Czyżby już koniec tej gry pozorów?

Niechciany, napiętnowany Orban

orbanNiedawna wizyta (19 lutego br.) Viktora Orbana w Polsce – jej charakter, przebieg i medialny wydźwięk, pokazały jak na dłoni, ile jest realnie warta i do czego konkretnie służy lansowana do niedawna tak forsownie koncepcja tzw. integracji środkowoeuropejskiej (określanej też niekiedy w niektórych kołach bardziej szumną nazwą projektu „Międzymorza”). Szef węgierskiego rządu został potraktowany w Warszawie w sposób doprawdy obcesowy, skrajnie niedyplomatyczny, by nie powiedzieć – wprost chamski. Wyrażając się dokładniej, został dosłownie publicznie zrugany przez urzędującą premier III RP, p. Ewę Kopacz za łamanie „jedności Unii Europejskiej” poprzez egoistyczne i samowolne konszachty z Putinem. „Jedność Grupy Wyszehradzkiej i potępienie polityki agresji (oczywiście ze strony Rosji –AT.) jest rzeczą fundamentalną” – orzekła bez najmniejszych ogródek p. premier na wspólnej konferencji prasowej po spotkaniu z Orbanem. Nie dziwi więc ani trochę, że prawie cała węgierska prasa pisała w swych komentarzach o wyjątkowo chłodnym przyjęciu swojego premiera przez „polski” establishment rządzący, o okazanej mu niemal jawnie, i to z wielu stron, niechęci i dezaprobacie, czy wręcz o ostentacyjnym wyproszeniu Orbana z polskiej stolicy.

Co było zatem powodem i podłożem tej z pewnością bardzo przykrej dlań sytuacji i jakie to konkretnie „grzechy” tenże popełnił, że podano mu tu taką wyjątkowo gorzką i nieprzyjemną „czarną polewkę”. Otóż rejestr tych „grzechów” jest doprawdy długi, jakkolwiek sprawdzają się one wszystkie do jednej kategorii notorycznego wyłamywania się ze wspólnej, „dogmatycznie” ujętej unijnej i euroatlantyckiej polityki wschodniej i układania się z Moskwą na własną rękę. Wymieńmy tylko największe i najcięższe z nich. I tak jeszcze początkiem marca ub. roku, nie bacząc na narastający kryzys i napięcie w stosunkach unijno-rosyjskich wywołane rosyjską aneksją Krymu, Orban zdecydował się kontynuować projekt rozbudowy jedynej węgierskiej elektrowni atomowej w Paks w oparciu o rosyjskie technologie i także, co nie mniej istotne, kredyty, w efekcie czego podpisano wtedy stosowną umowę o strategicznej współpracy w zakresie energetyki atomowej między FR a Węgrami. Argument był bardzo prosty – takie rozwiązanie nie tylko zapewni Węgrom tańszą energię, ale i w perspektywie czasu ma im dać dodatkowe miejsca pracy. Niedługo potem, przy końcu tegoż miesiąca, śmiał otwarcie zakwestionować zasadność, celowość i efektywność unijnych sankcji gospodarczych wymierzonych przeciwko Rosji ( wcześniejsze sankcje polityczne, sprowadzające się w ogólnym zarysie do zawieszenia względnie ograniczenia kontaktów czysto politycznych między UE a FR, np. wprowadzenia zakazu wjazdu niektórych rosyjskich oficjeli na jej obszar, zbył milczeniem, nie wyrażając żadnych obiekcji i krytycznych komentarzy). W tej jednak zupełnie nowej jakościowo sytuacji zareagował bardzo konkretnie i jednoznacznie. „Poszerzenie sankcji przeciwko Rosji o kroki natury gospodarczej nie leży w interesie Unii Europejskiej, a Węgier w szczególności” – oświadczył w wywiadzie dla jednego z czołowych, najbardziej opiniotwórczych tytułów węgierskiej prasy. Chodziło mu w tym wypadku – rzecz jasna – przede wszystkim o węgierskie interesy gospodarcze, w pierwszym rzędzie w branży rolno-spożywczej, mocno zagrożone unijno-rosyjską wojną gospodarczą. Później wypowiadał się konsekwentnie w tym samym duchu jeszcze wielokrotnie.

