Czego można się spodziewać po Donaldzie Trumpie?

Rezultat rozstrzygniętych kilka dni temu wyborów prezydenckich w USA wywołał – co zresztą zupełnie zrozumiałe – niespotykany wprost dotąd w przypadku właściwie wszystkich poprzednich elekcji głowy tego światowego supermocarstwa rezonans propagandowy – nie tylko na naszym krajowym podwórku, ale i w skali całego świata – oraz bardzo ożywioną dyskusję, co faktycznie oznacza i jakie skutki może pociągnąć za sobą ten wybór, co to faktycznie zmienia w amerykańskiej polityce, tak wewnętrznej, jak i zwłaszcza zewnętrznej – globalnej.

Przyznam się od razu, że nie czuję się zbyt mocno w temacie, dlatego rozsądniej będzie odwołać się tu do opinii osób bardziej biegłych i lepiej, swobodniej poruszających się w podniesionym zagadnieniu. I tak w trakcie lektury licznych artykułów roztrząsających je, nieraz na części drobne, moją szczególną uwagę przykuł tekst autorstwa p. red. Jana Engelgarda pod jakże znamiennym tytułem „Trumporealizm”, który można z ręką na sercu uznać za kwintesencję dziennikarskiej (publicystycznej) odpowiedzialności, godnej pochwały powściągliwości, realizmu i w ogóle zdrowego rozsądku. Pozwolę sobie zatem przytoczyć poniżej jego obszerne fragmenty:

„Po wygranej Donalda Trumpa w środowiskach liberalnych i globalistycznych zapanowała nie tylko żałoba, ale i przerażenie. To jest oczywiście zrozumiałe. Bardziej ciekawe są reakcje tych, którzy się ucieszyli z wyboru Trumpa.

Można ich podzielić na trzy kategorie – pierwszą grupę stanowią ci, którzy udają, że się cieszą. W Polsce jest to przede wszystkim Prawo i Sprawiedliwość. Partia, której kierownictwo do końca grało na Hillary Clinton jako na <<mniejsze zło>>. <<Większym złem>> był Trump, bo od początku zapowiadał rewizję szaleńczej polityki wobec Rosji, a to w PiS-ie uznawane jest za herezję. Clinton, choć wredna ideologicznie, była jednak dla PiS bardziej strawna jeśli chodzi o <<twardą>> politykę wobec Putina, który – jak wiadomo – jest w tym ugrupowaniu traktowany nie tylko jako wróg Polski i jej niepodległego bytu, ale także jako wróg całej ludzkości. Stosunek do Rosji jest dla PiS jedynym kryterium oceny zjawisk i osób.

Dlatego Hillary Clinton, mająca wyraźną obsesję na punkcie Rosji (motywowaną w dużej mierze jej lewackimi poglądami) – była dla PiS bardziej pożądana niż Trump. To jest oczywiste i nie zmienią tego obecne obłudne deklaracje czołówki tego ugrupowania. (…)

Tak więc pisowcy robią dobrą minę do złej gry, pocieszając się, że Trump szybko zweryfikuje swoje zapowiedzi, albo zostanie do tego zmuszony. A jeśli nie, to co?

 Druga kategoria cieszących się ze zwycięstwa Trumpa to ci, którzy uważają, że oto dokonała się konserwatywna rewolucja, że lewacki Zachód wydobył się z bagna i teraz będzie już tylko lepiej. Oczywiście są to oczekiwania na wyrost – Trump wygrał o włos, nadal ma przeciwko sobie potężne siły, mające ogromne środki i wpływy. Sam Trump mówił o tych siłach w jednym ze swoich ostatnich przemówień przed wyborami. Ludzie ci nie rozpłynęli się w nicość, będą czekać na swoją okazję do rewanżu – czy za cztery lata czy wcześniej – oto jest pytanie. (…)

Wreszcie trzecia grupa, to zwolennicy Trumpa, ale wybrzydzający. A to, że miał trzy żony, a to, że popiera Izrael (tak jakby w USA można było inaczej), a to, że być może jego wygrana to trick establishmentu, którego jest reprezentantem, a to, że niczego nie zmieni itp. (…)

