Budzenie Polski, ale do czego?

Z uczuciami niesmaku i nie dającej się powstrzymać irytacji zapoznałem się z treścią wywiadu z J. Kaczyńskim pt. „System Tuska gnije”, opublikowanym przez „ND” 5 października br. Przyczyną tych przykrych odczuć są wynurzające się co rusz z wypowiedzi p. prezesa tania demagogia i gruboskórna, płaska hipokryzja. Osnowę wywiadu, przeprowadzonego przez red. Macieja Walaszczyka, stanowią niedawny marsz „Obudź się, Polsko” i wymyślona przez PiS propozycja zmontowania rządu pozaparlamentarnego (technicznego) – wszystko na tle miażdżącej krytyki rządu D. Tuska, przeprowadzonej przez jego leadera.

Co prawda, krytyka ta, przynajmniej na pierwszy rzut oka, jak najbardziej trafnie i prawdziwie oddaje dzisiejszą polską rzeczywistość. J. Kaczyński nie przesadza więc ani na jotę, gdy stwierdza: „Zasadniczo jest to diagnoza rządów, które nie potrafią ani rozwiązywać żadnych problemów, ani podejmować wielkich wyzwań. Począwszy od problemów rynku pracy, przez służbę zdrowia, mieszkalnictwo, rolnictwo, opiekę społeczną i szeroko rozumiane problemy społeczne. Te rządy nie radzą sobie z zarządzaniem instytucjami państwa, które znalazły się w kryzysie. Chodzi m.in. o aparat państwowy, wymaiła sprawiedliwości. Narasta biurokracja, która ciągle się zwiększa. Narasta stan strukturalnej patologii: ten system opiera się o klientelizm, mnożą się afery. W ramach mechanizmów demokratycznych, pominąwszy oczywiście wojny domowe i sytuacje silnie kryzysowe, to trudno wyobrazi sobie gorszy rząd”. Jednak samo zdiagnozowanie i opisanie, nawet najbardziej ścisłe i precyzyjne, symptomów toczącej Polskę choroby zdecydowanie nie wystarcza – chcąc podjąć konkretne i skuteczne, a nie tylko pozorowane jej leczenie, trzeba sięgnąć dużo głębiej i publicznie okryć jej rzeczywiste źródła.

Ograniczanie się do personaliów, zwalanie całej winy za zaistniały stan rzeczy wyłącznie na Tuska, Komorowskiego i ich polityczne otoczenie, doszukiwanie się głównych jego przyczyn w ich bezideowości, niekompetencji, czy też moralnej nicości jest nazbyt uproszczonym, jednostronnym, by nie powiedzieć, fałszywym oglądem obecnego stanu III RP. Stan ten jest bowiem w pierwszym rzędzie przede wszystkim smutnym „owocem” realizowanego konsekwentnie od długich lat stopniowego ograniczania i likwidowania polskiej suwerenności, która doprowadziła do scedowania zdecydowanej większości prerogatyw państwa Brukseli i uwiązała nas tak ciasno na unijnej smyczy; jest on „owocem” polityki, do której także i sam p. prezes przyłożył wybitnie swoją rękę (zdecydowane poparcie akcesji do UE, dopomożenie w ratyfikacji traktatu lizbońskiego).

Skrupulatne ukrywanie tego, że na chwilę obecną praktycznie wszystkie kluczowe decyzje dotyczące Polski zapadają poza nią, w zewnętrznych ośrodkach dyspozycji i wpływu, jest wielką nieuczciwością i świadomym wprowadzaniem w błąd opinii publicznej, utrzymywaniem jej w szkodliwych i niebezpiecznych złudzeniach. W tym kontekście nawet sam tytuł rzeczonego wywiadu ma wyraźnie mylący, a w pewnym sensie wręcz manipulacyjny wydźwięk: Tusk nie jest wcale realnym kreatorem najważniejszych procesów politycznych i gospodarczych, zachodzących obecnie w Polsce; tym bardziej nie jest samodzielnym twórcą własnego, że tak powiem, autorskiego systemu politycznego, jeśli już, to co najwyżej twórcą pewnego układu osobistych i grupowych korzyści – a jedynie po prostu zwykłym zarządcą pewnego fragmentu całego eurokołchozu.

