Czym faktycznie pachną „Republikanie”!

No i w zasadzie już wszystko jasne. Najnowszy pisowski secesjonista p. Przemysław Wipler sam przeciął kilkudniową falę medialnych spekulacji, deklarując w wywiadzie dla brukowego „Super Expressu” co następuje: „będziemy koalicjantem dla PiS; odejście (jego) z partii nie było spowodowane impulsem”.

Bogiem a prawdą, co bardziej dociekliwi nawet i bez tego zaskakująco szczerego, by nie powiedzieć szczeniackiego (z punktu widzenia arkanów skutecznego uprawiania polityki), wyznania mogli stosunkowo łatwo się domyśleć, jaka jest faktyczna geneza i cel powołania do życia nowego bytu politycznego pod wyjściową formą stowarzyszenia „Republikanie”. Ostatnie polityczne ruchy, skądinąd wysoce niezgrabne, mało dotąd znanego, szarawo i banalnie się prezentującego, trzydziestoparoletniego posła z drugiego czy nawet trzeciego szeregu politycznej drużynki Jarosława Kaczyńskiego, wywołały bowiem nadspodziewanie mocną reakcję całej palety mediów, niezależnie od ich politycznego zabarwienia – od przysłowiowego Sasa do Lasa. Już samo to wskazywało, że poczynania posła Wiplera nie są w żadnym razie jego spontaniczną, autorską inicjatywą, lecz stanowią realizację określonego szerszego politycznego planu, obmyślonego w kierowniczych ośrodkach establishmentu administrującego jednostką polityczną pod nazwą III RP. Zresztą, jego postać była, przy różnych okazjach, dyskretnie nagłaśniana już mniej więcej od ubiegłorocznego Marszu Niepodległości. Najwidoczniej jest więc od dawana już szykowany do odegrania wcale poważnej politycznej roli.

Wszystko wskazuje na to, że odszedł on z PiS-u za wiedzą i cichym przyzwoleniem, a może nawet wręcz na polecenie jego wodza. Było to rozstanie rzeczywiście aksamitne, niespotykane dotąd w tej formacji politycznej; rozstanie za pełnym porozumieniem stron, bez gromów i oficjalnych oskarżeń o zdradę, partyjnych ekskomunik i anatem. Ot, jedynie kapciowy Kaczyńskiego, p. Hoffman z cicha bąknął, iż jest bardzo mu przykro. Cel tej grubymi nićmi szytej operacji jest bardzo prosty do odgadnięcia: „republikanie” mają być dla PiS mniej więcej tym, czym dla PO jest Ruch Palikota, oczywiście w kategoriach czystej gry politycznej, a nie aspektów ideowo-światopoglądowych. Mają poszerzyć spektrum politycznego poparcia, choćby pośredniego, dla wodza „polskiej prawicy” i zdolności koalicyjne PiS w przyszłym Sejmie, jeśli oczywiście wszystko pójdzie zgodnie z planem. Wyrażając się konkretniej, chodzi o stworzenie nominalnie niezależnego, a w rzeczywistości w pełni od samego początku kontrolowanego kanału dostępu do elektoratu liberalnego czy też liberalno-konserwatywnego (lub, jak niektórzy mówią, „wolnościowego”), zarówno tego stanowiącego dotąd bazę wyborczą PO, a w tej chwili głęboko doń zrażonego, jak i tego sympatyzującego z tzw. Kongresem Nowej Prawicy (KNP) i całym szerokim środowiskiem „korwinowców”.

Co z tego konkretnie wyjdzie, trudno przewidzieć, ale tego rodzaju zagranie zwiększa niewątpliwie szanse na sklecenie w przyszłości stabilnej większości sejmowej jeśli nie pod bezpośrednią prezesurą, to przynajmniej pod polityczną batutą p. prezesa, i tym samym podtrzymanie, utrwalenie i uszczelnienie dwupartyjnego kształtu sceny politycznej w III (a może już IV) RP. W tym kontekście nawet obecny obóz rządzący i stojące za nim media będą po cichu sprzyjać i lansować owych „republikanów”, bowiem szansa utrzymania większości rządowej przez obecny układ PO-PSL rysuje się bardzo mizernie, a nawet wprost beznadziejnie, zaś „wielka koalicja” jest już po Smoleńsku trwale i ostatecznie wykluczona. Przede wszystkim jednak trzeba coś zrobić, trzeba jakoś zagospodarować bałamuconą skutecznie przez całe lata liczną rzeszę polskich młodych „wykształciuchów” (w „patriotycznym” żargonie tzw. lemingów). Wizja szczęśliwego, dostatniego życia w zjednoczonej Europie nijak już do niej nie przemawia po empirycznym z nią się zderzeniu, trzeba zatem bezzwłocznie wymyślić kolejną „ściemę”, kolejną ślepą uliczkę, kolejną migotliwą przynętę, bo pozostawienie jej całkiem samopas rodzi wielkie niebezpieczeństwo, że wyłączone i wyprane z głębszych myśli mózgi zaczną w końcu samodzielnie funkcjonować i a nuż okryją realnie, a nie tylko sentymentalnie, ideę narodową. Wszak jest ona ciągle aktualna i atrakcyjna, wystarczy tylko zdroworozsądkowo spojrzeć na świat.

