Dylematy związane ze świętowaniem rocznicy Konstytucji 3 Maja

W dniu 3 maja obchodzimy jedno z trzech oficjalnych, polskich świąt narodowych i państwowych – rocznicę uchwalenia Konstytucji 3 Maja. Świętujemy tą rocznicę bardzo uroczyście i podniośle. Świętujemy ją tym chętniej i powszechniej, że zbiega się ona z kościelnym świętem Matki Boskiej Królowej Polski. Jest to, rzecz oczywista, zjawisko bardzo dodatnie. Obchodzenie rocznic narodowych przyczynia się bowiem  do zachowywania narodowych tradycji, a w dzisiejszej dobie zmasowanego naporu prądów globalistycznych, przybranych w szatę tzw. europejskości, chroni nas wręcz w znacznej mierze od zupełnego wynarodowienia, przypominając nam przynajmniej od czasu do czasu, o czym na co dzień za bardzo myśleć nie chcemy, że jesteśmy Polakami i że z tego tytułu mamy też jakieś polskie obowiązki. Jest więc rzeczą ze wszech miar godną pochwały, że dosyć duża liczba naszych rodaków z większym czy mniejszym zaangażowaniem polskie święta narodowe  obchodzi.

Ale, niestety, przy głębszym w rzecz wejrzeniu, można się doszukać w tym naszym dzisiejszym świętowaniu narodowych rocznic także i wyraźnego rysu ujemnego. Nosi ono mianowicie wyraźne znamiona pewnej powierzchowności i mechaniczności – jest  zazwyczaj pozbawione głębszego zastanowienia się i refleksji, co wiąże się zresztą blisko z nieznajomością ojczystej historii. Wspominając o tym, czynię to z wielką przykrością i, nie zamierzam ukrywać, z jeszcze większymi oporami. Takie słowa niełatwo przechodzą przez gardło, a jeszcze trudniejszą, jeszcze bardziej niewdzięczną i ryzykowną  rzeczą jest przelewanie ich na papier. Ma się  pełną świadomość, że może się to spotkać z konsternacją, oburzeniem i gwałtownym sprzeciwem ze strony niejednego rozmówcy, czy też czytelnika, zwłaszcza gdy dotyczy właśnie Konstytucji 3 Maja. Wszak wspomniana konstytucja  jest dla nas swego rodzaju narodową świętością; uchodzi powszechnie za jedno z najbardziej chwalebnych wydarzeń w historii Polski; za symbol i uosobienie heroicznych wysiłków zmierzających do uzdrowienia polsko-litewskiego państwa i uratowania go przed zagładą. Tym bardziej lubimy podkreślać jej doniosłość, że była ona pierwszą w Europie, a drugą w świecie, po amerykańskiej,  konstytucją pisaną. W dodatku jej świętowanie ma bardzo długą tradycję. Rocznica jej uchwalenia była świętowana już pod zaborami, tak w kraju, jak i zwłaszcza na emigracji. Konstytucja 3 Maja była też od zawsze prawie jednomyślnie bardzo pozytywnie oceniana przez wiele pokoleń polskich polityków, historyków, pisarzy itd. Można by więc w sumie powiedzieć, że kwestia ta nie podlega w ogóle dyskusji.

To prawda. Jeśli będziemy oceniać Konstytucję 3 Maja samą w sobie, jako pojedynczy fakt historyczny, w oderwaniu od szerszych procesów historycznych, to ta ocena musi zawsze wypaść niezmiernie pozytywnie; będzie ona wyłącznie powodem do zachwytu i narodowej dumy. Powstaje jednak pytanie, czy takie podchodzenie do zagadnienia jest do końca właściwe i słuszne. Otóż, bynajmniej. Chcąc mianowicie wyciągnąć z danego wydarzenia historycznego rzeczowe wnioski i nauki, należy patrzeć na niego w szerszym kontekście i starać się dowiedzieć jak najwięcej o jego kulisach i całej epoce, w jakiej ono się działo, a nie zadowalać się krążącymi wokoło obiegowymi opiniami. Muszę w tym miejscu przyznać się, że nie jestem historykiem, a tylko człowiekiem żywo interesującym się historią, zwłaszcza ojczystą , czerpiącym swoją wiedzę z różnych, przeważnie  trudno dostępnych, publikacji historyków i publicystów opcji narodowej. Być może więc przedstawiam całą kwestię w sposób nieco uproszczony. Nie upieram się jednak przy swoich, wykładanych w tym tekście, racjach, chcę tylko skłonić tych, którzy będą go czytali, do głębszego przemyślenia pewnych ważnych zagadnień  i być może przeorientowania swoich poglądów i postaw.