Trump na pewno nie jest politykiem, który spełniałby wszystkie kryteria wybrednych maksymalistów, takich polityków zwyczajnie nie ma, a jeśli są, mogą liczyć na 1 procent głosów. A w tym przypadku alternatywą dla Trumpa była Hillary Clinton i to co za nią stało – czyli partia wojny światowej. Oczywiste jest także to, że Trump nie jest samotnym jeźdźcem, któremu udało się wygrać przy pomocy narodowego zrywu cały amerykański establishment. Tak nie było – jestem przekonany, że za Trumpem stoi ta część tego establishmentu, która widziała od dawna, że polityka amerykańska staje się groźna nie tylko dla świata, ale i dla samej Ameryki. Widoczna była dyskretna, a w niektórych sytuacjach i ostentacyjna pomoc dla Trumpa ze strony ludzi służb specjalnych, w tym FBI i byłych pracowników CIA. Skutecznie przyczynili się oni do zrujnowania wizerunku Hillary Clinton. (…)

 Zwycięstwo Trumpa ma przede wszystkim jedno zasadnicze znaczenie – jest szansą na przerwanie procesu wiodącego wprost ku światowemu konfliktowi zbrojnemu o trudnych do przewidzenia konsekwencjach. Polska mogła stać się główną ofiarą tego konfliktu, o czym zaczadzeni polscy politycy zdawali się nie wiedzieć, albo udawali, że (nie) wiedzą. I choćby z tego powodu musimy się cieszyć ze zwycięstwa Donalda Trumpa…”. Polecam gorąco wszystkim lekturę tekstu p. Engelgarda w całości:

http://www.mysl-polska.pl/1070

Reakcjami jawnych i zagorzałych rodzimych demoliberałów i otwartych szermierzy globalizmu nie warto się nawet bliżej zajmować, a tym bardziej przejmować – szkoda na to zwyczajnie miejsca i czasu.

Warto natomiast choćby w największym skrócie koniecznie wspomnieć o ogólnoświatowych reakcjach na wybór Trumpa, częstokroć bardzo ciekawych i wiele objaśniających. I tak z reakcji przedstawicieli władz Federacji Rosyjskiej i tamtejszych mediów przebija ostrożny optymizm, a nawet zadowolenie, jakkolwiek opinie są w tym wypadku dość mocno zróżnicowane i wcale nie tak do końca jednoznaczne, jak to rysują polskojęzyczne media głównego nurtu. W tym miejscu nie zaszkodzi raz jeszcze podkreślić, że lansowane od dawna przez te media opinie, jakoby Trump był zdeklarowanym rusofilem, a nawet w pewnym sensie agentem wpływu Moskwy, albo że Rosja miała przemożny wpływ na amerykański proces wyborczy, można spokojnie między bajki włożyć. Trudno odgadnąć, w jakim stopniu było to pokłosiem klasycznego zaklinania rzeczywiści, w jakim antyrosyjskiej propagandy adresowanej na odcinek wewnętrzny (popatrzcie jak ta Rosja pcha się wszędzie z ze swoimi brudnymi buciorami, nawet do amerykańskich wyborów!), a w jakim – co wydaje się już mniej prawdopodobne, ale przecież całkiem nie wykluczone – próbą pośredniego wpłynięcia na wybór licznej amerykańskiej Polonii.

Tak czy inaczej Rosjanie liczą, że wprowadzenie się do Białego Domu  nowego amerykańskiego prezydenta stworzy realną szansę poprawy, a właściwie to normalizacji wzajemnych stosunków i przyczyni się do rozładowania obecnego napięcia na arenie międzynarodowej, które wzrosło w ostatnim czasie do niebezpiecznych granic. Moskwa zdaje sobie przy tym doskonale sprawę, że wszelkie próby i działania zmierzające w kierunku poprawy stosunków amerykańsko-rosyjskich  będą oznaczały „wejście na trudną drogę” i że wiele z idących dokładnie w przeciwną stronę tzw. faktów dokonanych z kilku ostatnich lat będzie – w nawet najbardziej optymistycznym scenariuszu – bardzo trudnych do zneutralizowania i odwrócenia. Niemniej liczy przede wszystkim po prostu na czysty pragmatyzm Trumpa, który nie będąc spętany takimi ideologicznymi okowami i sztywnym doktrynerstwem jak Clinton, nie będzie widział potrzeby dalszego kontynuowania „demokratycznych” krucjat względem Rosji i w ogóle wadzenia się z nią przynajmniej na tle ideologicznym – a to już samo w sobie wiele znaczy; zwłaszcza, że widzi on wyraźnie głównego wroga w Chinach, poza tym, chcąc wdrożyć cokolwiek w życie ze swojego wyborczego programu, będzie musiał liczyć się ze swoją społeczną bazą, ta zaś jest ewidentnie niechętna kontynuowaniu wojennych awantur wszędzie i przeciwko wszystkim.