I wymyślono arcychytrze właśnie taką kolejną przynęto-pułapkę – jest nią tzw. etos republikański albo inaczej idea „wolnościowa”, sprowadzająca się w pierwszym rzędzie do postulatu dalszego ograniczenia roli państwa, które próbuje się przestawić młodym, naiwnym, dopiero wchodzącym w dorosłe życie i, przede wszystkim, całkowicie zagubionym politycznie Polakom jako wrogie im ze swej natury, tłamszące ich wolność i ograniczające ich szanse życiowe. Wystarczy sięgnąć w tym miejscu do opublikowanego przez p. Wiplera całego zbioru przeróżnych ogólnikowych, a po części wprost demagogicznych frazesów pod szumną nazwą Manifest Polski Republikańskiej (z dużej litery).

Znajdujemy w nim m.in. taką oto diagnozę: „(…)Tak wiele kosztuje nas państwo, które jest coraz większe, niepraktyczne, nieskuteczne, a jednocześnie słabe…”. To spostrzeżenie: „państwo jest coraz większe” zakrawa na pierwszy rzut oka na jakieś nieprzytomne majaczenie albo pijackie zwidy mocno „zaprutego” nałogowego alkoholika. Jednak uważna lektura rzeczonego Manifestu, jak i szereg najnowszych medialnych wynurzeń jego oficjalnego twórcy i sygnatariusza, wskazują, że utożsamia on państwo w prostej linii z urzędnikami i biurokracją, która skądinąd, nawet na szczeblu samorządowym, jest już ze swojej mentalności, nastawienia i z samego sposobu funkcjonowania bardziej brukselska niż polska. Wystarczy tu przywołać choćby taką oto wypowiedź tego nowego aspiranta do rangi politycznego guru polskiej młodzieży : „PiS to partia, która wierzy, że działaniami urzędników można naprawić Polskę. Ja natomiast uważam, że im mniej biurokracji, tym mniej emigracji”.

Postulat redukcji, i to bardzo daleko idącej, rozrośniętej wprost do monstrualnych granic i w bardzo licznych wypadkach wynagradzanej niewspółmiernie wysoko w stosunku do rzeczywistych efektów pracy kasty biurokratycznej jest oczywiście jak najbardziej słuszny i podzielany praktycznie przez wszystkich, oczywiście poza samymi zainteresowanymi i ich rodzinami (pytanie tylko, która z obecnie funkcjonujących sił politycznych realnie go zrealizuje; czy będzie to PiS, nawet w anonsowanej koalicji z „republikanami” – jakoś trudno mi w to uwierzyć!). Załóżmy jednak, że w doprawdy cudownych okolicznościach nawet do tego dojdzie: skąd to założenie, że to samo w sobie zmniejszy od razu emigrację?

Oczywiście p. Wipler ma do zaoferowania młodym pokoleniom Polaków (bo o starszych już nie myśli i nie specjalnie nie dba) znacznie więcej „wolnościowych prezentów”. Chce więc w pierwszym rzędzie dalszego (samo)ograniczenia roli państwa w gospodarce, jej odetatyzowania i odejścia od wszelkich form interwencjonizmu państwowego. Głosi konieczność walki z tzw. socjalizmem, który to głównie rzekomo tłamsi polską gospodarkę i nie pozwala im godnie żyć i samorealizować się w swojej Ojczyźnie. Dlatego przewodnim motywem działania i sztandarowym hasłem nowo tworzonego ruchu republikańskiego ma być walka o radykalną reformę rynkową. „Albo wolny rynek, albo przegramy” – dowodzi p. Wipler.