Jeśli więc spojrzymy na Konstytucję 3 Maja z nakreślonej wyżej perspektywy, to wcześniej czy później zauważymy, że ma ona także pewne swoje, nie do końca chwalebne podteksty, i, co za tym idzie, że nie jest wcale faktem tak jednoznacznie pozytywnym, za jaki powszechnie uchodzi. My rysujemy jednak sobie ją przeważnie w typowych barwach czarno-białych, czy też biało-czarnych. Widzimy oto po jednej stronie zacnych, czcigodnych, zasługujących na najwyższy szacunek patriotów, którzy, chcąc ratować Polskę, obmyślili i wprowadzili w życie niezwykle rozumną i mądrze pomyślaną ustawę zasadniczą, która miała postawić ją na nogi. Z drugiej dostrzegamy bezwzględnych zaborców, którzy, widząc że zanosi się na jej odrodzenie, zawczasu uśmiercili i konstytucję, i polskie państwo, oczywiście przy wydatnej pomocy polskich zdrajców z Targowicy. Taka prosta konwencja, stawiająca nas w roli szlachetnej, aczkolwiek bezbronnej ofiary, bardzo nam odpowiada, więc chętnie z nią się obnosimy. Czy odpowiada jednak ona prawdzie historycznej? – oto pytanie, które powinniśmy sobie w tym miejscu postawić. Otóż, śmiem twierdzić, że istnieje cały szereg przesłanek poddających to w wątpliwość.

Konstytucja 3 Maja była dziełem Sejmu Wielkiego, zwanego też Czteroletnim, bo obradował on przez całe 4 lata, od 1788 do 1792 roku. Sejm ten zaznaczył się w polskich dziejach jako wybitnie reformatorski w polityce wewnętrznej, szczególnie w sprawach ustrojowych, skarbowych i wojskowych. Mało kto jednak przywiązuje większą uwagę do tego, bo i tzw. polska oficjalna nauka historyczna po części fakt ten przemilcza a po części przedstawia w wykoślawiony sposób, że w polityce zagranicznej przyjął on orientację ściśle propruską i że także sama Konstytucja 3 Maja została uchwalona w tym właśnie systemie polityki propruskiej.  Należałoby jednak w tym miejscu cofnąć się  jeszcze o krok dalej i przypomnieć sobie, skąd w ogóle wziął się Sejm Wielki. Otóż, sejm ten został zwołany przez króla Stanisława Augusta Poniatowskiego w związku z jego planami zawarcia układu z Rosją celem wzięcia przez Polskę udziału w zbliżającej się wojnie rosyjsko-tureckiej po jej stronie, co stwarzało okazję do znacznego powiększenia polskiego wojska, a tym samym znacznego umocnienia Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Chcąc osiągnąć ten cel król potrzebował zgody sejmu na ten układ i uchwalenia podatków na powiększenie polskiej siły zbrojnej. Byłoby przy tym niedopuszczalnym uproszczeniem wyobrażać sobie zwołanie Sejmu Wielkiego w ten  sposób, że oto Polacy, po latach trwania w bezczynności i zastoju, nagle się obudzili, przejrzeli na oczy i, widząc, że z Ojczyzną źle się dzieje, rzucili się z zapałem do jej ratowania. Otóż, to wcale nie było takie proste. Zwołanie Sejmu Wielkiego było w rzeczywistości możliwe głównie dzięki usilnym wysiłkom i umiejętnej, rozumnej polityce zagranicznej nie kogo innego, tylko właśnie Stanisława Augusta Poniatowskiego, który zdołał uzyskać zgodę Rosji na  wzmocnienie polsko-litewskiego państwa i przeprowadzenie reform.