Kreml oczekuje od Trumpa w pierwszym rzędzie zbliżenia stanowisk obu supermocarstw ws. Syrii, oczywiście idącego w kierunku forsowanym przez niego samego, tj. całkowitego stłumienia inspirowanej i wspieranej przez czynniki zewnętrzne islamistycznej rebelii i definitywnego pozostawienia przy władzy Assada, na co są całkiem realne widoki, a nawet wręcz padły już z ust tegoż pierwsze, wielce obiecujące deklaracje. Z drugiej strony zachowuje jednak daleko posuniętą rezerwę i ostrożność, zdając sobie doskonale sprawę, że Trump nie tylko sam jest pozbawiony doświadczenia politycznego, ale i nie posiada w sensie ścisłym własnego zaplecza politycznego, ale będzie uzależniony na każdym kroku od poparcia republikanów. Tu zaś wpływy neokonserwatystów pozostają nadal stosunkowo mocne, a trzeba pamiętać, że liczni, a wielce wpływowi przedstawiciele tegoż środowiska bez najmniejszej żenady wystąpili przeciwko niemu wraz z demokratami, wbrew tradycyjnym podziałom partyjnym, tworząc nieformalną „partię wojny”. W tej sytuacji kluczowe znaczenie, również dla kierunku i oblicza polityki zagranicznej nowej administracji, będzie miał dobór najbliższych współpracowników nowego prezydenta USA – który uczyni wytworzoną sytuację dużo bardziej jasną i klarowną.

Zacznie bardziej powściągliwie zareagowały na wybór Trumpa chińskie czynniki miarodajne. W tym wypadku nie było – co również zrozumiałe – żadnych objawów zadowolenia, nie było jednak również i rozdzierania szat. Wybór Trumpa nie zmienia bowiem aż tak wiele w amerykańskiej polityce względem Państwa Środka w kontekście zaszłej już daleko ewolucji polityki administracji Obamy w tym zakresie, jakkolwiek deklaruje on jeszcze większe – polityczne, a zwłaszcza militarne – zaangażowanie USA w Azji, a na dodatek zapowiada wprowadzenie bardzo wysokich, w istocie zaporowych cen na całość amerykańskiego importu z Chin. Z drugiej jednak strony Chińczycy mogą być – i w istocie są – doraźnie zadowoleni z deklaracji Trumpa wycofania się z TPP, czyli z transpacyficznego układu o wolnym handlu (a dokładniej z tzw. Partnerstwa Transpacyficznego), jako że postrzegają wszelkie tego rodzaju inicjatywy (także TTIP) jako próby organizacji nowego porządku globalnego handlu z pominięciem ich samych i tym samym  izolowania ich na arenie światowej gospodarki.

Najbardziej krytycznie, a nawet wprost alergicznie zareagowali na wybór Trumpa włodarze UE z Brukseli i Berlina, traktujący najwyraźniej do samego końca taką opcję w kategoriach „czarnego snu”. Osławiony dyżurny strażnik demoliberalnej „ortodoksji” M. Schulz raczył np. zauważyć, że: „system polityczny w USA jest na tyle silny, żeby wytrzymać Donalda Trumpa i go powstrzymywać (co notabene doskonale koresponduje z wnioskami red. Engelgarda). Ale oczywistym jest, że stosunki transatlantyckie będą utrudnione”. Inni pomniejsi eurokraci zaczęli z miejsca płakać nad „erozją demokracji”, a zarazem żalić się, że „Europa” (tzn. UE) zostanie najpewniej pozostawiona przez USA samą sobie i wzywać w związku z tym do przyspieszenia budowy wspólnej „europejskiej” armii.

Wszelako znacznie bardziej znamiennie i ważkie wydaje się to, że wynik wybór prezydenckich w USA wywołał wielkie zaniepokojenie i niezadowolenie również w Berlinie, i to nie tylko w otoczeniu samej A. Merkel, ale także w ścisłym kierownictwie wchodzących w skład tzw. wielkiej koalicji socjaldemokratów. Wprawdzie sama p. kanclerz grzecznie pogratulowała Trumpowi zwycięstwa (bo jakie niby miała inne wyjście), ale już znacznie mniej grzecznie określiła, a w pewnym sensie podyktowała mu warunki dalszej współpracy: „Niemcy i Ameryka są razem przywiązane do takich wartości jak demokracja, wolność, szacunek dla rządów prawa, poszanowanie godności człowieka niezależnie od jego pochodzenia, koloru skóry, religii, płci, orientacji seksualnej czy politycznych poglądów. (…)W oparciu o te wartości oferuję bliską współpracę przyszłemu prezydentowi Stanów Zjednoczonych Donaldowi Trumpowi”.