W ramach tej walki postuluje się m.in. konieczność kompleksowej zmiany struktury podatków, zwłaszcza poważnej redukcji składek ZUS, szczególnie dla początkujących przedsiębiorców, ogólnego obniżenia podatków, i daleko posuniętego uproszczenia lub wprost likwidacji licznych barier administracyjno-biurokratycznych, krępujących obecnie działalność gospodarczą. I znowu, patrząc wycinkowo, ciasno i wąsko, krótkowzrocznie i egoistycznie, można by takim postulatom tylko przyklasnąć. Przełóżmy jednak to na realia: obniżenie podatków oznacza automatycznie mniejsze wpływy do budżetu, a co za tym nieuchronnie idzie dalsze zmniejszenie świadczeń w szeroko pojętej sferze socjalnej, wydatków na publiczną służbę zdrowia, szkolnictwo itd., bo przecież sztywno i dogmatycznie stosowana formuła „wolnego rynku” i praktycznie całkowite wycofanie się państwa z obszaru gospodarki nie pozwoli zrekompensować tych ubytków choćby na drodze realnego opodatkowania swobodnie drenującego obecnie Polskę zagranicznego kapitału. Wprost przeciwnie, dla osób pokroju p. Wiplera zagraniczne inwestycje to główne koło zamachowe gospodarki i przy okazji jedyny kanał dopływu najnowszych technologii, trzeba więc na nie wyłącznie chuchać i dmuchać, i nie stawiać im żadnych warunków, pozwolić im robić (z tubylczą siłą roboczą), co tylko chcą.

Drugim kołem zamachowym ma być „uwolniona energia gospodarcza młodego pokolenia” jako rezultat wdrożenia w życie jego cudownych wolnorynkowych recept. W tej propagandowej wizji tysiące, dziesiątki tysięcy, setki tysięcy, a może nawet miliony młodych Polaków przemienią się w krótkim czasie w rzutkich biznesmenów, operujących, jak to mi się obiło o uszy, głównie w internetowej sieci. A więc ta surrealistyczna wizja to projekcja blisko czterdziestomilionowego kraju pozbawionego i wyrzekającego się trwale posiadania własnego przemysłu, a nawet rolnictwa, za to z potężną liczebnie klasą większych i mniejszych, pracujących na swoim biznesmenów, równie licznych, a nawet liczniejszych od robotników czy chłopów. Pytanie tylko, kto wyposaży tych młodych adeptów i potencjalnych beneficjentów czystego wolnorynkowego kapitalizmu w niezbędny kapitał wyjściowy? Może istniejąca od 2009 r. Fundacja Republikańska albo w/w stowarzyszenie „Republikanie”? Otóż, nic mi nie wiadomo o tym, żeby leżało to w zakresie statutowych celów działalności tychże gremiów!

Podsumowując, trudno zakwalifikować tego rodzaju inicjatywę inaczej jak tylko zwykłe polityczne wichrzycielstwo i podstępny atak oraz cichą dyskredytację koncepcji państwa narodowego. Państwo to zostało już od frontu rozebrane przez Brukselę, a teraz od opłotków chcą podkopywać i demontować jego resztki różni „republikanie-wolnościowcy” (stanowiący, niezależnie od mocnej krytyki absurdów unijnej biurokracji, żywioł z gruntu kosmopolityczny, odżegnujący się kategorycznie i pryncypialnie, broń Boże, od wszelkich form nacjonalizmu).

Wizja świata w ich wydaniu, reprezentowana również przez posła Wiplera, może odpowiadać co najwyżej młodym, zdrowym, dobrze (właściwie) urodzonym, pięknym, zdolnym, dobrze wykształconym, skoligaconym, sprytnym i zaradnym – osoba posiadająca te wszystkie przymioty lub przynajmniej zdecydowaną ich większość ma faktycznie jakiejś szanse na sukces biznesowy, a tym samym życiowy, i może się faktycznie spokojnie obejść bez państwa, bez publicznego (państwowego) szkolnictwa, bez publicznej służby zdrowia, bez systemu ubezpieczeń, słowem – bez „socjalizmu”. Jeśli jednak nie spełniasz powyższych kryteriów lub nagle utracisz posiadane już powyższe walory (o co przecież nietrudno), to lądujesz od razu na przysłowiowym śmietniku! Dlatego młody Polaku, gdy dojdą do Ciebie te syrenie śpiewy, zastanów się z miejsca, czy będziesz w stanie przeskoczyć tą wyśrubowaną poprzeczkę!

Andrzej Turek