Czy to była naprawdę realna alternatywa?

Kilka uwag o kandydatach tzw. antysystemowych

urnaTemat jest już w zasadzie „mocno po czasie”. Jednakże z uwagi na to, że w rozlicznych komentarzach powyborczych (po I turze wyborów prezydenckich AD 2015), jakie pojawiły się w środowiskach szeroko pojętej opcji narodowej, powszechnie – i zresztą wcale nie bez racji – wskazywano, że ich rezultat to w pierwszym rzędzie konsekwencja uderzająco niskiej świadomości politycznej przytłaczającej większości polskiego społeczeństwa, warto powrócić do niego raz jeszcze. Warto powrócić do niego i rozważyć sobie konkretnie – tak całkiem na chłodno, z perspektywy czasu, jaki upłynął od dnia aktu wyborczego – czy ogół Polaków dysponujących czynnym prawem wyborczym miał w ogóle przed sobą jakąkolwiek inną realną, jakościową lepszą alternatywę, czy mógł dokonać wyboru bezsprzecznie i bezdyskusyjnie korzystniejszego z punktu widzenia polskiej racji stanu.

Zostawiając na boku kwestie celowości świadomego bojkotu tychże w istocie fasadowych wyborów (co jest tematem na odrębny tekst) oraz dokonania wyboru na dobrze już wypróbowanej, mocno ugruntowanej, a nawet wprost moralnie „rozgrzeszonej” zasadzie tzw. mniejszego zła, zastanówmy się raz jeszcze nad wartościami – dodatnimi i ujemnymi – i przesłaniem, jakie nieśli ze sobą kandydaci „antysystemowi”, tj. kandydaci stojący, czy też raczej oficjalnie ustawieni jakby w ogólnej opozycji do kandydatów „systemowych”, czyli reprezentujących PO-PiS i dwie, a właściwie to nawet trzy pomniejsze partie sejmowe. Piszę: oficjalnie ustawieni, bo przecież taka właśnie klasyfikacja nie wynikła li tylko i wyłącznie z samych ich deklaracji i manifestów; to przede wszystkim same polskojęzyczne media tak właśnie ich zaszeregowały, obdarzyły ich tą etykietką, co nawet zresztą całkiem szczerze i przytomnie wyznał jeden z ich grona, a mianowicie M. Kowalski.

pawelkukizO zdecydowanie najważniejszym z grona owych kandydatów „antysystemowych” i, jak się okazało, „czarnym koniu” tych wyborów, p. Pawle Kukizie pisaliśmy na tym forum już całkiem sporo, i to jeszcze w czasie, kiedy proces kreowania go na nową „wielką gwiazdę polityczną” był dopiero w toku, zaś rozmiary tejże wielkości trudne do dokładnego przewidzenia i ustalenia (m.in. teksty „Kukiz – urodzony polityczny demagog” i „Ułuda JOW-ów”). Nie chcąc (i nie widząc sensu) się powtarzać, odsyłam zatem do nich tych czytelników, (którzy jeszcze ich nie czytali), a którzy chcą ewentualnie głębiej wniknąć w istotę sztandarowego postulatu p. Kukiza. W tym miejscu dodam jeszcze tylko krótko, że tego pokroju kandydat „antysystemowy”, wykreowany w dużej mierze nie gdzie indziej, tylko na stricte salonowej kanapce u p. Kuby Wojewódzkiego (obydwaj panowie pozostają zresztą, zdaje się, w dość zażyłych relacjach już co najmniej od kilku lat), bez jakiegokolwiek trzymającego się kupy programu i doświadczenia politycznego, inspirowany i prowadzony przez nie do końca jeszcze rozpoznanych wyjadaczy politykierskiego rzemiosła (w tej liczbie ponoć także i przez p. Piotra Tymochowicza) – jest doprawdy wprost wymarzonym kandydatem opozycyjnym właśnie z punktu widzenia tegoż … systemu. Zwrócę w tym kontekście uwagę choćby tylko na ten bardzo znamienny i wiele dający do myślenia fakt, że jeszcze w czasie, gdy p. Kukiz dość mozolnie piął się w sondażowej drabince (miał oficjalnie jakieś 5% poparcia) – a było to konkretnie na jakieś dwa tygodnie przed wyborami – w reklamowych zapowiedziach do programu „Kuba Wojewódzki” już pojawiło się przy jego nazwisku określenie „czarny koń nadchodzących wyborów prezydenckich”. Mądremu chyba wystarczy!

