentami, by tą „niepodległą” unijną Ukrainę w każdej chwili najzwyczajniej zadusić gospodarczo. Nie jest więc to bynajmniej rosyjskiej mocarstwowości warunek sine qua non, choć bardzo pożądany. I, co więcej, nawet i w takim wypadku nadal będzie stanowić dla nas potencjalnie takie same, a może i większe zagrożenie – przecież pozostanie dalej wspólna granica z obwodem kaliningradzkim, no i z Białorusią. Zwłaszcza, gdy będziemy bezrozumnie ją drażnić, w stylu p. Wildsteina…

Jan Matusiewicz