Jednak już koalicyjni socjaldemokraci nie krępowali ostrego języka, i tak m.in. sam szef SPD, a zarazem wicekanclerz i minister gospodarki w rządzie Merkel, S. Gabriel określił rezultat wyborów w USA  „wielkim ostrzeżeniem” nie tylko dla Niemiec, ale i „Europy” (tzn. UE), zaś samego Trumpa nazwał bez najmniejszej krępacji „pionierem nowego autorytarnego i szowinistycznego ruchu międzynarodowego” – wypowiedź krańcowo nieparlamentarna. Inny prominentny działacz SPD, aktualny minister sprawiedliwości, H. Mass pozwolił sobie na jeszcze bardziej „kosmiczną: wypowiedź: „Świat nie pójdzie na dno, będzie tylko jeszcze bardziej szalony”! Nawet znany z powściągliwości i ostrożności minister spraw zagranicznych F. W. Steinmeier pozwolił sobie – co prawda już nieporównanie bardziej dyplomatycznie – oświadczyć, że „kampania wyborcza w USA zadała stosunkom międzynarodowym głębokie rany, które będą się długo goiły”.

Warto zwrócić uwagę na powyższe wypowiedzi w kontekście chociażby dość popularnych opinii, jakoby Niemcy w swym obecnym kształcie tylko wyczekiwały momentu, gdy Amerykanie wyniosą się całkiem (również wojskowo) z kontynentu, a one same staną się przez to europejskim hegemonem w pełnym tego słowa znaczeniu, no może dzieląc się wpływami na wschodzie z Rosją. Rzeczywistość wydaje się być jednak dużo bardziej złożoną i skomplikowaną i w pewnym uproszczeniu sprowadza się do prawidła, że przykładnie demoliberalne USA są sojusznikiem, a zarazem protektorem  i stabilizatorem ortodoksyjnie demoliberalnej UE; wszelkie zaś naruszanie tego kardynalnego pryncypium stwarza groźbę załamania  się tej całej globalistycznej konstrukcji. Polityka najsilniejszych nawet krajów członkowskich UE, włącznie z Niemcami, jest tak mocno uwarunkowana i skrępowana „przykazaniami” „prawoczłowieczej” ideologii, że wyklucza to w praktyce swobodną realizację interesu narodowego i państwowego. Można sobie np. spróbować wyobrazić, z jakim to wstrętem i obrzydzeniem wspomniana SPD (uchodząca powszechnie za partię prorosyjską) musi się w rzeczywistości odnosić do tejże, ewoluującej coraz bardziej w kierunku konserwatywno-zachowawczym Rosji, gdy przeszkadza jej nawet „populizm”,  „autorytaryzm” i „szowinizm” Trumpa. Oczywiście jest jeszcze Alternatywa dla Niemiec (AfD), ale na jej rychłe dojście do władzy raczej się nie zanosi.

Zresztą gdyby nawet punkt ciężkości polityki np. niemieckiej istotnie przesuwał się coraz bardziej w tym kierunku, to i tak w Berlinie zdają sobie doskonale sprawę, że ewentualne wyjście Amerykanów to nie tylko szansa, ale i wielkie zagrożenie dla stabilności całego systemu. Muszą bowiem stawiać sobie pytanie, czy mają sami dostateczne siły i środki, żeby utrzymać całą budowlę w należytych ryzach i karności, i to w dobie postępującego kryzysu i erozji całego projektu unijnego.

Inna sprawa, że rządy pozostałych krajów unijnych zareagowały na wytworzoną sytuację już o wiele bardziej powściągliwie. Można się też zastanawiać, na ile przywołane rozdzieranie szat jest tylko naturalnym odruchem i odbiciem autentycznych nastrojów w Brukseli i Berlinie, a na ile elementem zmasowanej propagandowej kampanii politycznej (realizowanej także na innych polach) po obydwu stronach oceanu, mającej za cel maksymalne osłabienie politycznej pozycji D. Trumpa i skrępowanie jego ruchów już na samym starcie jego prezydentury.

Andrzej Turek