Nie będę tu wypowiadał się – bo nie mam ku temu jeszcze dostatecznej wiedzy – w jakim stopniu ów kandydat „antysystemowy” był świadomie, najzupełniej celowo propagowany przez cały rozbudowany aparat propagandowy pozostający do dyspozycji systemu, a w jakim stopniu korzystał tylko z jego biernego przyzwolenia dla intensywnej reklamy własnej osoby jako niemalże swego rodzaju nieformalnego rzecznika praw ogółu (szarych) obywateli III RP i naprawiacza chorej polskiej demokracji. Jest w każdym bądź razie niezbitym faktem, że specjalnie, tak serio, wcale mu nie przeszkadzano, nie ograniczano, nie wyciszano, nie próbowano ucinać jego kontestacyjnych wypowiedzi ani też wskazywać ich uderzającej miałkości i intelektualnej płycizny – a istniały przecież ku temu naprawdę duże możliwości. Ten uderzająco tolerancyjny stosunek i ewidentnie znacznie większe zainteresowanie ze strony mediów wyróżniały też osobę p. Pawła Kukiza z całego segmentu „antysystemowców”, którzy na podobne fory nie mogli już liczyć.

Jest też sprawą najzupełniej oczywistą, że to właśnie p. Paweł Kukiz, za sprawą głoszonych haseł i zarazem osiągniętego wyniku, stał się właściwie główną postacią tych wyborów, w pewnym sensie większą i istotniejszą nawet od obydwu kandydatów, którzy stanęli do ostatecznej wyborczej rozgrywki. To on właśnie przydał im sporą dawkę barwnego kolorytu, to on w dużym stopniu podkręcił społeczne emocje – a w konsekwencji spowodował wzrost frekwencji wyborczej o co najmniej kilka procent (w I turze). A jest to czynnik, na którym systemowi akurat bardzo zależy – co prawda, ma on wszelkie możliwości i zdolności praktycznego samo wybierania się i reprodukcji, ale ważna jest też propagandowa oprawa, stwarzająca wrażenie istnienia społecznej legitymacji dla wszystkich przekształceń i przetasowań, zachodzących w jego obrębie. Spróbujmy sobie wyobrazić, jak banalna, jak szara i zwyczajnie nudna byłaby ta kampania wyborcza bez włączenia się w nią muzyka-polityka. Nie wydaje mi się, aby żaden z pozostałych „antysystemowców” mógł go w tej roli politycznego showmana zastąpić.

A to jest tylko niejako doraźna korzyść dla systemu – na dalszą metę p. Kukiz i tworzący się wokół niego ruch „społeczno-obywatelski” mogą być mu przydatni w znacznie poważniejszym stopniu. Nie, nie sądzę, żeby wprowadzenie JOW-ów nastąpiło już teraz, w perspektywie najbliższego czasu. Póki co nie jest to jeszcze aż takie konieczne; poza tym praktyczne doświadczenie ich funkcjonowania szybko przecież ukaże ich zalety i obnaży zasadnicze wady. Z punktu widzenia systemu korzystniejszą opcją wydaje się więc być pozostawienie całej kwestii jeszcze przez pewien czas w zawieszeniu, na etapie namiętnych sporów i dyskusji (czy np. wprowadzamy JOW-y w pełnej, czystej postaci, czy tylko w ramach ordynacji tzw. mieszanej?), choćby w celu kreowania i upowszechniania wyobrażenia, że to tylko pewne wady i niedoskonałości ustrojowe III RP, a nie jego postępująca alienacja od Narodu Polskiego i niemal zupełne podporządkowanie zewnętrznym ośrodkom decyzyjnym, są główną przyczyną trapiących nas plag i politycznej i gospodarczej mizerii. A że p. Kukiz już niejednokrotnie wykazał się uderzającą bezkompromisowością, nawet wręcz fanatyzmem w lansowaniu własnego politycznego „credo”, gorąca atmosfera wokół wszelkiej dyskusji odnośnie JOW-ów jest właściwie gwarantowana.

Czy zatem, w świetle powyższego, złożony w przeważającej części z osób młodych elektorat p. Kukiza cechuje się faktycznie niską świadomością polityczną? Gdy zastosujemy tu kryteria obiektywne, biorąc za kryterium oceny ogólny poziom wyrobienia politycznego, wiedzy o stanie państwa i podstawowych zasad i mechanizmów funkcjonowania systemu demoliberalnego, nasuwa się jednoznaczna odpowiedź twierdząca. Gdy podejdziemy jednak do kwestii nieco bardziej subiektywnie, gdy zważymy (co spróbujemy udowodnić poniżej), że ludzie ci byli w praktyce pozbawieni możliwości dokonania jakiegokolwiek innego bardziej racjonalnego wyboru, a zarazem nie widzieli sensu w biernym czekaniu na dalszy rozwój wypadków, wreszcie, że krzyżyk postawiony przy nazwisku p. Kukiza był nie tyle w pełni świadomym, przemyślanym wyborem danej opcji czy oferty politycznej, co po prostu odruchem protestu i sprzeciwu wobec całego politycznego establishmentu, to – niezależnie od wszystkich, także negatywnych, dalekosiężnych konsekwencji ich postawy – wypada tę ocenę nieco złagodzić.

