Czyśmy wygrali, czyśmy przegrali II wojnę światową – dok. tekstu z 15 maja br.

Pomnik Zwycięstwa Żołnierza Polskiego we Wrocławiu

Pomnik Zwycięstwa Żołnierza Polskiego we Wrocławiu

Jak zatem w ogólnym zarysie można określić rezultaty i konsekwencje tej wielkiej dziejowej zawieruchy dla Polski?

Osobiście bardzo przypada mi do gustu i przekonuje mnie punkt widzenia i sposób rozumowania cytowanego już na samym wstępie pierwszej części tych rozważań Jędrzeja Giertycha, który stawia sprawę następująco:

„(…)Muszę tu jeszcze poruszyć sprawę: co nam przyniósł udział nasz w drugiej wojnie światowej.

Żądania niemieckie w 1939 roku musieliśmy odrzucić. I na najazd niemiecki musieliśmy odpowiedzieć zbrojną obroną. To jest jasne. Gdybyśmy byli tego nie zrobili – bylibyśmy runęli w przepaść. Mniej więcej każdy Polak to rozumie.

Odpowiedzieć trzeba na pytanie nieco inne. Są Polacy, którzy zastanawiają się, czy warto było, by polskie wojsko walczyło w Norwegii, we Francji, a potem pod Tobrukiem, pod Monte Cassino, pod Falaise i pod Arnem i na szlaku Normandia – Belgia – Holandia – Bremerhaven. I by Marynarka Wojenna polska uczestniczyła w bitwie pod Narwikiem i Dunkierką, i w konwojach atlantyckich, maltańskich i murmańskich i w desancie normandzkim. I by lotnicy polscy bili się w bitwie o Wielką Brytanię i w nalotach na Niemcy. Innymi słowy, czy warto było zdobywać się na wysiłek uczestnictwa – i to dużego uczestnictwa – w bojach Wielkiej Brytanii, Francji i Ameryki już po kampanii wrześniowej przez 5 i pół lat aż po wiosnę 1945 roku. Dopomogliśmy naszym sojusznikom do ich zwycięstw – a oni nas w końcu zdradzili.

Pragnę na to odpowiedzieć, że bez naszego udziału w wojnie, i to nie tylko udziału wojsk pod sowieckim dowództwem, ale owej potężnej Armii i Marynarki Wojennej i Lotnictwa na Zachodzie Polska byłaby utraciła swoją pozycję dużego, niepodległego państwa. Naszym niezachwianym, nieustannym, nieprzerwanym od 1 września 1939 roku do 8 maja 1945, czynnym udziałem w wojnie uratowaliśmy nasze miejsce w zwycięskiej koalicji i dzięki temu wyszliśmy z wojny obronną ręką.

Bo przecież wyszliśmy z wojny właśnie tak: obronną ręką.

Nad Niemcami odnieśliśmy triumfalne zwycięstwo. Nie tylko że nie pozwoliliśmy na zabranie nam Gdańska i <<korytarza>>, już nie mówiąc o <<kraju Warty>> i <<Generalgubernatorstwie>>, rządzonym z krakowskiego <<burgu>>, który przestał nazywać się Wawelem – ale uzyskaliśmy Śląsk, zachodnie Pomorze i część Ziemi Lubuskiej, które utraciliśmy od czasów średniowiecza (oraz Malborskie, Warmię, Pomezanię i Mazury). Ba! Odzyskaliśmy je nie tylko politycznie, ale i etnicznie.

Ale wobec świata, a także i wobec Rosji Sowieckiej, która zaatakowała nas 17 września 1939 roku, ponieśliśmy klęskę. Posadzeni zostaliśmy niżej w hierarchii narodów; nie jesteśmy tym samym, czym byliśmy w latach 1919-1939. A co więcej, utraciliśmy rozległe Ziemie Wschodnie, na czele ze Lwowem i Wilnem. Oraz zostaliśmy od wschodniego sąsiada uzależnieni. Mamy ustrój, który narzuciła nam wola tego sąsiada, a który wcale nie jest wyrazem naszej woli własnej. I mamy rząd, nie mniej zależny od sąsiada niż rząd polski był zależny od Saksonii przez długą część osiemnastego wieku.