W istocie rzeczy bowiem Rzeczypospolita Obojga Narodów była już od dawna tylko nominalnie państwem suwerennym. W praktyce była ona, już za panowania obydwu Sasów, w bardzo znacznym stopniu uzależniona od Rosji, podlegając też  jednocześnie silnym wpływom pruskim. Natomiast za panowania  Poniatowskiego, który został królem polskim tak naprawdę z woli carycy Katarzyny, znajdowała się pod klasycznym rosyjskim protektoratem. Ten stan rzeczy nie był jednak wcale winą samego Poniatowskiego, ani współczesnych mu polskich polityków. Był on zawiniony już przez błędną, awanturniczą, dyktowaną wcale nie polskim, lecz wyłącznie saskim interesem dynastycznym, politykę  zagraniczną Augusta II Mocnego. Wciągnął on, zupełnie niepotrzebnie, Polskę w nieszczęśliwą wojnę ze Szwecją, tzw. wojnę północną, która toczyła się na terenie Polski i Litwy w latach 1702 – 1709, wiążąc ją przy okazji blisko z Rosją, i przez to tak Polskę osłabił i skłócił, że owa, występująca początkowo w roli rzekomego sojusznika, Rosja była w stanie narzucić jej w krótkim czasie swoją kuratelę w postaci tzw. gwarancji, która polegała na utrzymywaniu, zresztą do spółki z Prusami, wytworzonego w Polsce status quo i niedopuszczaniu do jakichkolwiek reform. Stopień tego uzależnienia Polski  raz się zwiększał, raz się zmniejszał. Stanisław August Poniatowski, choć został wybrany na polskiego króla w haniebnych okolicznościach, prowadził jednak na tyle umiejętną politykę, że zdołał w ramach tej zależności zyskać na tyle swobody, że mógł,  co prawda powoli, ale cierpliwie i systematycznie, przeprowadzić dość istotne reformy: usprawnić administrację, uporządkować i powiększyć skarb państwa; zaczął też stawiać na nogi polskie wojsko. Osiągnął on w tych wysiłkach, wiążących się bezpośrednio z tzw. odrodzeniem stanisławowskim, dość znaczne rezultaty, chciał zatem swą prorosyjską politykę kontynuować także na zwołanym w 1788 r. sejmie. W szczególności oczekiwał od niego zgody na włączenie się Polski do wspomnianej wojny rosyjsko-tureckiej, co umożliwiłoby znaczne zwiększenie polskiej armii, a w sprzyjających okolicznościach także uzyskanie dostępu do Morza Czarnego. (Było to o tyle ważne, że Polska nie posiadała już w tym czasie swobodnego dostępu do Morza Bałtyckiego, bo Pomorze było już w posiadaniu Prus, skutkiem I rozbioru).

Sejm Wielki poszedł jednak w całkiem innym kierunku i przerzucił się, wbrew królowi i jego obozowi politycznemu, na politykę daleko idącego zbliżenia z Prusami, co się w końcu wyraziło w formalnym przymierzu polsko – pruskim , zawartym w dniu 29 marca 1790 r., i stanowiącym, że na wypadek napaści zbrojnej ze strony jakiegokolwiek innego państwa obie strony udzielą sobie wzajemnie pomocy wojskowej. W szczególności Prusy zobowiązały się przyjść z pomocą Polsce, gdyby którejś z państw sąsiednich  tj. Rosja) podniosło rękę na jej niezawisłość, a nie dałoby się tej agresji powstrzymać środkami dyplomatycznymi.  Było to w prostej linii skutkiem tego, że  w tym sejmie zdobyło przewagę stronnictwo propruskie określające siebie oficjalnie – jakby inaczej – jako „patriotyczne”. Stronnictwo to chciało uniezależnić Polskę w trybie natychmiastowym całkowicie od Rosji i wyobrażało sobie, że osiągnie ten cel we współdziałaniu z Prusami. Jego intencje były więc na pozór jak najbardziej dobre, ale w polityce liczą się nie tyle intencje, co skutki podejmowanych działań. Nie należy też myśleć, że król Stanisław August Poniatowski był jakimś zadeklarowanym rusofilem, przeciwnie, kierował się on w swej polityce przede wszystkim dobrem Polski i wcale nie było jego zamiarem podtrzymywać na dalszą metę stanu jej uzależnienia od  Rosji. Był  jednak chłodnym realistą , i, kierując się trzeźwą oceną sytuacji międzynarodowej, uważał, że Polska, chcąc przetrwać i zyskać czas na  wzmocnienie się, musi się jakoś ułożyć z jednym z dwu potężnych sąsiadów, a sąsiadem tym powinna być właśnie Rosja, jako zdecydowanie mniej niebezpieczna dla Polski od Prus.

