BRICS – fantastyczna piątka

Światowa gospodarka i geopolityka znalazły się na historycznym rozdrożu w związku z faktem, że jeszcze w ciągu obecnej dekady grupa BRIC (Brazylia, Rosja, Indie i Chiny) prześcignie Stany Zjednoczone pod względem całkowitego PKB. Taki wniosek został zawarty w analitycznym sprawozdaniu Jima O’Neilla, szefa rady dyrektorów „Goldman Sachs Asset Management”, zawartym w jego nowej książce, zatytułowanej „Mapa wzrostu”, która ukazała się drukiem z okazji 10. rocznicy wynalezienia przezeń określenia BRIC – Brazylia, Rosja, Indie, Chiny – dla nazwania tej grupy szybko rozwijających się krajów. W lutym 2011 roku, po przystąpieniu do grupy BRIC Republiki Południowej Afryki (South Africa), skrót ten uzyskał nowy kształt – BRICS. Według tego eksperta, „wysokie tempo rozwoju grupy BRIC przekracza wszelkie oczekiwania” i kraje te powinny być postrzegane jako zapewniające wzrost gospodarczy na świecie. Przed rokiem 2030 Rosja zdoła wyprzedzić pod względem wielkości produktu krajowego brutto Francję, Wielką Brytanię oraz Niemcy. Rosja nie potrzebuje przy tym imponującego tempa wzrostu, wystarczy, że po prostu będzie unikała kryzysów gospodarczych – twierdzi O’Neill. Zdaniem analityka, rozbudowa własnego potencjału przez Rosję może spowodować po jakimś czasie, że aktualna stanie się kwestia jej przystąpienia do Unii Europejskiej. (według polish.ruvr.ru, 20.11.2011 i 28.11.2011).

Z ostatniej chwili: „31.12.2011, Nowy Jork (Media/PAP) – W piątkowym (30.12) tekście zatytułowanym „Fantastyczna czwórka globalnej gospodarki” (magazyn) „Forbes” pisze, że bez krajów BRICS (Brazylia, Rosja, Indie, Chiny) światowy wzrost gospodarczy spadłby poniżej 4 proc. (…) BRICS to „najzdrowsze gospodarki świata. Bez nich globalny wzrost nie utrzymałby się na takim poziomie, na jakim jest dzisiaj” – pisze amerykański dwutygodnik. (…) „W najbardziej optymistycznym scenariuszu prognozowałem, że (BRICS) mogą wzrosnąć z poziomu, w którym stanowiły (wspólnie) 8 proc. globalnego PKB do 14 proc. obecnie”. W rzeczywistości ich udział w światowym PKB „jest teraz bliższy 20 proc.” – przyznał (Jim) O’Neill.” (źródło: http://polonia.pap.net.pl/2011/12/20111231062027.html).

Jim O’Neill z „Goldman Sachs” patrzy na rozwój BRICS.

Taki rozwój sytuacji już od dawna nie jest tajemnicą i powoduje nerwowe reakcje dotychczasowego światowego hegemona, czyli Stanów Zjednoczonych. „Kryzys finansowy spowodował, że przejęcie światowego przywództwa przez inne państwo lub grupę państw to jedynie kwestia czasu.” – pisał już w czerwcu ubiegłego roku na portalu finansowym „Gazety Bankowej” Piotr Gołdanowski – „Coraz większa grupa ekspertów skłania się dziś ku temu, iż podstawowym czynnikiem, który ukształtuje podziały w przyszłym porządku światowym, nie będzie, jak wcześniej przewidywano, organizacja społeczeństwa ani przynależność cywilizacyjna, lecz model gospodarczo-państwowy zaproponowany przez potęgę gospodarczą, której uda się zdetronizować obecnego lidera – Stany Zjednoczone. Dziś wszystko wskazuje na to, że będą to Chiny ze swym modelem, będącym połączeniem kapitalizmu z silną władzą autorytarną. Według najnowszych prognoz Międzynarodowego Funduszu Walutowego, Chiny staną się największą gospodarką świata już w 2016 r. Eksperci przewidują, że PKB ChRL zwiększy się w latach 2011–2016 odpowiednio z 11,2 do 19 bln dol. W tym samym okresie PKB Stanów Zjednoczonych wzrośnie z 15,2 do 18,8 bln dol.” (gb.pl, 05.06.2011). Pogląd ten podzielają również, jak donosi „Głos Rosji”, wojskowe władze amerykańskie.