A jednak państwo polskie istnieje. I jest zjednoczone. Stanowi trwały fakt w układzie politycznym Europy. Nie zmarnował się dorobek Wersalu. Ani znaczna część dorobku wysiłków organizacyjnych i także i zbrojnych lat 1918-1920. Szkoły i sądy, i urzędy, zarówno na Kaszubach, jak i na Podhalu, zarówno w Cieszynie, jak i w Białowieży, ba! nawet pod Zgorzelcem i na Zalewie Szczecińskim oraz nad Zalewem Wiślanym, podlegają Warszawie. I język polski wszędzie tam panuje. A nasz narodowy Kościół, rzymsko-katolicki, tworzy jedną całość, obejmując cały kraj, pod władzą – jak od prawie tysiąca lat – prymasów gnieźnieńskich, a obejmując także i niektóre diecezje, wznowione po wiekach. Co jest w naszym życiu złe – jest przemijające. Ale byt państwowy i osiągnięte granice – to są fakty trwałe.

Nie biliśmy się w drugiej wojnie światowej na próżno. W niejednym ponieśliśmy klęskę. Co robić? W narodowej historii odnosi się zarówno zwycięstwa, jak i klęski. Ale odnieśliśmy także i wielkie zwycięstwa. I uratowaliśmy rzeczy najważniejsze…” (J. Giertych, Tysiąc lat historii polskiego narodu, t. III, Poznań 1997, s. 147-148).

Oczywiście, trzeba tu wziąć pod uwagę, że słowa te były pisane mniej więcej w połowie lat 80 tych ub. wieku (wspomniana, ze wszech miar godna polecenia, książka Jędrzeja Giertycha ukazała się w 1986 r.), gdy ogólna nasza kondycja i położenie były zupełnie różne niż dzisiaj, nieporównanie lepsze. Autor nie mógł przewidzieć i zapewnie w najczarniejszych snach nie przewidywał aż tak daleko posuniętego upadku i degradacji właściwie na wszystkich polach: politycznej, gospodarczej, militarnej, kulturowej, cywilizacyjnej itd., jaką przyniosła naszemu narodowi i państwu tzw. transformacja ustrojowa, konsekwentnie i zawzięcie cały czas oficjalnie odtrąbywana w kategoriach rzekomego „odzyskania niepodległości” połączonego z budową wzorcowej „demokracji”, czy też „państwa prawa”. Trudno przypuszczać, by ten Wielki Polak dopuszczał do siebie myśli o ziszczeniu się tak czarnego scenariusza, pomimo faktu, że jako pierwszy i właściwie jedyny w sposób tak kategoryczny i jednoznaczny przed nim ostrzegał w czasie, gdy znakomita większość Polaków – całkiem przeciwnie – upatrywała w ruchach rodzącej się opozycji z nazwy „demokratycznej” i „niepodległościowej” nadziei niemalże na … jakieś narodowe zbawienie (wystarczy tu wspomnieć choćby o treści „Listu otwartego do społeczeństwa polskiego w Kraju” z 1976 r., czy też listu „Co robić”, napisanego również z myślą głównie o czytelniku krajowym, z 1982 r. autorstwa J. Giertycha).

Pomimo tej głębokiej różnicy – na niekorzyść – jaka zaszła w przeciągu tych niepełna trzydziestu lat w położeniu tak wewnętrznym, jak i zewnętrznym naszej Ojczyzny, powyższe refleksje i spostrzeżenia ongiś jednego z czołowych politycznych uczniów i współpracowników Romana Dmowskiego są nadal w swym ogólnym wydźwięku jak najbardziej aktualne. Więcej – w obecnej chwili naszej uderzającej słabości są one od strony czysto praktycznej może bardziej jeszcze aktualne i doniosłe niż w momencie ich napisania. Abstrahując już od kryterium prawdy historycznej, w naszym, polskim najżywotniejszym interesie leży dziś niezachwiane trwanie w szeregach zwycięskiej koalicji antyhitlerowskiej i podkreślanie, demonstrowanie tej postawy na każdym kroku. Wszyscy ci, którzy zachowują się tak, jak by chcieli – mniejsza już o to, czy świadomie, czy nie – Polskę z tej koalicji niejako wypisać, czy to w sferze pisanego i głoszonego słowa, czy też jeszcze bardziej praktycznych czynów – działają bez dwóch zdań na jej szkodę.

Jan Matusiewicz