Kolejny „Rubikon” Viktor Orban przekroczył w grudniu ub., kiedy to ostatecznie sfinalizowano wspomnianą już węgiersko-rosyjską umowę o współpracy w zakresie energetyki atomowej. Zawarto wtedy kilka kontraktów, na mocy których Rosja m.in. udzieliła Węgrom 10 mld euro kredytu na budowę w Paks dwóch kolejnych reaktorów atomowych. Nie jest przy tym ważne, że z czysto ekonomicznego punktu widzenia jest to dla nich oferta bardzo korzystna, a właściwie nawet bezkonkurencyjna; nieporównanie bardziej ważne (oczywiście znowuż z punktu widzenia całego legionu rodzimych wyznawców „dogmatu” „jedności europejskiej”) jest to, że Orban wziął tą kasę z „trefnego” źródła.

Następnym „grzechem”, tym razem już zupełnie niewybaczalnym, Orbana było zaproszenie Władimira Putina do złożenia oficjalnej wizyty w Budapeszcie (17 luty br.), co, jak by nie patrzeć, było krokiem wydatnie ułatwiającym rosyjskiemu przywódcy wyjście z daleko posuniętej izolacji politycznej na gruncie europejskim i w ogóle zachodnim, i co gorsza, jak to powtarza w kółko medialna mantra, dzielenie i wewnętrzne rozgrywanie UE. Oczywiście, także i ta wizyta przyniosła Węgrom niebagatelne korzyści gospodarcze, m.in. podpisanie nowej, znacznie dla nich korzystniejszej umowy gazowej, ale przecież nie ma i nie może być uzasadnienia, nie ma ceny, dla której można narazić „jedność europejską” bez uprzednich konsultacji i przyzwolenia Brukseli (Berlina) i do tego jeszcze Waszyngtonu. A że Orban śmiał jeszcze dodatkowo publicznie skrytykować UE a także – uwaga – osobiście Donalda Tuska (będącego ponoć jeszcze nie tak dawno temu w osobistej zmowie z Władimirem Władimirowiczem P.!!!) za konfrontacyjną politykę i dążenie do izolacji Rosji w związku z rozwojem wypadków na Ukrainie, to nie ma się co i dziwić, że jechał do stolicy Lechistanu naprawdę jak „na ścięcie”, szczęśliwie dlań – tylko medialno-propagandowe.

Atmosferę tej wizyty dobrze zresztą oddaje krótka notka, jaka ukazała się na łamach Agencji Informacyjnej Polskapresse (zgadnijcie: czyją własnością jest to medium?!): „Przed polską premier stoi trudne zadanie. Zaplanowana na czwartek wizyta premiera Węgier Wiktora Orbana od początku wzbudza emocje. Większość komentujących uważa, że <<wysłannik Putina>> nie powinien być przyjmowany w naszym kraju. Szczególnie teraz, kiedy nie zważając na eskalację konfliktu na wschodzie Ukrainy, zacieśnia on stosunki gospodarcze z Rosją”.

Cóż, może i faktycznie ta wizyta była zbędna, w gruncie rzeczy niepotrzebna, może lepiej byłoby ją po prostu zawczasu odwołać (takie głosy padały np. z kręgów PiS-u), tym bardziej, że Viktor Orban przybył do Warszawy, zdaje się, w pierwszym rzędzie na zaproszenie Krajowej Izby Gospodarczej, a z p. premier rozmawiał tak niejako przy okazji? Najwidoczniej jednak to on sam autentycznie jej chciał, łudząc się może, że zdoła choćby częściowo przekonać do swoich racji i do swojej polityki, nakłonić choćby w pewnej mierze do samodzielnego, pragmatycznego myślenia czynniki warszawskie. Jeśli żywił takie nadzieje, to pozostawał od początku do końca w krańcowym błędzie – tu już o dawien dawna nie myśli się samodzielnie i, przede wszystkim, nie myśli się po polsku.

