Dużo szumu o niczym

Objęcie przez III RP prezydencji w Radzie UE odbyło się w takiej atmosferze, jakby oznaczało to automatycznie nastanie nowej, świetlanej epoki w dziejach kraju, a nawet całego kontynentu. Robiono podniosłe miny, grzmiały fanfary, zapalano najróżniejsze świecidełka, a szpalty polskojęzycznych gazet wszelkiego kalibru zapełniły się rozważaniami na temat możliwych polskich zysków i korzyści z tego epokowego osiągnięcia. Nabito w tym zakresie po raz kolejny ogromną ilość przysłowiowej piany, mnożąc te rzekome korzyści częstokroć kilkakrotnie, a nawet wprost kilkunastokrotnie.

Już niejako tradycyjnie, wszystkich przebił swoim wielkim urzędowym optymizmem i niesłabnącym euroentuzjazmem p. premier Tusk, który w zwyczajowym wystąpieniu przed PE imieniem własnym i Polski – pardon, III RP – a właściwie rządzącej nami kasty złożył tak gorące wyznanie wiary w Unię Europejską, jej instytucje i przyszłość, jakiego już dawno tam nie słyszano. Dość przywołać tu kilka kluczowych tez p. premiera: „Europa to najlepsze miejsce na ziemi”; „Czyż nie jest zjednoczona Europa odpowiedzią na doświadczenia I i II wojny światowej? Czyż nie jest najlepszym wynalazkiem, który nas chroni przed samym sobą?”. I przede wszystkim: „Byłoby odpowiedzią fałszywą, najgorszą z możliwych, gdybyśmy uwierzyli tym, którzy mówią: . Ja jestem przekonany, że odpowiedzią na kryzys jest więcej Europy, jest więcej integracji europejskiej, a to wymaga instytucji europejskich”.

A więc, zdaniem p. Tuska najlepszą i w zasadzie jedyną możliwą odpowiedzią na narastający kryzys w murszejącym coraz bardziej eurokołchozie jest dalsze pogłębianie, zacieśnianie i umacnianie stopnia integracji europejskiej – można i trzeba zatem iść tylko do przodu, nie wolno natomiast ani krok cofnąć się w tył. Konieczna jest więc tzw. solidarność europejska, a właściwie unijna, dalsza centralizacja władzy i dalsze wzmacnianie unijnych instytucji, nie dopuszczenie do przywracania granic państwowych w obrębie tzw. strefy Schengen, jak również dalsze poszerzanie zewnętrznych granic wspólnoty (w pierwszej kolejności Chorwacja, potem może Serbia, w dalszej kolejności może Ukraina, Mołdawia i Turcja). Albowiem integracja europejska jest jakoby szczytowym osiągnięciem rozwoju politycznego Europy i jedyną szansą na rozwiązanie wszystkich jego problemów: „Historia pokazuje, że wtedy kiedy Europejczycy uwierzyli, że odpowiedzią na zagrożenia jest wzrost regionalizmów, etatyzmów, protekcjonizmów, to niezmiennie kończyło się to katastrofą”. Zatem dla p. premiera przeciętne państwo narodowe w Europie dobie współczesnej to swego rodzaju „regionalizm”, zaś jego mieszkańcy już od dawna czują się, oczywiście jego zdaniem, najpierw „Europejczykami”, a dopiero potem Niemcami, Francuzami, Włochami itp. – teza to bardzo oryginalna, ale logicznie wynikająca z tegoż przesłania. Nic dziwnego, że w takim kontekście o samej Polsce – pardon, III RP – i jej specyficznych potrzebach nie pada tu nawet jedno słowo – przecież, po pierwsze po prostu nie wypada zawracać głowy wielkim unijnym mężom stanu takim drobiazgiem, a po drugie przecież jest u nas teraz tak dobrze; jesteśmy dziś krainą takiej szczęśliwości, że nie ma powodu przydawać im dodatkowych zmartwień.

Trudno się więc dziwić, że tego rodzaju deklaracje wzbudziły wielką radość i zadowolenie głównych unijnych decydentów, na czele z samym p. Jose’Manuelem Barroso i szefami obydwu głównych frakcji parlamentarnych w PE – socjalistycznej i „chadeckiej” (właściwie: Europejska Partia Ludowa): „Naprawdę są jeszcze w Europie miejsca, gdzie do Unii podchodzi się z taką radością i entuzjazmem”; „Polska jest dziś jednym z motorów Unii”.