Jego postawa staje się jak najbardziej zrozumiała, gdy porówna się główne założenia polityki rosyjskiej i pruskiej wobec Rzeczypospolitej. Prusy miały od dawna jasno wytyczony cel – ich polityka dążyła do rozbiorów Polski i jej całkowitego  unicestwienia. Chciały one zagarnąć dla siebie Pomorze, Warmię, Kujawy, Ziemię Chełmińską, przygraniczną część Wielkopolski, a w miarę możliwości także i inne ziemie właściwej Polski, za cenę oddania całej reszty Rosji i Austrii. Zabór wspomnianych ziem był przy tym dla nich w pewnym sensie życiową koniecznością, gdyż umożliwiał połączenie ich dotychczasowego terytorium w jedną całość, co mogło je uczynić rzeczywiście silnym i liczącym się w całej Europie państwem. Prusy były więc nieubłaganym, śmiertelnym wrogiem Polski. Oczywiście, Rosja była również wrogiem Polski, ale była nim na inny sposób. Nie potrzebowała aż tak bardzo polskiej czy litewskiej ziemi, bo miała dosyć swojej. Co prawda, rościła pewne pretensje do niektórych ziem zamieszkanych przez ludność ruską, wyznająca prawosławie, jednak w omawianym czasie ta tendencja w rosyjskiej polityce zagranicznej wyraźnie słabła. Dominującą bowiem tendencją w polityce rosyjskiej wobec Polski, i to już od czasów Piotra Wielkiego, było uczynienie z niej rosyjskiego satelity, tj. zachowanie Polski w dotychczasowych granicach jako państwa zależnego i nie dzielenie się wpływami w  niej z nikim. Taką też politykę względem Polski Rosja w zasadniczo prowadziła przez długie dziesięciolecia. Gdyby było inaczej; gdyby to rzeczywiście  Rosja z własnej inicjatywy parła do rozbiorów Polski – zapewne doszło by do nich znacznie wcześniej, już za panowania Augusta II. Ale trzeba też przyznać, że polityka rosyjska nie była tak ustalona i konsekwentna, jak pruska lecz podlegała dość dużym wahaniom. Także i w Rosji były bowiem czynniki skłonne pójść na koncepcję rozbioru Polski. Czynniki te wywodziły się głównie z najwyższej rangi rosyjskiej biurokracji pochodzenia niemieckiego, wywodzącej się z tzw. Niemców bałtyckich, żywiących naturalną koleją rzeczy sympatie propruskie i w ogóle proniemieckie. Zasadniczo jednak siłą, która  od dawna usiłowała za wszelka cenę doprowadzić do rozbiorów Polski i robiła wszystko, co tylko było w jej mocy, by nakłonić do tego także i Rosję, były Prusy.

Pokazują to doskonale okoliczności I rozbioru Polski. Rozbiór ten doszedł do skutku w następstwie zawiązania niewątpliwie szczerze patriotycznej i katolickiej, ale nieudolnej i nie mającej jasno sprecyzowanych celów politycznych konfederacji barskiej. Co prawda,  wybuch tej konfederacji został sprowokowany przez Rosję, ściślej mówiąc przez jej władczynię, wspominaną już Katarzynę, notabene z pochodzenia rodowitą Niemkę, która zaczęła bezceremonialnie wtrącać się w polskie sprawy wewnętrzne, żądając min. całkowitego równouprawnienia, tzn. w ówczesnych warunkach praktycznego uprzywilejowania dysydentów : prawosławnych i protestantów. Jednak pierwszy bezpośredni impuls do przeprowadzenia rozbioru dała Austria, blisko wówczas zbliżona do Prus, która najpierw zajęła zbrojnie, a następnie formalnie przyłączyła do swojego terytorium państwowego polski do tego czasu Spisz. Następnie inicjatywę przejęły Prusy, przeprowadzając energiczną kampanie dyplomatyczną w Petersburgu i skłaniając w jej rezultacie ostatecznie Rosję do przeprowadzenia częściowego rozbioru Polski.

Przywódcy stronnictwa „patriotycznego” nie potrafili widocznie wyciągnąć z tego wszystkiego właściwej lekcji. Wprost przeciwnie, wydawało się im, że związek z tymi samymi Prusami będzie najlepszą gwarancją polskiej niepodległości. Swoją drogą, trudno jednak zrozumieć, skąd znalazło się w ówczesnej Polsce tyle sympatii i zaufania właśnie dla Prus. Otóż, wpłynęło na to wiele czynników. Prusy miały swoich stronników w Polsce już w siedemnastym wieku. Już wtedy pruskie złoto potrafiło skusić niejednego polskiego magnata. Natomiast pod rządami saskimi wykształciło się już całe propruskie stronnictwo na czele z potężnym rodem Potockich. Rywalizowało ono zaciekle o wpływy z drugim, niemniej potężnym stronnictwem magnackim, którym była prorosyjska „familia”, kierowana z kolei przez Czartoryskich. Pod koniec panowania Augusta III Sasa zostało ono jednak przez ową „familię” mocno przygłuszone i znajdowało się w wyraźnej defensywie również w przez większy czas panowania prowadzącego wyraźnie prorosyjską politykę Stanisława Augusta Poniatowskiego. Nie przestało jednak istnieć i teraz, w sprzyjającym momencie, znowu wzięło górę.