Do kategorii zwykłych bajek dla dzieci trzeba zaliczyć np. twierdzenie Kaczyńskiego, iż Komisja Europejska chciałaby rzekomo obdarzyć polskich rolników dopłatami rolnymi równymi lub zbliżonymi wielkością do tych udzielanym ich kolegom po fachu z krajów „starej” Unii, tylko rząd Tuska, a ściślej tubylczy minister rolnictwa stawia temu zaciekłą kontrę. Jako tako zorientowani w temacie wiedzą doskonale, że sprawy mają się całkiem inaczej (zresztą można by w tym miejscu zapytać go, co konkretnie zrobił w tej kwestii jako urzędujący premier). Podobnie zresztą należy ocenić inny jego postulat: „(…)Natychmiast należy zatrzymać marnowanie środków europejskich…”. Nikt nie przeczy, że środki te mogą i są zapewne w znacznej mierze marnowane, zużywane często na rzeczy drugorzędne i mało istotne. Dużo większym problemem jest jednak chyba to, że ich strumień coraz bardziej usycha, że pieniądze, które Bruksela obecnie łaskawie nam udziela, mają się zupełnie nijak do szumnych obietnic krajowych i zagranicznych euroentuzjastów sprzed kilku lat.

Jednym słowem z wynurzeń p. prezesa można pośrednio wyciągnąć oczywisty wniosek, że samo członkostwo w UE, i to na lokajsko-kolonialnych warunkach, nie jest bynajmniej dla Polski największym problemem i zarazem zagrożeniem; że głównym źródłem jej obecnej fatalnej kondycji nie jest wcale taki a nie inny kształt unijnej polityki względem naszego kraju, lecz przede wszystkim osobiste wady i przywary szefów obecnej ekipy rządzącej, a raczej zarządzającej III RP. Mimowolnie przypomina się tu człowiekowi stare, słynne hasło: „socjalizm tak, wypaczenia nie”. Tą metodę stosowano zresztą twórczo i z sukcesem także już w czasach „wolnej” Polski. Mam do dzisiaj w pamięci, jak pod koniec smutnej pamięci rządów AWS, gdy ich tragiczne rezultaty dawały się boleśnie odczuć przeciętnemu Kowalskiemu, szefujący SLD Leszek Miller zwracał się do Krzaklewskiego i jego pretorian z typowo propagandowymi apelami mniej więcej takiej oto treści: „Uznajcie swoją niekompetencję i odejdźcie”. I jedna, i druga strona tego czysto propagandowego, odgrywanego pod typową publiczkę sporu z doskonale wiedziała, że ten iście żałosny bilans rządów „prawicy” jest nieuchronnym rezultatem wdrażania w życie narzucanych względnie inicjowanych przez Brukselę reform dostosowawczych do UE. A jednak z całą powagą i namaszczeniem odrywano ten teatralny spektakl, byle odwieść uwagę społeczeństwa od istoty rzeczy, od sedna problemu Minęło niespełna cztery lata i tenże sam Leszek Miller żegnał się z fotelem premiera w łudząco podobnym klimacie. Teraz Kaczyński zdaje się powtarzać ten prosty manewr raz jeszcze…

Również i zaproponowana przezeń metoda uzdrawiania Polski z wyliczonych wyżej patologii jest co najmniej kontrowersyjna, tak z czysto politycznego, jak i z moralnego punktu widzenia. Formuła ponadpartyjnego rządu na obecną chwilę nie byłaby może sama w sobie aż tak zła. Przejdźmy jednak do konkretów. Jest sprawą najzupełniej oczywistą, że realne zaistnienie takiego rządu wymaga m.in. koniecznie uzyskania akceptacji ze strony SLD (choć na dobrą sprawę i to nie wystarcza – konieczne jest dodatkowo skaptowanie przynajmniej kilkunastu posłów PO, co wydaje się na chwilę obecną zupełnie nieosiągalne). Ta okoliczność musi w sposób zasadniczy rzutować na dobór kandydata na tegoż „technicznego” premiera, na jego sylwetkę oraz ideowe oblicze. Choć postkomuniści dysponują kilkakrotnie mniejszą reprezentacją parlamentarną niż PiS, to ten ostatni musi dostosować się w tym miejscu do ich oczekiwań, a nie odwrotnie. W rezultacie pojawia się kandydatura prof. Piotra Glińskiego, który otrzymuje taką oto rekomendację od Kaczyńskiego : „To jest na pewno kandydat pozapartyjny, który był kiedyś związany z Unią Wolności, w każdym razie z jej list kandydował w wyborach 2001 r. Ten życiorys poszerza spektrum możliwego poparcia, jakie może uzyskać w Sejmie. Sądzę, że prof. Gliński formułuje tezy, które dzisiaj, przynajmniej oficjalnie, popiera także SLD. Mówię tutaj o pewnej diagnozie rzeczywistości”.