pawel_tanajnoW pewnym sensie cieniem – choć bardzo nikłym – Pawła Kukiza był najmniej znany z całej stawki kandydatów p. Paweł Tanajno – reprezentujący formację o bardzo wdzięcznej nazwie Demokracja Bezpośrednia. Również i on bowiem optował za wprowadzeniem JOW-ów, i to w postaci rygorystycznej, z możliwością odwołania posła w trakcie kadencji przez rozczarowanych jego postawą wyborców. Poza tym ten przedsiębiorca, człowiek wielu talentów i w ogóle topowy przedstawiciel wielkich wygranych, beneficjentów powstania III RP, jest zwolennikiem „bezwzględnie świeckiego państwa” (co zupełnie nie dziwi, zważywszy na jego wcześniejszą przynależność do Ruchu Palikota), jak też przeprowadzenia całego szeregu reform ustrojowo-administracyjnych, mających w ogólnym zarysie przybliżyć władzę do obywatela (i odwrotnie). Niektóre z wysuwanych przezeń postulatów mają przy tym charakter względnie obojętny (np. likwidacja KRRiT), lub nawet potencjalnie pozytywny (obligatoryjność referendów obywatelskich), niektóre jednak ewidentnie niszczycielski dla pozostałości polskiej państwowości (dalsze wzmacnianie samorządów kosztem władzy centralnej). Na tym na razie poprzestaniemy, bo i kandydat wylądował póki co na samym końcu konkurencji. Dodajmy – bez jakiejkolwiek szkody dla polskiej racji stanu.

Pozostali czterej kandydaci „antysystemowi” to: Janusz Korwin-Mikke w osobie własnej oraz trzej inni kandydaci „korwninopodobni”, a więc kolejno: Jacek Wilk, Grzegorz Braun i Marian Kowalski. JKM jest ogólnie znany i powszechnie rozpoznawalny, a więc nie ma chyba sensu przedstawiać tu jego sylwetki ani poglądów – prawie wszyscy wiedzą, co tu „w trawie piszczy”. Jak dla mnie „antysystemowość” JKM skończyła się praktycznie z chwilą wyboru go do PE. Wedle złożonych deklaracji, miał tam demontować UE od środka, ale szybko spasował, podając jako wytłumaczenie i usprawiedliwienie, że nie ma praktycznie z kim tego robić, jako że tylko mała część eurodeputowanych ma dość oleju w głowie. Można przypuszczać, że potencjalny elektorat JKM został w tych wyborach dość mocno uszczuplony przez przebojowego Kukiza, ale osobiście nie wydaje mi się, żeby to miało aż tak negatywne konsekwencje – tym bardziej, że – jak wyszło na jaw tuż przed samymi wyborami – obaj panowie pozostawali w cichej sztamie przez co najmniej kilka miesięcy.

jacek_wilkZ kolei p. mec. Jacek Wilk to reprezentant praktycznie czystej wersji „korwinizmu”, tyle że bez samego Korwina! Nie wiem, co leżało u podstaw decyzji aktualnego kierownictwa KNP o wystawieniu własnego kandydata, konkurencyjnego wobec JKM – czy tylko niedawne zawirowania organizacyjne w tym środowisku i praktyczna konieczność wystawienia przez tę partię własnego kandydata? Być może po cichu – a nawet i całkiem głośno – liczono jednak także na to, że dla elektoratu tzw. wolnościowego ważniejsze są w końcu same pryncypia ideowo-programowe niż osoba ich kreatora i wieloletniego wodza całego ruchu, może i charyzmatycznego, ale z drugiej strony także nadmiernie i nieuleczalnie kontrowersyjnego, ekstrawaganckiego i mocno nieprzewidywalnego. No, i się przeliczono – aż takiego zapotrzebowania na liberalizm gospodarczy na dzień dzisiejszy w Polsce nie ma. Mimo że wystawiony kandydat był naprawdę poważny i solidny – to był z góry skazany na klęskę. I znowu nie widzę tu powodów do narzekań czy utyskiwań nad takim, a nie innym właśnie werdyktem wyborców.