W znacznym stopniu dopomogło mu do tego to, że było ono bardzo mocno wspierane przez masonerię. Jak się bowiem okazuje, główni przywódcy stronnictwa „patriotycznego” i duża część jego członków należała do tej tajemnej organizacji. Mało tego, należała do masonerii prawie cała polska elita polityczna i kulturalna czasów stanisławowskich. Wiadomo o tym z badań kilku bardzo poważnych historyków, przeprowadzonych w końcu dziewiętnastego wieku w oparciu min. o zachowane archiwa masońskie. Badania te wykazały, że wpływ masonerii roztaczał się bardzo szeroko nie tylko na ówczesną polską magnaterię, ale także na dwór królewski, część zamożnej szlachty, a nawet niektórych, co prawda nielicznych, ale bardzo wpływowych, duchownych. Kto wie, czy to właśnie nie  więzy masońskie były tym czynnikiem, który w ostatecznym rozrachunku pozwolił „patriotom” uzyskać większość w Sejmie Wielkim.

Nie należy jednak bynajmniej wyciągać z powyższego takiego oto prostego wniosku, że ci „patrioci” mieli umyślny zamiar świadomie Polsce szkodzić. Taki wniosek byłby niedopuszczalnym  uproszczeniem sprawy i w sposób oczywisty krzywdziłby tych ludzi. Jest wysoce prawdopodobne, że było nieco inaczej – to znaczy owi „patrioci”, a przynajmniej większość z nich, byli zapewne przekonani, że, idąc ręka w rękę z Prusami, czynią to dla dobra Polski; że przyczyniają się w ten sposób do jej unowocześnienia i umocnienia. Dostrzegali oni i podziwiali całą potęgę pruską, byli tym szybko rosnącym w siłę państwem zafascynowani oraz wierzyli, że i Polska, zrywając w ich pojęciu z przestarzałym światopoglądem katolickim i wkraczając na podobna drogę jak Prusy, a mówiąc ściślej przyjmując w całej pełni i wdrażając w życie idee tzw. Oświecenia, dojdzie do podobnej siły. Ludzie ci nie byli więc przeważnie do końca świadomi rzeczywistych celów stawianych sobie tak przez masonerię, jak i przez pruską politykę państwową, jednak przez sam fakt przynależności do lóż znaleźli się mimowolnie w kręgu silnego oddziaływania tych obu sprzężonych ze sobą sił, a to na zasadzie klasycznej politycznej manipulacji. Prusy były bowiem w owym czasie jednym z największych światowych centrów masonerii. Co więcej, istniejące wówczas polskie loże masońskie były blisko powiązane z pruskimi i poddane ich zwierzchnikom. To właśnie tu tkwiła prawdopodobnie główna przyczyna tak silnej fascynacji i takiego zapatrzenia się stronnictwa „patriotycznego” w Prusy.