Pozostając jeszcze chwilę przy temacie, warto zaznaczyć, że dużym błędem i nieuprawnionym uproszczeniem byłaby próba tłumaczenia takiej a nie innej postawy Viktora Orbana względem Rosji li tylko wyłącznie przesłankami natury gospodarczej. Są one z pewnością bardzo istotne, ale bynajmniej nie warunkują i nie tłumaczą całej kwestii do końca. W grę wchodzą tu bowiem jeszcze bardzo istotne czynniki natury geopolitycznej, a po części również w pewnym sensie ideologicznej. Wysoce nonkonformistyczna polityka Orbana, tak wewnętrzna, jak i zagraniczna, polityka mającą – niezależnie od jej pewnych niedostatków i mankamentów – za główny cel realizację węgierskiego interesu narodowego i zapewnienie Węgrom możliwie największego stopnia niezależności w ramach unijnego molocha a także względem rekinów międzynarodowego kapitału, wymaga prowadzenia bardzo elastycznej polityki zagranicznej, a więc w pierwszym rzędzie otwarcia się właśnie na Wschód, w kierunku Rosji (a także i Chin). Tylko taka „dywersyfikacja” węgierskiej polityki zagranicznej daje realną szansę oparcia się brutalnemu dyktatowi Brukseli i realizacji własnych projektów gospodarczych, społecznych, a w pewniej mierze także i ustrojowych nie przystających wiernie i ślepo do narzucanej odgórnie unijnej sztancy.

Na to nakłada się dodatkowo cechująca nie tylko politykę Orbana, ale w ogóle całą węgierską politykę zagraniczną po tzw. transformacji ustrojowej zasada, czy nawet – można by rzecz – doktryna bardzo mocnego wspierania licznej mniejszości węgierskiej żyjącej w krajach ościennych, głównie w Rumunii, Serbii, Słowacji i właśnie na Ukrainie (łącznie ok. 2,5 mln osób deklarujących narodowość węgierską wobec mniej więcej 8,3 mln Węgrów zamieszkujących w obecnych granicach państwa węgierskiego). Jest to zresztą jak najbardziej zrozumiałe i logiczne, gdy się weźmie pod uwagę same powyższe proporcje liczebne tejże diaspory w stosunku do macierzy i jeszcze ten dodatkowy fakt, iż jest to w gruncie rzeczy ludność autochtoniczna, zamieszkująca obszar należący kiedyś do dawnych wielkich Węgier sprzed traktatu w Trianon. Orban nadał jednak tej zasadzie nowy, znacznie bardziej doniosły i zarazem praktyczny wymiar. Przejawiło się to przede wszystkim w nadaniu całym tym społecznościom węgierskiego obywatelstwa, niezależnie od obywatelstwa kraju zamieszkania. Co więcej, będą one miały po raz pierwszy możność wzięcia powszechnego udziału w zbliżających się (6 kwietnia br.) wyborach do węgierskiego parlamentu, przy czym ze względu na zrozumiałe niezadowolenie i możliwe przeciwdziałanie ze strony sąsiadów, odbędzie się ono w wielu wypadkach w bardzo osobliwej formie (m.in. zastosowane zostanie głosowanie korespondencyjne). Nie jest też żadną tajemnicą, że węgierski premier bardzo liczy na powszechne poparcie z tej strony; że mocno wierzy, iż to właśnie głosy świeżo upieczonych węgierskich obywateli z bliskiej zagranicy wydatnie ułatwią mu nie tylko zachowanie władzę, ale i kwalifikowanej większości (2/3) w parlamencie, dającej mu maksymalną swobodę ruchów na arenie polityki krajowej. Pewne analogie z postawą Putina, biorącego w obronę rosyjską ludność Donbasu, nasuwają się więc same.

