Ceremonialna wizyta

Już dzisiaj widać jak na dłoni, że otoczona tak wielkim szumem medialnym wizyta prezydenta Federacji Rosyjskiej Dmitrija Miedwiediewa w Polsce miała charakter głównie ceremonialny. Jednak wcale nie z tego powodu, iż jest on tylko numerem dwa w rosyjskiej hierarchii władzy, a nawet tylko posłańcem Putina, jak to rozgłaszali na wszystkie strony niektórzy czołowi politycy PiS oraz reprezentanci sympatyzujących z tym ugrupowaniem różnych środowisk i mediów. Tego rodzaju wypowiedzi są zresztą dowodem zupełnego braku taktu, a nawet wręcz swego rodzaju afrontem, zapewne zamierzonym, tak wobec samego rosyjskiego przywódcy, jak i państwa, na czele którego Dmitrij Miedwiediew stoi. Nawet gdyby w tych odkrywczych spostrzeżeniach było coś na rzeczy, to dobry obyczaj i takt dyplomatyczny nakazuje zostawić je dla siebie, a nie afiszować się z nimi na wszystkie strony świata. Zwłaszcza że w tym konkretnym przypadku zagłębianie się w charakter relacji pomiędzy obydwoma rosyjskimi przywódcami wydaje się być sprawą mało istotną.

Nie ulega bowiem najmniejszej wątpliwości, że Dmitrij Miedwiediew przyleciał do Warszawy jako w pełni reprezentatywny wyraziciel aktualnej linii polityki rosyjskiej wobec Polski, i szerzej całej UE, i że działał w ścisłym porozumieniu z rosyjskim premierem. A że nie przyjechał do Warszawy sam Putin, to nie powinno raczej chyba wspomniane koła specjalnie martwić. Wszak demonizują one jego osobę od dawna. Być może jednak nie smak im była wizyta jakiegokolwiek rosyjskiego polityka, a może po prostu woleliby przyjazd samego Putina, bo wtenczas mieliby okazję do wzniecenia wielkiej zadymy.

Duża ranga i znaczenie wizyty Miedwiediewa w Polsce zawierała się głównie w fakcie, że była to pierwsza oficjalna wizyta głowy rosyjskiego państwa od bardzo długiego, jak na sąsiadujące ze sobą kraje, czasu – ściślej od 8 lat. Poprzednio po raz ostatni gościł w Polsce w styczniu 2002 r. Władimir Putin. Wprawdzie był on potem w Polsce jeszcze 3 lata później, w styczniu 2005 r., ale był to tylko krotki nieoficjalny pobyt związany z obchodami rocznicy wyzwolenia obozu koncentracyjnego Oświęcim-Brzezinka przez Armię Czerwoną. Zaś kwietniowy przyjazd Miedwiediewa na pogrzeb Lecha Kaczyńskiego był tylko kilkugodzinnym epizodem, nie mającym przy tym, w kontekście dalszego rozwoju sytuacji wokół katastrofy smoleńskiej, większego przełożenia na wzajemne stosunki.

Z tej perspektywy patrząc, można zatem powiedzieć, że wizyta Miedwiediewa miała być przede wszystkim potwierdzeniem tego, że stosunki pomiędzy Polską i Rosją wracają do normalności. O żadnym przełomie nie można jednak absolutnie mówić, zresztą chyba nikt trzeźwo myślący się go nie spodziewał.

Zaś o to, by ograniczyła się ona zasadniczo przede wszystkim do wymiany ceremonialnych gestów i ciaglych zapewnień o potrzebie dialogu i przełamywaniu wzajemnych uprzedzeń, zadbali głównie politycy rządzącej partii, a szczególnie sam premier Tusk.

Dmitrij Miedwiediew przybył do Warszawy nie tylko z deklaracjami kontynuowania dialogu w płaszczyźnie historycznej, a zwłaszcza z zapewnieniami o dobrej woli Moskwy dalszym wyjaśnianiu i właściwym, że tak powiem, zaklasyfikowaniu zbrodni katyńskiej, podpartymi wcześniejszą uchwałą rosyjskiej Dumy Państwowej uznającą mord dokonany na polskich oficerach za zbrodnię stalinowską. I nie tylko z deklaracjami, trudno powiedzieć na ile szczerymi i wiążącymi, przyspieszenia i poprawienia jakości śledztwa w sprawie katastrofy smoleńskiej po stronie rosyjskiej i większej otwartości na polskie postulaty w tym zakresie.