 

Wreszcie pp. Grzegorz Braun i Marian Kowalski to wyraziciele wersji „korwnizmu” ochrzczonego odpowiednio z poglądami monarchistyczno-tradycjonalistycznymi (zwłaszcza z integralnym katolicyzmem) i (przynajmniej nominalnie) polską ideą narodową. Gdy chodzi więc o p. Brauna, to przy całej jego niekwestionowanej inteligencji, całej błyskotliwości i niepospolitej elokwencji, trudno uznać za całkiem poważnego polityka, czy wręcz kandydata na męża stanu człowieka, który bardzo celne i trafne uwagi i analizy odnośnie obecnej polskiej rzeczywistości przeplata co rusz oczywistymi farmazonami w rodzaju słynnego już „kondominium rosyjsko-niemieckiego pod żydowskim zarządem powierniczym” – jako rzekomo obecnie największym zagrożeniem dla Polski. Każdy, kto choćby pobieżnie obserwuje bieżącą politykę światową, a także stosunki wewnętrzne w Polsce, dostrzega, że slogan ten ewidentnie nie przystaje do rzeczywistości. Jest zatem albo zwykłą bzdurą – co bardzo źle świadczy o czysto politycznych talentach i kwalifikacjach p. Brauna, albo przejawem celowej manipulacji, obliczonej na użytek niezorientowanej gawiedzi – co świadczyłoby o czymś jeszcze zdecydowanie gorszym. Na tym skończmy na razie wątek p. Brauna, czekając cierpliwie na dalsze owoce jego politycznego zaangażowania (osobiście nie obiecuję sobie zbyt wiele).

mariankowalskiPozostaje wreszcie kandydat tzw. Ruchu Narodowego, p. Marian Kowalski. Niezależnie od dość powszechnych głosów krytyki, płynących zwłaszcza ze strony środowisk typowo endeckich, wypadł on – oczywiście tylko moim zdaniem – w kilku punktach całkiem na plus. Przede wszystkim dobrze radził sobie w dyskusjach, a właściwie to w podszytych czystym chamstwem i tendencyjnością medialnych przepychankach z różnymi poprawnymi politycznie dziennikarzynami, a sposób w jaki usadził rozpanoszoną red. Tadlę budzi naprawdę uznanie dla jego umiejętności w tym zakresie. Rzucały się w oczy także jego twardość, poświęcenie i bardzo przykładne, odpowiedzialne podejście do powierzonej mu roli. Trzeba mu też zaliczyć na plus, że jako właściwie jedyny podniósł tak mocno kwestię konieczności skończenia z nadmiernym uprzywilejowaniem obcego kapitału, zwłaszcza wielkich sieci handlowych działających w Polsce – co zresztą dobrze koresponduje z jego drogą życiową.

Te małe „plusy” nie zmieniają jednak w niczym faktu, że ten świeżo upieczony działacz „narodowy” (związał się z ONR dopiero gdzieś od 2010 r.), przesiąknięty już wcześniej do głębi miazmatami wspomnianego „korwinizmu”, który wyniósł z kilkunastoletniej działalności w strukturach UPR, a do tego zdeklarowany wielbiciel Piłsudskiego – był po prostu już w punkcie wyjścia ewidentnie nieodpowiednim kandydatem dla większości potencjalnych wyborców RN, gdyby brać tę nazwę całkiem poważnie i dosłownie. Stąd też wziął się m.in. taki a nie inny wynik wyborczy.

Warto jeszcze na koniec dodać, że praktycznie wszystkich wspomnianych kandydatów „antysystemowych” (w pewnym stopniu także Kukiza i Tanajnę) łączy znamienna predylekcja, więcej skłonność do dalszego poszerzania „wolności obywatelskich” i dalszego pomniejszania roli państwa, zwłaszcza w obszarze gospodarki, która i tak jest już przecież bardzo słaba. Jest to myślenie na zasadzie: państwo (polskie) w obecnej postaci jest chore i niewydolne, więc zastosujmy od razu, z miejsca terapię szokową, czyli zredukujmy go do pozycji typowego państwa minimum, dysponującego jakąś cherlawą armią (bo na inną nie będzie go zwyczajnie stać), policją i może jeszcze wymiarem sprawiedliwości – bo już od gospodarki to mu najlepiej całkiem wara. Tym prostym sposobem problem najszybciej się rozwiąże, niezależnie od tego, co stanie się z milionami zwykłych Nowaków i Kowalskich. Takie zaś postulaty są może do jeszcze do strawienia w ustach zdeklarowanego liberała, ale są co najmniej czymś dziwnym i śmiesznym zarazem, gdy pojawiają się np. w środowisku z deklaracji narodowym. Nic więc w tym dziwnego, że ludzie tego nie kupili.

Stąd nie widzę powodów, by aż tak bardzo ubolewać i dołować się rezultatami I tury wyborów prezydenckich AD 2015.

Andrzej Turek

Przeczytaj także: http://piastpolski.pl/wzorcowy-manifest-libertariansko-antykomunistyczny/