Jest tak tym bardziej, że spoista, dobrze zorganizowana mniejszość węgierska na Ukrainie (ok. 156 tys. osób), zamieszkująca w lwiej części teren Rusi Zakarpackiej, utrzymywała do końca bardzo dobre kontakty z obozem Wiktora Janukowycza, a jeden z jej przedstawicieli zasiadał nawet, zdaje się, w projanukowyczowym rządzie w Kijowie (zresztą cały ten region był tradycyjnie zawsze prawdziwą twierdzą Partii Regionów, stanowiąc pod tym względem swoistą wyspę na politycznej mapie zachodniej Ukrainy). Trzeba tu jeszcze podnieść istotny aspekt całkiem dobrego współżycia zamieszkałych tam Węgrów z miejscową ludnością ukraińską (a właściwie raczej rusińską) i wyraźnej niechęci tej ostatniej do pomajdanowej Ukrainy. W tej sytuacji ewentualna autonomia tego regionu, ba nawet, w razie dalszej dezintegracji i rozkładu państwa ukraińskiego, jego otwarta secesja, nie są wcale czystymi fantazjami ambitnych węgierskich polityków, ale sprawą jak najbardziej otwartą, choć oczywiście mocno przyszłościową.

Już z podniesionych wyżej względów nietrudno wywnioskować, że obecny kształt węgierskiej polityki wschodniej jest po prostu logiczną konsekwencją faktów i wydarzeń, które miały miejsce już znacznie wcześniej, zanim jeszcze sprawa stanęła na „ostrzu noża”. A gdy dodamy jeszcze do tego wyznawaną i powoli zresztą praktycznie wcielaną w życie przez Orbana i kierowany przezeń FIDESZ koncepcję „własnego modelu społecznego”, wykluczającego czystą imitację określonych wzorców zachodnich, jego krytyczny stosunek, a przynajmniej dystans do klasycznego modelu zachodniej „demokracji liberalnej”, w dodatku wszystko to poparte ideą może nie wprost autorytarnej, niemniej jednak silnej i scentralizowanej władzy państwowej, to dostrzegamy jeszcze jedną płaszczyznę jeśli nie ścisłego porozumienia czy sojuszu, to przynajmniej całkiem poprawnej koegzystencji węgiersko-rosyjskiej. Viktor Orban – jak każdy prawdziwy, poważny i odpowiedzialny polityk – prowadzi po prostu nie tyle taką politykę, jaka jest przedmiotem jego „chceń” i marzeń, ile taką – jaką w danej sytuacji prowadzić musi. Jego strategia swoistego balansowania pomiędzy Zachodem a Wschodem (widać tu pewne podobieństwa z polityką A. Łukaszenki) jest zresztą w sporej mierze dodatkowo determinowana przez mocny nacisk z prawej strony otwarcie już prorosyjskiego JOBBIKU.

I gdyby rodzimy establishment miał choć trochę dobrej woli, gdyby nie był tak zacietrzewiony, a nade wszyscy potrafił zdobyć się choćby na odrobinę samodzielnego myślenia, to wizyta Orbana mogła mieć całkiem inny przebieg i inny finał. Oczywiście – nie sposób było oczekiwać deklaracji o dojściu do zgodności poglądów w najważniejszej kwestii, jednak mogło się to skończyć końcową deklaracją np. o następującym brzmieniu: „Po długiej, wyczerpującej dyskusji obie strony pozostały przy swoich stanowiskach, niemniej wzajemny dialog będzie dalej kontynuowany”. To nie wnosiłoby, owszem, niczego nowego do sprawy, ale nie oznaczałoby też tak ostentacyjnego zamykania drzwi przed madziarskim gościem. Nie szło by otwarcie w kierunku dalszego pogłębiania izolacji … bynajmniej nie Węgier, ale właśnie III RP na arenie europejskiej polityki.

 

Grupa Wyszehradzka jest już praktycznie martwa

wyszehradW istocie gromkie wezwania p. premier Kopacz o potrzebie zachowania „jedności Grupy Wyszehradzkiej” ocierają się o kompletną groteskę. „Jedność europejska (tzn. w praktyce unijna)” względem polityki rosyjskiej to nieco inna „para kaloszy”, choć i ona sprowadza się już coraz bardziej do fikcji i zwykłej pozoracji. Akurat jednak to obecny kształt polityki wschodniej jest właśnie tym czynnikiem, który najbardziej różni i oddala Warszawę od Budapesztu, Pragi i Bratysławy. Rządy i elity polityczne pozostałych krajów członkowskich GV postrzegają bowiem wyraźnie odmiennie przyczyny, kulisy i faktyczne podłoże Majdanu, co musi się siłą rzeczy przekładać także i na całkiem inną ocenę jego następstw. W istocie, gdyby brać słowa p. premier całkiem na serio, stanowią one właściwie zarzut pod jej własnym adresem, bo to przecież nikt inny jak właśnie III RP łamie w praktyce ową jedność GV w rozpatrywanym przedmiocie.

Bardzo łatwo jest to wykazać i uzasadnić ten pogląd. Dla rodzimego establishmentu kształt polityki na odcinku ukraińskim jest prostą pochodną jego stosunku do Rosji, której to już od samego zarania III RP przypisano trwale i właściwie nieodwracalnie, w dużej mierze pod wpływem inspiracji a nawet silnego nacisku z zewnątrz, status głównego, a właściwie nawet jedynego wroga Polski. Polityka pozostałych krajów członkowskich GV nie jest obciążona tego rodzaju doktrynerskim balastem, stąd podchodzi ona do Rosji jak do każdego innego państwa. Z tego prostego względu jest już w punkcie wyjścia nieporównanie bardziej pragmatyczna. Przejdźmy w tym miejscu do konkretów.

I Węgry, i Czechy, i Słowacja zastosowały się oczywiście generalnie do wymogów unijnych antyrosyjskich sankcji – nacisk ze strony Brukseli, Berlina i Waszyngtonu był dostatecznie silny. Niezależnie jednak od tego premier Słowacji Robert Fico z rządzącej już kilka ładnych lat partii SMER wielokrotnie odcinał i dystansował się od linii unijnej polityki względem Rosji prowadzonej pod dyktando Waszyngtonu. I nic w tym dziwnego – sankcje i towarzyszące im rosyjskie kroki odwetowe już przyniosły bardzo poważne straty dość szczupłej przecież słowackiej gospodarce. Mało tego, ta sama niewielka Słowacja posunęła się nawet do tego, że częściowo odmówiła zastosowania się do narzucanych przez Brukselę restrykcji w obszarze sektora bankowego (chodzi o działająca na Słowacji filię rosyjskiego Sbierbanku). I nie poniosła z tego powodu bynajmniej żadnych wymiernych konsekwencji. Okazuje się więc, że jeśli jest odpowiednia wola polityczna i twardo stawia się na swoim – to można bronić, bardziej lub mniej skutecznie, własnych interesów, nawet gdy dysponuje się stosunkowo niewielkim potencjałem politycznym i gospodarczym. Swoją, do gruntu pragmatyczną politykę Fico uzasadnił bardzo prostym, a zarazem bardzo w tym wypadku trafionym argumentem „prawa małych państw do nie ponoszenia kosztów w wielkich sporach geopolitycznych”. Bardzo zbliżone stanowisko w rozpatrywanej kwestii zajmują zresztą także i czołowi politycy czescy, na czele z urzędującym prezydentem Zemanem i premierem Sobotką, nie mówiąc już o b. prezydencie Vaclavie Klausie. Także bowiem i Czesi odczuli na sobie bardzo boleśnie unijno-rosyjską wymianę wzajemnych sankcji gospodarczych i nie zamierzają bynajmniej udawać, że właściwie to nic takiego im się nie stało, nie zamierzają robić „dobrej miny do złej gry”.