Jak wielkie rozmiary osiągnęła ta fascynacja może najlepiej świadczyć fakt, że wodzowie stronnictwa „patriotycznego”  po prostu pozwalali komenderować sobą pruskim dyplomatom i z reguły to tylko było uchwalane w Sejmie, co najpierw uzgodniono na ich tajnych spotkaniach z posłem pruskim w Warszawie. Opisał szczegółowo te konszachty wielki polski uczony ks. Walenty Kalinka w wydanej pod koniec dziewiętnastego wieku kilkutomowej, znakomitej i bogato udokumentowanej, choć, rzecz jasna, skrupulatnie przemilczanej przez szeroko pojęte sfery „oświecone” pracy „Sejm Czteroletni”. Z kolei znany i ogromnie zasłużony działacz, historyk i publicysta obozu narodowego Jędrzej Giertych w wydanej w 1936 r. książce  „Tragizm losów Polski” tak oto streścił, w jednym zdaniu, główne przesłanie dzieła ks. Kalinki : „Kto to dzieło przeczytał, ten nie ma wątpliwości, że ci Polacy, którzy, aby walczyć z Rosją, rzucali się bez żadnych zastrzeżeń w objęcia Prus, są istotnymi sprawcami naszej niewoli”. Zaś w innej znakomitej pracy „Tysiąc lat historii polskiego narodu”, wydanej w Polsce przez wydawnictwo Wers w 1997 r., tenże Jędrzej Giertych przytacza jedną  z kluczowych tez ks. Kalinki, którą i ja pozwolę sobie tu za nim powtórzyć, gdyż w sposób niezwykle klarowny i logiczny objaśnia ona faktyczne powody ostentacyjnej pruskiej „przyjaźni” wobec Polski: ,,Każdy pruski mąż stanu czuł dobrze, że rola, jaka Prusy odgrywały w Europie, była za górną na ich wielkość ;że brakowało jej podstawy w ziemi; że jedynie zdobycz nowych posiadłości i zaokrąglenie granic mogły nadać państwu (pruskiemu) rzeczywistą trwałość. A gdzież zdobyć łatwiej, jeśli nie w Polsce? Dość na to porozumieć się z sąsiadami, a właściwie dość tylko zyskać przyzwolenie jednej Rosji. Wprawdzie Rosja nie potrzebowała ziemi polskiej, miała swojej aż nadto, nie było zatem żadnego powodu, by zabór pruski cierpiała; ale mogły się zdarzyć takie okoliczności, podobnie jak przy pierwszym rozbiorze, które by na Rosji to przyzwolenie wymusiły. Takie okoliczności przygotować było pierwszym zadaniem dworu berlińskiego, a jako wstęp do nich – Polskę z Rosja poróżnić. I to właśnie odbywało się w Warszawie w początkach tego sejmu”. I  jakże znamienny kolejny cytat z tego dzieła: ,,Celem (polityki pruskiej) było wywołać zerwanie miedzy Polską a Rosją, wywołać zaś dlatego, że na żaden trwały wpływ w Polsce liczyć nie może, że król pruski potrafi go zburzyć, kiedy zechce, że Rosja nie ma żadnego interesu oszczędzać tak lekkomyślnego i zmiennego narodu, a tym samym zasłaniać Polski od nowego rozbioru; jednym słowem, celem było pozyskać przyjaźń Polaków, aby ich później sprzedać Moskwie za kawałek ziemi polskiej”.
Tak też, w kierunku dokładnie zaplanowanym przez Prusy, dalsze wypadki się potoczyły. Nagła zmiana orientacji geopolitycznej i przerzucenie się Polski na stronę Prus wywołały, łatwą przecież do przewidzenia, gniewną reakcję Rosji. Uchwalenie zaś w systemie polityki propruskiej, a więc z naruszeniem rosyjskiej „gwarancji”, dotychczasowych stosunków ustrojowych w Polsce, Konstytucji 3 Maja posłużyło rosyjskim kołom rządzącym za bardzo dogodny pretekst do zbrojnej interwencji. Rezultatem tego była wojna polsko-rosyjska 1792 r., w której Polska stała z góry na straconej pozycji, ponieważ, pomimo szumnych deklaracji Sejmu Wielkiego o utworzeniu stutysięcznej armii, była w stanie wystawić nie więcej jak trzydzieści tysięcy pełnowartościowych żołnierzy przeciwko stutysięcznej armii rosyjskiej. Co jednak najistotniejsze, rzekomy sojusznik, czyli Prusy, nie tylko nie wypełnił swych traktatowych zobowiązań i nie przyszedł Polsce z wojskową pomocą, ale wbił jej nóż w plecy, rozpoczynając, wkrótce po rosyjskim najeździe, rozmowy rozbiorowe z Rosją, czego efektem był II rozbiór Polski w 1793 r., a za kolejne dwa lata ostateczne jej wymazanie z mapy politycznej Europy.