„BRICS” zagrożeniem dla USA?

Kraje członkowskie grupy BRICS stanowią wyzwanie dla bezpieczeństwa narodowego Stanów Zjednoczonych. Brazylia, Rosja, Indie i Chiny znalazły się na jednej liście zagrożeń obok terroryzmu, ataków cybernetycznych, programów jądrowych Iranu i Korei Północnej. Podając tę listę, nowy szef Pentagonu Leon Panetta stwierdził, że w ciągu najbliższego dziesięciolecia „obowiązkiem Waszyngtonu będzie zapewnienie obrony naszemu globowi przed ewentualnymi próbami ze strony tych krajów podważenia stabilności na świecie”.

Najciekawsze jest to, że w amerykańskim planie rozwoju, zatwierdzonym w 2010 roku, Rosji i Chin nie traktowano w charakterze źródła zagrożenia. Jednak w końcu sierpnia 2011 r. Pentagon ostrzegł Kongres w swym raporcie , że Chiny już za 9 lat zdołają zrównać się ze Stanami Zjednoczonymi pod względem wyposażenia swej armii. W amerykańskim resorcie obrony panuje przekonanie, że skala inwestycji Chin w krajowy przemysł zbrojeniowy „pozwoli mu na uzyskanie możliwości militarnych stwarzających zagrożenie dla równowagi wojskowej w regionie”. Co się zaś tyczy Rosji, to Pentagon nie musiał specjalnie zagłębiać się w szczegółach, gdyż jest to jedyny kraj na świecie, dysponujący strategicznym potencjałem nuklearnym dającym się porównać pod względem potęgi do amerykańskiego.

Dodajmy, że jeśli ufać najnowszym rankingom zastrzyków finansowych w przemysł zbrojeniowy, to pierwsze miejsce na świecie nadal stabilnie utrzymują Stany Zjednoczone. Wydatki Pentagonu w minionym roku wynosiły 40 procent sumarycznych nakładów na te cele wszystkich pozostałych krajów razem wziętych. Rosja zajmuje drugą pozycję, dalej idą Chiny. Jednak dla inwestowania środków w nowe zbrojenia, trzeba te środki skądś wziąć. Dlatego zaniepokojenie amerykańskich analityków spowodowane zostało przez wzrost nie tylko potencjału militarnego, lecz również gospodarczego krajów członkowskich grupy BRIC – od niedawna też nazywanej BRICS, gdyż dołączyła do niej Afryka Południowa. Przecież jeszcze w szczytowym okresie światowego kryzysu finansowego eksperci zaczęli mówić o burzliwym rozwoju gospodarek w państwach członkowskich nowego bloku.

Najnowszy raport i wypowiedzi szefa Pentagonu można byłoby potraktować jako kolejne wystąpienie waszyngtońskiej „frakcji jastrzębi”. Tym bardziej, że już od kilku lat dyplomacja Ameryki i Rosji obraca się wokół modnego słówka „resetowanie”, ale w swych stosunkach kraje zaczęły stopniowo rezygnować z rutynowej niegdyś retoryki z czasów „zimnej wojny”. Niestety, Panetta nie jest osamotniony w swych przekonaniach. Nieco wcześniej sekretarz stanu USA, Hilaria Clinton, złożyła oświadczenie, z którego niedwuznacznie wynika, że Waszyngton nie zrezygnował bynajmniej ze swej idei amerykańskiej hegemonii nad światem. Według Hilarii Clinton, