Czerwona kartka dla Montiego (i docelowo dla euro?)!

Zgodnie z ostatnimi przedwyborczymi prognozami Włosi podali prawdziwie „czarną polewkę” protegowanemu eurokracji, światowych rynków finansowych i całej „społeczności międzynarodowej”, rzekomo „jedynemu zbawcy Włoch”, prof. Mario Montiemu. Zmasowane naciski psychologiczno-propagandowe i różnego rodzaju „dobre rady” unijnych cerberów dały skutek wprost odwrotny do zamierzonego. Skonstruowana specjalnie pod jego osobę centrowa, „reformatorska” lista wyborcza uzyskała ostatecznie zaledwie 10,5 % poparcia w wyborach, co przełożyło się na 45 miejsc w Izbie Deputowanych – niższej izbie włoskiego parlamentu. Warto zaznaczyć, że nawet najbardziej klęskowe sondaże dawały jej wynik w granicach 15 %.

Z kolei kierowana przez Silvio Berlusconiego centroprawica przysłowiowym rzutem na taśmę uchroniła się przed zepchnięciem jej do roli mocnej, ale wieloletniej i w gruncie rzeczy bezsilnej opozycji. Jej szef, grając va banque, niemal całkowicie zniwelował utrzymującą się niemal do końca kampanii wyborczej co najmniej kilku punktową przewagę centrolewicy. Kierowana przez niego koalicja wyborcza, złożona z macierzystego Ludu Wolności i Ligi Północnej, otrzymała 29,1 % głosów, podczas gdy ta ostatnia, z Partią Demokratyczną w roli głównej, 29,5%. Różnica wydawałoby się nieznaczna, ale rodząca skutki dosyć zdumiewające – dzięki samemu, bardzo nikłemu zwycięstwu centrolewica uzyska aż 340 miejsc w 630-osobowej Izbie Deputowanych, zatem bezwzględną większość, podczas gdy ugrupowanie Berlusconiego zaledwie 124. To efekt specyficznie pomyślanej włoskiej ordynacji wyborczej, która przewiduje specjalną premię dla zwycięzcy, który to mechanizm umożliwia zresztą tworzenie większościowych rządów przez ugrupowanie osiągające największe poparcie wyborcze bez konieczności wchodzenia w rządowe koalicje z innymi podmiotami politycznymi.

Bodaj jeszcze jednak większą sensacją jest 25-procentowy wynik osiągnięty przez tzw. Ruch Pięciu Gwiazd (wcześniej zwany także Ruchem Narodowego Wyzwolenia) pod przywództwem znanego komika i satyryka Beppe Grillo. Przełożył się on na 108 mandatów. Osoba przywódcy tej ostatniej formacji nie kwalifikuje jej bynajmniej jako całkiem niepoważnej – czegoś na podobieństwo niegdysiejszej rodzimej Partii Przyjaciół Piwa. Siłą nośną i paliwem wyborczym dla RPG stała się totalna krytyka całego obecnego, do głębi zdemoralizowanego włoskiego establishmentu politycznego, postulaty rzeczywistej walki z korupcją i wprowadzenia demokracji bezpośredniej, nadto hasła proekologiczne i eurosceptyczne. Jako, zdaje się, jedyne ze startujących w tych wyborach liczących się ugrupowań głosi ono także postulat powrotu do lira. Nic więc dziwnego, że próbowano go od samego początku istnienia zdyskredytować i ośmieszyć, przypisując mu m.in. brak doświadczonej kadry politycznej, „profesjonalizmu i realizmu”, i w ogóle poważnego politycznego programu. Jeszcze w ub. roku, w momencie największej popularności Montiego, ogłaszano triumfalnie jego „pewną” klęskę, i nawet ostatnie sondaże przedwyborcze przyznawały mu oficjalnie góra 15 %. „Pomyliły” się zatem aż o 10 % – widać z tego wyraźnie, że nie tylko u nas są one bezczelnie „ustawiane”.