Rosyjski najazd na Polskę został, co prawda,  sprokurowany bezpośrednio przez otwarcie zdradziecką konfederację targowicką, która zwróciła się do Rosji z formalną prośbą o udzielenie jej zbrojnej pomocy w obaleniu Konstytucji 3 Maja i przywróceniu poprzedniego ustroju. Powszechna polska opinia to właśnie na Targowicę zrzuca niemal wyłączną winę za doprowadzenie Polski do zguby. Nie usprawiedliwiając jednak w niczym targowiczan, trzeba zdać sobie sprawę z tego, że gdyby nawet ich nie było, to Rosja na dłuższą metę tak czy owak nie pogodziłaby się ze związkiem polsko- pruskim, a tym samym z  utratą dotychczasowych swoich wpływów w Polsce, i  znalazłaby wcześniej czy później jakiś inny pretekst czy sposób, by się z Polską rozprawić. Byłoby to bardzo łatwe do przeprowadzenia właśnie z tego podstawowego powodu, iż Prusy ani przez moment nie zamierzały Polski bronić, ale zamierzały postąpić wprost przeciwnie. Wniosek z tego może być tylko taki, że Konstytucja 3 Maja, przy całej jej doniosłości i wewnętrznej wartości, nie mogła utrzymać się dłużej właśnie z  powodu całkowicie błędnej polityki zagranicznej Sejmu Czteroletniego, i nie byłaby się najprawdopodobniej ostatecznie utrwaliła nawet w przypadku nie dojścia do skutku Targowicy. Jedyną, i to raczej ograniczoną, szansą jej utrzymania się a zarazem uchronienia Polski przed zagładą, było opamiętanie się „patriotów i porzucenie przez nich, natychmiast po uchwaleniu konstytucji, orientacji propruskiej oraz podjęcie starań dyplomatycznych o jej zaakceptowanie, być może z pewnymi zmianami, przez Rosję. Ponadto, trzeba zwrócić uwagę na to, że te dwa z pozoru tak całkiem przeciwstawne sobie akty polityczne: przymierze polsko- pruskie i konfederacja targowicka miały w rzeczywistości pewne punkty styczne, przynajmniej w wymiarze personalnym. Obydwa firmowali bowiem Potoccy. I tak, głównym architektem pierwszego z nich a także i samej Konstytucji 3 Maja był Ignacy Potocki, natomiast głównym przywódcą targowiczan był jego kuzyn Szczęsny Potocki. Tych dwóch ludzi łączyły zresztą nie tylko węzły rodzinne. Jak pisze Jędrzej Giertych, pełnili oni kolejno, jeden po drugim, urząd wielkiego mistrza  Wielkiego Wschodu Polski. Wnioski pozostawiam już czytelnikom. To jeszcze dodatkowo obciąża przywódców stronnictwa „patriotycznego”, że gdy wspomniana wojna polsko- rosyjska stała się już nieodwracalnym faktem, gdy nie było już innego wyjścia, jak tylko walczyć do upadłego, zamiast to uczynić, skłonili króla, by również i on przystąpił do Targowicy, co tylko od strony formalno- prawnej znakomicie ułatwiło Rosji i Prusom przeprowadzenie rozbioru. Czyli wprowadzili oni  Polskę w przysłowiową ślepą uliczkę, a potem nie potrafili nawet walczyć z honorem do końca. Zaś przez przystąpienie do Targowicy właściwie sami przyznali, że ich propruska polityka była błędna.

Mimo to, praktycznie wszystkie powszechnie dostępne prace historyczne, włącznie z podręcznikami szkolnym, nie szczędzą im pochwał. Z pewnością więc i na podane wyżej argumenty znajdą się całe stosy starannie spreparowanych kontrargumentów. Jedną z takich ogólnie przyjętych i powszechnie obowiązujących formuł, jest np. ta mówiąca, że Konstytucja 3 Maja nie mogła co prawda uratować polskiego państwa, ale pozwoliła mu przynajmniej chwalebnie umrzeć;  że zaopatrzyła naród w skarbiec dóbr duchowych, dzięki któremu mógł on, mimo utraty państwowości, zachować godność i wiarę w lepszą przyszłość. To wszystko z jednej strony prawda. Ale z drugiej, rzecz w tym, czy państwo polskie rzeczywiście było skazane na pewną i nieuchronną śmierć. Nie leży w naszych możliwościach powiedzieć dokładnie, co by się stało, gdyby Stanisław August Poniatowski zdołał narzucić Sejmowi Czteroletniemu swoją wizję polityczną. Niewykluczone jednak, że dalsze losy nie tylko Polski, ale i całej Europy, potoczyłyby się zupełnie inaczej. W każdym bądź razie można wykazać, co w tamtej sytuacji polityka polska powinna starać się robić. Mianowicie, powinna ona dążyć do przeprowadzenia najbardziej palących reform, takich jak np. zniesienie liberum veto, znaczące powiększenie armii, wzmocnienie władzy centralnej, zwiększenie praw i poprawienie położenia mieszczan, a także i chłopów, w systemie polityki prorosyjskiej. Chwila była ku temu bardzo dogodna, bo zaangażowana mocno w sprawy tureckie Rosja musiała prowadzić wobec Polski dużo bardziej oględną politykę i  byłaby zapewne skłonna z tymi zmianami się pogodzić. Być może byłoby nawet w rezultacie możliwe uchwalenie podobnej konstytucji za  zgodą Rosji, a przynajmniej bez czynnego sprzeciwu z jej strony. Niestety, stało się całkiem przeciwnie. „Patrioci” swoją samobójczą propruską polityką poprowadzili Polskę do katastrofy. Oddajmy tu raz jeszcze głos Jędrzejowi Giertychowi, który tak oto opisuje przypuszczalne, utajone motywy uchwalenia Konstytucji 3 Maja: ,,Myślę, że nie popełnię błędu, wyrażając przekonanie, że masoneria w Sejmie Czteroletnim wcale nie stawiała sobie za główne zadanie dokonania reform i w tym celu uchwalenia Konstytucji 3 Maja. To był tylko pretekst; środek do zdobycia sobie licznego zastępu stronników. Jej istotnym, głównym celem było utrzymanie Polski w systemie polityki pruskiej i poróżnienie jej z Rosją. Nie wiem , nie śmiem tego twierdzić w sposób stanowczy, ale podejrzewam , że na szczytach obozu masońskiego byli ludzie – niekoniecznie rodowici Polacy – którzy dobrze wiedzieli, do czego w istocie zmierzają: do rozbioru i unicestwienia Polski”.