I pomyśleć, że na przestrzeni ostatnich lat GV zawsze zajmowała sporo miejsca w corocznych expose ministra Sikorskiego. Padały w nich, niewspółmierne coraz bardziej do rzeczywistości, górnolotne slogany np. „o trwałym i rosnącym w siłę sojuszu negocjacyjnym” (2013). Ba, jeszcze w oficjalnej Informacji Ministra Spraw Zagranicznych o Zadaniach Polskiej Polityki Zagranicznej w 2014 r., wygłoszonej przed Sejmem 8 maja ub. roku. p. Sikorski był łaskaw oświadczyć m.in., co następuje: „(…)Kryzys na Ukrainie pokazał, że możemy liczyć na większość naszych europejskich partnerów, także w zakresie polityki wschodniej. W formule wyszehradzkiej rozwijamy współpracę w dziedzinie energetyki. Z Czechami, Słowacją i Węgrami łączy nas nie tylko wspólna historia i cele polityczne …”.

Nie trzeba chyba już dodatkowych tłumaczeń, jak bardzo te optymistyczne deklaracje coraz bardziej rozmijają się z nagimi faktami. W praktyce zaczyna brakować jakichkolwiek chętnych – no, może poza miniaturową Litwą i sypiącą się coraz bardziej Ukrainą – do uczestnictwa w coraz to bardziej ryzykownych działaniach, mających uczynić z Europy Środkowo-Wschodniej coś na kształt antyrosyjskiego buforu i swego rodzaju kordonu sanitarnego NATO. Jest swego rodzaju paradoksem, ale i zarazem jak najbardziej możliwą do przewidzenia konsekwencją, iż forsując uparcie tego rodzaju koncepty, III RP popada, i to szybko, w stan coraz większej izolacji, staje się coraz większą peryferią Europy (mimo położenia w samym jej centrum). A że życie, także polityczne, nie znosi próżni, nasi najbliżsi sąsiedzi nie śpią, tylko szukają alternatywnych, lepszych z ich punktu widzenia dyplomatycznych kombinacji i rozwiązań.

29 stycznia w czeskim miasteczku Sławków pod Brnem (słynne Austerlitz) doszło do spotkania premierów Czech i Słowacji oraz kanclerza Austrii. Jego uczestnicy podpisali deklarację o powołaniu do życia tzw. Trójkąta Sławkowskiego. Jego format i płaszczyzny aktywności nie zostały jeszcze do końca precyzyjnie sformułowane, niemniej wiadomo, iż potencjalnie chodzi o intensyfikację współpracy między sygnatariuszami w zakresie m.in. infrastruktury, transportu, współpracy transgranicznej, bezpieczeństwa energetycznego, wspólnego wpływania na kształt polityki unijnej (przewidziano m.in. specjalne konsultacje przed posiedzeniami Rady Europejskiej), a także, co bardzo w tym miejscu i czasie istotne, koordynację polityki względem Rosji i Ukrainy.

W którą stronę ta polityka pójdzie, co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Wszyscy uczestnicy tego regionalnego mini-szczytu solidarnie i jednogłośnie zanegowali potrzebę dalszego zaostrzania sankcji względem Rosji, wskazując jednocześnie na nieskuteczność tych dotychczas już nałożonych (co oznacza, że chętnie poparliby decyzję o ich zniesieniu, gdyby się tylko pojawiła taka realna możliwość). To jest póki co raczej niemożliwe do przeprowadzenia, niemniej prominentni politycy trzech wspomnianych krajów dali wyrażanie do zrozumienia, że będą konsekwentnie działać na rzecz ich stopniowego łagodzenia. Co znamienne, impuls do zawiązania tego nowego aliansu wyszedł ze strony Pragi, której stosunki z Wiedniem były do niedawna – mniejsza o powody – raczej dosyć chłodne i szorstkie. Nie wnikając w szczegółowe motywy, jakim kierowała się tu czeska dyplomacja, bez żadnej obawy popełnienia większego błędu można stwierdzić, że jednym z najważniejszych był rosnący dystans i w końcu jawne niezadowolenie większości czeskich elit politycznych z coraz to bardziej otwarcie antyrosyjskiej polityki Warszawy. Ten dystans był zresztą już widoczny w epoce V. Klausa, ale wtedy stosunki na linii UE-Rosja były jeszcze względnie dobre, zatem problem był nieporównanie mniejszej wagi i znaczenia. Istniejące w tym względzie rozbieżności można było więc jakoś zaklajstrować i GV mogła jako tako dalej funkcjonować. Teraz jednak sytuacja diametralnie się zmieniła.