Sytuacja byłaby nadzwyczaj prosta i klarowna, gdyby podobne reguły gry obowiązywały także i we włoskim Senacie (tu centrolewica uzyskała 31,06 %, a lista Berlusconiego odpowiednio dokładnie 1 % mniej). Ale w tym wypadku żadnej premii dla zwycięzcy się nie stosują, skutkiem czego zwycięska centrolewica nie posiada w nim niezbędnej większości, nawet gdyby zawarła koalicję z Montim (do parlamentu weszły tylko cztery w/w ugrupowania). W tej sytuacji trudno określić jej zwycięstwo inaczej jak tylko typowo pyrrusowym. Doszło zatem do klasycznego politycznego pata, ale jakiś rząd Włochy tak czy owak muszą otrzymać. W zaistniałej sytuacji tego karkołomnego zadania musi się w sposób oczywisty podjąć przywódca Partii Demokratycznej i w ogóle całej centrolewicy Bersani. Będzie to jednak niezwykle ciężka misja. Po pierwsze, z powodu poważnych rozbieżności ideowo-programowych w jego własnym obozie – skupia on pospołu skrajnych lewaków z postkomunistycznym rodowodem i różne grupy centrum, w tym także i „chadecję”.

Przede wszystkim jednak, by przepchnąć jakąkolwiek ustawę przez Senat musi się on dogadać albo z Berlusconim, albo z Grillo, co będzie niesłychanie trudnym wyzwaniem: o ile mogą przejść np. choćby jakiekolwiek projekty antykorupcyjne, to nie ma najmniejszej mowy o uzyskaniu ich akceptacji dla dalszej polityki cięć budżetowych czy też podwyżek podatków. Nie bez powodu włoska prasa opatrzyła zaistniałą sytuację następująco: „Bersani nie wygrał, a Berlusconi nie przegrał”, zaś sekretarz generalny Ludu Wolności Angelino Alfano wyraził swoje pełne „usatysfakcjonowanie” z rezultatów wyborów, oświadczając z nieskrywanym zadowoleniem i pewnością siebie: „W tej sytuacji nic we Włoszech nie będzie mogło się odbyć z pominięciem nas”. To prawda – Berlusconi ani jego gwardia nie bierze wprawdzie bezpośrednio władzy, ale usadawia się w bardzo wygodnej pozycji jej kontrolerów, zyskując zarazem wszelkie możliwości przeprowadzenia politycznego kontrataku w wybranym przez siebie dogodnym momencie. W tej sytuacji kolejne, przedterminowe wybory wydają się być tylko kwestią czasu. Co bardziej dosadni włoscy komentarzy polityczni mówią wprost, że krajem nie da się już sprawnie rządzić i że znalazł się on w prawdziwym ślepym zaułku.

Jeszcze bardziej smutliwe i alarmujące w tonie są oficjalne komentarze unijnych luminarzy, którzy, jakkolwiek pełni niepokoju, w czarnych snach chyba nie zakładali, że pogrążona po uszy w skandalach finansowych i obyczajowych (nie tylko w samym bunga bunga) partia Berlusconiego odrobi w ciągu niespełna roku prawie całość z 50-procentowej straty, dzielącej ją do centrolewicy. Raczej zakładali, że będą to już ostatnie pokrzykiwania i podrygi oczywistego już – wydawałoby się – leciwego, politycznego emeryta. O Grillo zaś prawie do końca chyba nikt poważnie nie myślał.