Czytając te słowa, otrzymałem nareszcie logiczną i przekonywującą odpowiedź na nachodzące mnie już od wielu lat myśli, dlaczego to rządzący dziś Polską fanatyczni zwolennicy Unii Europejskiej, a więc zadeklarowani przeciwnicy państwa narodowego, tak ochoczo obchodzą święto upamiętniające przecież oficjalnie walkę o ocalenie bytu państwowego I Rzeczypospolitej. Prawdopodobnie chodzi tu o zachowanie wszystkich możliwych, zewnętrznych pozorów wobec nas, Polaków, że państwo nasze, pomimo wcielenia do Unii, dalej realnie istnieje i jest rzekomo suwerenne. Ponadto niewykluczone, że te huczne obchody nawiązują w jakiejś mierze i do wspomnianych powyżej utajonych motywów uchwalenia tejże konstytucji. W końcu orientacja geopolityczna jej architektów jest przecież, ogólnie biorąc, zbieżna z orientacją  sił rządzących obecnie naszym krajem. W dodatku te oficjalne obchody świąt narodowych służą zazwyczaj  dalszej indoktrynacji całego społeczeństwa, a szczególnie polskich środowisk patriotycznych. Wypowiada się w czasie nich częstokroć najbardziej absurdalne i kłamliwe tezy; konstruuje się wykładnie służące nie prawdzie historycznej i kultywowaniu pamięci narodowej, ale bieżącym interesom politycznym rządzących. Na przykład, w czasie ostatniego majowego świętowania przedstawiciel bratniej – czy aby na pewno – Litwy tak zręcznie przeprowadził swój wywód, że zaczął od wspomnienia Konstytucji 3 Maja, by następnie przejść do Unii Lubelskiej, aby w końcu dojść do Unii Europejskiej. Nie pierwszy i nie ostatni raz przyrównuje się do siebie tak całkowicie odmienne rzeczywistości Jakiś nadgorliwy euroentuzjasta mógłby zrozumieć to nawet w ten sposób, że i Unia Lubelska i uchwalenie Konstytucji 3 Maja było prapoczątkiem wspólnych, polskich i litewskich, dążeń ku zjednoczonej, szczęśliwej Europie. Dlatego tak ważnym dla nas zadaniem jest walka o prawdę historyczną.

Niejeden , nawet przyjmując powyższe do wiadomości, może jednak powiedzieć: może to wszystko i prawda, ale co robić w sytuacji, gdy święto to tak się już ugruntowało i ustaliło; tak mocno weszło nam w krew. Cóż, musimy i w tym przypadku znaleźć jakieś rozsądne wyjście. Możemy przecież świętować Konstytucję 3 Maja jako przejaw woli życia i patriotyzmu całego narodu, a niekoniecznie musimy przy tym wychwalać pod niebiosa jej bezpośrednich twórców z obozu „patriotów”, których nazwiska pozwolę sobie pominąć tu milczeniem.

Władysław Obrzut