To, co stało się w Sławkowie, nie może zresztą uchodzić za większe zaskoczenie. Symptomy coraz większego oziębiania, psucia się stosunków na linii Praga-Warszawa widać było już od pewnego czasu. Najpierw Czechy praktycznie zawiesiły swoją aktywność w ramach tzw. Partnerstwa Wschodniego (notabene, zainicjowanego za ich prezydencji w UE), pod koniec zaś zeszłego roku zaczęły, oficjalnie pod różnymi pretekstami administracyjnymi, coraz bardziej utrudniać polski eksport. W końcu przyszedł czas na radykalne przeorientowanie regionalnych sojuszy, bo tak trzeba określić decyzję o zbliżeniu z uchodzącą za bodaj najbardziej prorosyjski kraj w UE Austrią. Wedle oficjalnych deklaracji sygnatariuszy Trójkąta Sławkowskiego, inicjatywa ta nie ma wcale na celu likwidacji ani nawet pomniejszania znaczenia GV, nie stanowi też dla niej oficjalnej konkurencji. W praktyce jednak, darując sobie te czysto dyplomatyczne alibi, już zepchnęła ją na dalszy plan. Gdyby zaś do tej, nowo wyłonionej konstelacji dołączyły jeszcze i Węgry – a wydaje się, że po „serdecznym” przyjęciu Orbana w Warszawie będą w praktyce, wcześniej czy później, na taki krok skazane – Grupa Wyszehradzka będzie dalej istnieć już tylko wyłącznie na papierze. W praktyce stanie się bardzo szybko – a na dobrą sprawę już jest – tworem całkowicie martwym.

 

„Międzymorze” – tylko propagandowy wytrych!

Na łamach tego portalu wskazywaliśmy już wielokrotnie (m.in. niżej podpisany), że tak uporczywie lansowany przez pewne koła i ośrodki „niepodległościowe” projekt tzw. Międzymorza jest w rzeczywistości konstrukcją niemożliwą do praktycznej realizacji, mówiąc dosadniej – utopijną. Nie miejsce tu na szczegółową argumentację, ograniczę się zatem do stwierdzenia, że nie widać praktycznej możliwości ścisłego zintegrowania tylu stosunkowo niewielkich krajów regionu przy tylu dzielących ich zastarzałych często konfliktach, wzajemnych konfliktach i animozjach, w dodatku w warunkach praktycznie pewnego przeciwdziałania potężnych sił zewnętrznych. A gdyby nawet to się komuś jakimś wprost cudownym zbiegiem okoliczności udało, to taki hipotetyczny blok i tak nie dysponowałby w obecnych realiach politycznych, gospodarczych i militarnych dostatecznym potencjałem, by móc samodzielnie przeciwstawić się skutecznie potężnym graczom z Zachodu i Wschodu.

Nie oznacza to jednak od razu automatycznego negowania jakichkolwiek zdroworozsądkowych i praktycznie osiągalnych form współpracy regionalnej, służących dobrze pojętym, wspólnym interesom Polski i krajów najbliższego sąsiedztwa. Do takich zaś należy w jakiejś mierze także i owa zawiązana już ponad 20 lat temu GV. Inna rzecz, że ta formuła współpracy regionalnej funkcjonowała praktycznie cały czas w mocno ograniczonym zakresie, nie wykorzystując do końca tkwiących w niej możliwości – przede wszystkim z powodu braku dostatecznej wzajemnej solidarności, a także niesamodzielności i daleko idącego uzależnienia klasy politycznej poszczególnych krajów członkowskich od określonych ośrodków zewnętrznych. W efekcie tego w początkowym okresie swego istnienia GV spełniała po prostu tylko rolę swego rodzaju poczekalni i „podgatowki” do członkostwa w UE (a także NATO), a nie atrakcyjnej formuły wymiernej współpracy i integracji regionalnej samej w sobie. Dość wspomnieć, że nie powołano w jej ramach praktycznie żadnych trwałych wspólnotowych instytucji i organów, które by służyły bieżącej konkretyzacji takiej współpracy. Co prawda, już w 1992 r. zawiązano przy GV Środkowoeuropejskie Porozumienie o Wolnym Handlu (CEFTA), ale był to również przede wszystkim efekt nacisków … Brukseli, zaniepokojonej tym, iż więzi gospodarcze oraz wymiana handlowa między członkami świeżo powołanej GV ulegają szybkiemu osłabieniu i skurczeniu, co mogło negatywnie odbić się na samej integracji europejskiej, a konkretnie – na szybkim i sprawnym wchłonięciu jej członków do „prawdziwej Europy”. Również i ta instytucja działała jednak mocno anemicznie.