Cóż, szkoda, iż p. prezes nie podaje ściślejszych informacji odnośnie politycznej drogi p. Glińskiego po 2001 r., a zwłaszcza, czy rozszedł się on potem (bo słowo kiedyś wyraźnie to sugeruje) z UW na skutek ewolucji poglądów, czy też wyłącznie z tego prozaicznego powodu, że w krótkim czasie ta stricte demoliberalna formacja trafiła na polityczny margines, tracąc realne polityczne wpływy. W każdym bądź razie bardzo zastanawiająca i znamienna jest ta jego szczególna predylekcja dla ludzi kręcących się swego czasu w bliskiej orbicie UD/UW. Można tu wymienić chociażby wysoko przez pewien czas notowaną w PiS-ie p. Jakubiak. Także i inna b. „faworyta” p. prezesa, p. Kluzik-Rostkowska pasuje jak ulał swoim obliczem ideologiczno- światopoglądowym do tej właśnie opcji. Jeśli mnie pamięć nie myli, to już 1992 r. Jarosław Kaczyński chciał ratować rząd Olszewskiego przed upadkiem, proponując poszerzenie koalicji rządowej właśnie o Unię Demokratyczną. Najwyraźniej korowski epizod w jego politycznym życiorysie nie przeszedł całkowicie bez echa, pozostawił trwałe ślady w jego umyśle…..

Inną, rzucającą się w oczy zagrywką p. prezesa jest dwukrotne porównanie rządu Tuska z rządem wspomnianego L. Millera, zdecydowanie na korzyść tego drugiego. W kontekście anonsowanej przezeń zręcznie gry politycznej ta ocena jest skądinąd jak najbardziej na miejscu i na czasie. Nie tylko dlatego, że zawiera w sobie poniekąd nieco prawdy, ale przede wszystkim dlatego, że tą grę w dużej mierze usprawiedliwia i uzasadnia. P. prezes, nie chwali, co prawda, bezpośrednio, rządów Millera i spółki, ale zdaje się w każdym bądź razie wyraźnie je rozgrzeszać, a przynajmniej daje w tym miejscu wyraźny przekaz „toruńskiemu” elektoratowi, że było one, bez dwóch zdań, osławionym „mniejszym złem” dla Polski. A przecież ta fundamentalna zasada rządzi politycznymi wyborami tegoż elektoratu w istocie już od dawna.

W tym kontekście opisywane ruchy Kaczyńskiego niepodobna traktować inaczej, jak tylko typową – trzeba mu to przyznać, zręczną – „podgatowkę” pod ewentualną przyszłą nieformalną koalicję z SLD, skrytą właśnie pod formułą rządu technicznego. Ma on pełną świadomość – tak jak wszyscy interesujący się choć trochę polityką w Polsce – że ta kombinacja jest tak naprawdę jedyną realną szansą na powrót PiS do władzy. Oczywiście, na chwilę obecną na utworzenie rządu „technicznego” nie ma tak naprawdę żadnych szans, jednakże sam prof. Gliński rozpoczął już ponoć twarde urzędowanie jako szef swoistego „gabinetu cieni”. Można to wytłumaczyć tylko koniecznością odpowiedniego przygotowania psychologicznego i socjotechnicznego twardego elektoratu PiS do takiego właśnie rozdania za dwa lata. P. Gliński będzie więc powoli, spokojnie, metodycznie pogłębiał swoją wiedzę o rządzeniu, sposobił się do premierostwa; p. prezes będzie go cały czas dokładnie dyskretnie instruował w tym przedmiocie, demonstrując jednocześnie oficjalnie daleko posunięty dystans do jego osoby; zaś toruńskie media będą powoli, krok po kroku, sposobić swoich wiernych odbiorców do posłusznego zaakceptowania kolejnego politycznego „mniejszego zła”. Bo sprawą najważniejszą jest tu przecież, żeby ktoś nadmiernie dociekliwy nie zapytał przypadkiem głośno i dosadnie Jarosława Kaczyńskiego, dlaczego tak naprawdę przed czasem rozwalał na siłę, nie przebierając w środkach, własny gabinet, dlaczego z taką zawziętością unicestwiał koalicyjne „przystawki” na prawicy, dlaczego tak usilnie parł do przedterminowych wyborów, wprost wpychając tym samym Tuskowi władzę w ręce: czy po to właśnie, żeby teraz wespół z SLD ratować Polskę od tego samego Tuska?

Andrzej Turek