Mnie osobiście te wynurzenia p. Tuska nie zdziwiły nawet na jotę – do tego charakterystycznego pustosłowia i tej „mowy- trawy” zdążyłem się już całkiem dobrze przyzwyczaić. Nie wątpię również, że, podobnie jak prawie cała rodzima kasta polityczna, nie cofnie się on z drogi, na którą już dawno wszedł, ani o krok stosownie do hasła: „albo Unia, albo śmierć”, tym bardziej, że formalna opozycja na krajowym podwórku ani myśli kłaść mu w tej kwestii jakichkolwiek większych przeszkód pod nogi.

Pokazało to dobitnie przemówienie wygłoszone w imieniu grupy europarlamentarnej tzw. Europejskich Konserwatystów i Reformatorów przez leadera PiS-owskiej reprezentacji w PE, p. prof. Legutkę. Przytoczę tylko jeden cytat: „W Europie widzimy dwie formy politycznej arogancji. Jedną z nich jest dążenie do federalnej, postnarodowej Europy. (…)Drugą formą arogancji jest przekonanie najsilniejszych krajów – w tym Niemiec – że władza w Europie należy do nich. Ta arogancja wywołuje gniew wielu moich kolegów z tego parlamentu, z prawicy i lewicy. My w grupie EKR jesteśmy eurorealistami i wierzymy, że siła Europy to siła wolności, przedsiębiorczości i kultury europejskich narodów i państw”. P. Legutko wezwał też Tuska do przeciwstawienia się w pierwszym rzędzie właśnie tym obu odmianom unijnej arogancji: „To będzie dla Pana prawdziwy europejski test przywództwa, czy podejmie Pan wyzwanie jako silna prezydencja Unii, czy zadowoli się Pan tym, co łatwe, miłe, bezbolesne, ale bez znaczenia?”.

Nie trzeba chyba nikomu głębiej tłumaczyć, jakie to ogólnikowe i oklepane czysto retoryczne formułki, nie wnoszące nic nowego i konstruktywnego z punktu widzenia polskich (autentycznych) interesów. P. Legutko wyważa dawno już otwarte drzwi i stwierdza fakty dawno już wiadome nawet przeciętnym zjadaczom chleba – że UE jest już praktycznie superpaństwem, a Berlin do spółki z Paryżem trzęsą nim, jak chcą, nie pytając nikogo innego specjalnie o zdanie – może z wyjątkiem Rzymu. W szczególności zaś nie pytają i nie zamierzają pytać przyszłości o zgodę Warszawy. To są fakty, a nie „dążenia”, czy przekonania, jak to postrzega wielce odkrywczy p. Legutko. Nie dość, że wymaga od Tuska czegoś zupełnie niemożliwego (przynajmniej dla niego samego) do realizacji, to jeszcze przy okazji, chcąc ukazać siebie i swoją partię w glorii wielkiego polskiego patriotyzmu, wznosi się na same szczyty hipokryzji – krytykuje i biadoli na rzeczywistością, w której taż partia ma i swój własny wybitny współudział. Czyż to bowiem ten sam PiS nie agitował przypadkiem za akcesją i nie pchał Polski – pardon, III RP – do Unii Europejskiej? Czyż nie pomógł w stopniu decydującym zaklepać traktatu lizbońskiego, oddając równocześnie na tacy władzę Platformie? Teraz już nie mówi się tym środowisku nawet o tzw. eurosceptycyźmie, teraz już sam deklaracja „eurorealizmu” ma wystarczyć za dostateczną legitymację dla zadowolenia i uzyskania poparcia patriotycznego elektoratu różnych odcieni.

Niewykluczone również, że i głównie temu samemu manipulacyjnemu celowi miało służyć i głośne wystąpienie p. Ziobry, który w ramach przysługującemu pojedynczemu europosłowi minutowego wystąpienia zarzucił Tuskowi masowe represje wobec opozycyjnych wobec PO (a przychylnych wobec PiS) dziennikarzy. P. Ziobro mówił o rzeczywiście występujących, bezspornych faktach – ale czy ta kwestia właśnie powinna być najważniejszym tematem do dyskutowania w tym momencie? Czy nie mamy dziś w Polsce – pardon, w III RP – ważniejszych problemów? Czy nie stoją przed nami inne, większe zagrożenia?

Trudno oprzeć się wrażeniu, że tym posunięciem Ziobro wpisał się dokładnie w atmosferę, jaka się wytworzyła po niedawnym jeszcze bardziej słynnym wystąpieniu o. Rydzyka. Mówiąc konkretniej, z jednej strony chciał się przydybać toruńskim mediom i ich wiernym słuchaczom, z drugiej strony zręcznie odwrócił przez to ich uwagę od spraw dużo ważniejszych i dla Polski bardziej istotnych, a przede wszystkim jeszcze bardziej rozmył zadania, cele i funkcję owego tzw. „eurorealizmu” .

Andrzej Turek