Nic też dziwnego, że w euroentuzjastycznych (zwłaszcza zaś wychodzących w Niemczech) mediach padają teraz określenia: szok, niedowierzanie, itp. wyrażenia, znamionujące wielkie rozgoryczenie i frustrację eurokracji. Oceniły one nad wyraz zgodnie wyniki włoskich wyborów jako „zwycięstwo populizmu i wyraz ucieczki Włochów przed rzeczywistością”. Zarzuciły też im, że zrzucają z siebie całą odpowiedzialność za zaistniały kryzys, obwiniając zań tylko „wrogów spoza granic kraju” (w domyśle: głównie Niemcy). Ortodoksyjnie liberalny, monachijski „Suddeutsche Zeitung” potrafił nawet napisać, iż: „We Włoszech znów rządzą populiści, wrzask i kłamstwo”. Według oficjalnych komentarzy Monti poległ nie tyle z powodu świadomego zanegowania jego „naprawczej” polityki przez italskie społeczeństwo, ale głównie z powodu „słabej” kampanii wyborczej i „braku odwagi powiedzenia Włochom całej prawdy”. „Bystrym” dziennikarzom chyba jednak jakoś umknęło, że tą „słabą” kampanię zafundowała wysoko notowanemu p. profesorowi właśnie głównie taż eurokracja.

Trochę bardziej powściągliwe zareagował przewodzący Parlamentowi Europejskiemu p. Martin Schulz. Bez ogródek przyznał, że włoskie wybory przybrały, podobnie jak niedawne greckie, formę protestu przeciwko polityce cięć socjalnych. Ich wynik określił jako: „trudny dla całej Europy”. Mimo to zapewnił, iż szanuje decyzje włoskich wyborców (a jakie miał inne wyjście!), i zaapelował w imieniu władz UE do wszystkich uczestników włoskiej sceny politycznej o motywowany poczuciem odpowiedzialności dialog, który pozwoli utworzyć stabilny rząd w czwartej gospodarce UE (a trzeciej Eurolandu) i „jednym z filarów” strefy euro. Jest to jednak oczekiwanie chyba tylko z katalogu „pobożnych życzeń”.

Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że wynik włoskich wyborów i ich konsekwencje, które do końca trudno jeszcze przewidzieć, odbiją się bardzo silnie na przyszłości wspólnej unijne waluty. W tym kontekście znamienny jest fakt stosunkowo słabego zainteresowania tą kwestią rodzimych mediów, zwłaszcza internetowych. Media prorządowe nabrały wody w usta z bardzo oczywistego powodu – my tu właśnie przyjmujemy „dobroczynny” pakt fiskalny, a tacy Włosi zaczynają akurat powątpiewać, czy to euro jest im w ogóle dalej potrzebne i przynoszące korzyści. Trzeba zatem trochę czasu na wymyślenie zręcznych sofizmatów, służących wytłumaczeniu tej nieco kuriozalnej sytuacji. Media „niepodległościowe” nie dostrzegają zagadnienia, bo są od długiego już czasu jednostronnie wychylone na wschód i nabity nagan eks-czekisty Putina przysłania im cały horyzont. Co najbardziej dziwne, milczą także zasadniczo portale świeżo kreowanego „Ruchu Narodowego” różnych odcieni. W tym ostatnim przypadku przyczyna wydaje się nader oczywista: rzuca się w oczy, że na odcinku zagranicznym skupiają się one głównie na eksponowaniu działalności niemal wyłącznie ruchów typowo nacjonalistycznych (czasem w cudzysłowiu), choćby dotyczyło to nawet dosyć odległych i w sumie mało obchodzących Polskę krain. Ten przypadek nie mieści się w tymże utartym kanonie, więc się go pomija, mimo całej jego doniosłości.

A zdawkowe, zamieszczane w głębokim zaciszu doniesień o „d…Marynie”, komentarze na największych, kompleksowych portalach opiniotwórczych? To sprawa prosta – przecież na dzisiaj to są już wyłącznie tylko typowe media polskojęzyczne, a nie prawdziwie polskie. Przecież taki Onet.pl to na chwilę obecną własność Axel Springer AG (także właściciela „Newsweek Polska”, brukowego „Faktu” i na dodatek „Przeglądu Sportowego”), Interia.pl to zaś własność innego niemieckiego posiadacza – Grupy Bauer Media Polska. I nawet taka Wirtualna Polska gra zasadniczo na taką nutę, jak tego chce France Telecom…

Andrzej Turek