Potem, już w okresie poprzedzającym bezpośrednio akcesję do UE, poszczególne państwa „wyszehradzkie” nie zdobyły się na elementarną nawet solidarność i próbę wspólnego negocjowania jej warunków (pomińmy tu już kwestię samej celowości tego kroku), co z pewnością dałoby im korzystniejsza pozycję przetargową wobec Brukseli. Przeciwnie, wszystkie miały na uwadze tylko własne, typowo egoistycznie pojmowane interesy i usilnie parły do krainy unijnej szczęśliwości na własną rękę, nie oglądając się na sąsiadów. Przodowali zresztą w tym również Czesi, ale – Bogiem a prawdą – także i Warszawa nie wykazała się jakąkolwiek inicjatywą i staraniami w tym względzie. Po 2004 r. GV stała się tym bardziej instytucję drętwą, wyłączając krótki okres dość bliskiej współpracy prezydentów Klausa i Kaczyńskiego, przerwanej zresztą przez tego ostatniego. Nie znaczy to jednak, że była i jest zupełnie bezwartościowa. Przeciwnie, zwłaszcza w obecnej, bardzo dynamicznej, szybko zmieniającej się sytuacji międzynarodowej, w obliczu zarysowującej się coraz większej destabilizacji dotychczasowego porządku europejskiego, mogłaby stać się punktem wyjścia do pewnego usamodzielnienia się i upodmiotowienia, do realnego zbliżenia się do siebie wszystkich czterech krajów członkowskich.

Niestety, ten scenariusz nie wchodzi zupełnie w grę z tej prościutkiej przyczyny, że rodzimy establishment wszystkich praktycznych odcieni postrzega konsekwentnie i uparcie wszelkie tego rodzaju regionalne alianse, włącznie z owym szumnie reklamowanym „Międzymorzem”, wybitnie jednostronnie – wyłącznie w kategoriach nakręcanego z zewnątrz, w pierwszym rzędzie z Waszyngtonu – i ukierunkowanego w zasadzie tylko na walkę z Rosją bloku, czy też, używając tu zbyt wielkiego słowa, sojuszu. Na to zaś nie było nigdy za bardzo chętnych. Tym bardziej nie ma ich teraz, zwłaszcza w gronie GV. Żadnej innej alternatywy zaś nie widać, bo także i taka np. Rumunia, Bułgaria, a nawet Łotwa i Estonia zachowują wobec tego rodzaju konceptu widoczny dystans. Jedyne więc, co pozostało owym geopolitykom-propagandystom (względnie marzycielom), to agitować za jeszcze ściślejszym zbliżeniem z coraz to bardziej chwiejącą się na nogach, a przy tym coraz to bardziej przesiąkniętą neobanderyzmem Ukrainą oraz z miniaturową Litwą – w dodatku wściekle i przy tym całkowicie bezkarnie prześladującą zamieszkałą na własnym terytorium liczną mniejszość polską. Do takiej to konkretnej kombinacji sprowadza praktycznie się na dziś owo „Międzymorze”!

Tak to „narodowa” myśl polityczna próbuje nas prowadzić do krainy czystego już absurdu, zaś my sami – czy nam się to podoba, czy nie – mimowolnie stajemy się w szybkim tempie coraz większymi pariasami Europy…

Andrzej Turek