Przyjechał też z jasno skonkretyzowanymi propozycjami rozwoju polsko-rosyjskiej współpracy gospodarczej. Tyle że te propozycje zawisły od razu w próżni. Mianowicie tuż przed przylotem Dmitrija Miedwiediewa do Warszawy odbyło się w dniu 4 grudnia spotkanie premiera Donalda Tuska z premierami państw bałtyckich. Jego efektem było publiczne zadeklarowanie solidarności energetycznej Polski, Litwy, Łotwy i Estonii oraz deklaracja chęci wspólnej eksploatacji powstającej nowej elektrowni atomowej w Visaginas na Litwie. Stanowiło to dostatecznie jasny sygnał dla Kremla, że Polska odrzuca w zasadzie definitywnie możliwość współudziału w mającej powstać w niedługim czasie rosyjskiej elektrowni atomowej w obwodzie kaliningradzkim. Pośrednio dano też w ten sposób do zrozumienia Rosjanom, że nie mogą realnie liczyć ani na kupno rafinerii w Możejkach, ani tym bardziej Lotosu. Nie jest zaś żadną tajemnicą, że mają oni wielką chrapkę i na jedno i na drugie przedsiębiorstwo.

O ile jednak kwestia ewentualnej sprzedaży Lotosu, prawdziwej perły wśród pozostających jeszcze w rękach Skarbu Państwa nielicznych liczących się polskich przedsiębiorstw, nie może podlegać żadnej dyskusji – byłby to krok ocierający się wprost o zdradę stanu, niezależnie od tego, kim byłby kupiec, o tyle sprawa Możejek jest dużo bardziej skomplikowana i złożona. Ta inwestycja była bowiem od samego początku w istocie chybiona, a sama litewska rafineria, odkupiona od bankrutującego Jukosu, jest mocno deficytowa i ciągnie cały czas PKN Orlen w dół. Nie dość, że Rosjanie wstrzymali dostawy swojej ropy, to jeszcze sami Litwini, zamiast ułatwiać, jeszcze bardziej utrudniają Orlenowi działalność. Większość przesłanek wskazuje na to, że wcześniej czy później trzeba będzie się jej pozbyć, i zapewne odsprzedać ją właśnie Rosjanom, gdyż dysponują oni pełnymi możliwościami zneutralizowania i odstraszenia prostymi, wyłącznie gospodarczymi metodami każdego potencjalnego konkurenta.

Nasuwa się więc pytanie  czy nie należało uczynić tego właśnie teraz, dążąc do wytargowania możliwie korzystnej ceny, i najlepiej w ramach jakiejś transakcji wiązanej, np. w zamian za ułatwienia w dostępie polskiej żywności i produktów rolno-spożywczych na rosyjski rynek, bo, zdaje się, tylko taki interes możemy przy obecnym stanie naszej gospodarki z Rosjanami zrobić. Jednakowoż perspektywa zrobienia w miarę korzystnego dla polskiej gospodarki interesu z Rosjanami to dla naszego rodzimego establishmentu rzecz bardzo przykra – tego nie wolno praktycznie robić już od ponad 20 lat. Także i w tym przypadku wymogi strategicznego partnerstwa w lilipucim sąsiadem, który w dodatku traktuje nas wysoce przedmiotowo, stoją daleko wyżej  ponad względami natury ściśle gospodarczej. Do tego dochodzi obawa szefów PO o straty natury prestiżowej i nieustający nacisk potężnych kół rusofobicznych.

W tym stanie rzeczy wizyta Dmitrija Miedwiediewa nie przyniosła, i żadną miarą przynieść nie mogła, jakichkolwiek wymiernych rezultatów w zakresie ożywienia wzajemnej współpracy gospodarczej, zwłaszcza idącej w kierunku zmniejszenia naszego wielkiego deficytu w wymianie handlowej z Rosją. Podpisano, co prawda, kilkadziesiąt umów gospodarczych, jednak prawie wyłącznie o znaczeniu drugorzędnym. Nie mogło być zresztą żadną miarą inaczej, skoro dokładnie w czasie pobytu Miedwiediewa w Polsce Donald Tusk „był zmuszony’ udać się na ważne konsultacje międzyrządowe o wszystkim i niczym do Berlina. A przecież to premier decyduje tak naprawdę w rodzimym systemie politycznym o gospodarce, i on także powinien znaleźć choćby chwilę czasu dla rosyjskiego gościa, tym bardziej że Komorowski jest dopiero prezydentem na dorobku. Tusk jednak najwidoczniej rozmawiać z Miedwiediewem o konkretnych kwestiach gospodarczych nie chciał, i stąd ta swoista zabawa w chowanego poprzez ucieczkę do najbardziej swojskiego Berlina. A już dzisiaj sam prezydent Komorowski leci do USA, by jakoś zrównoważyć wspólne całusy z Miedwiediewem. I gdzie masz tu ową „putinizację” Polski, o której tak gromko krzyczą różnego rodzaju nawiedzeni „niepodległościowcy”. To jest w istocie tylko propagandowy produkt różnego rodzaju paranoików względnie cynicznych manipulatorów.

Andrzej Turek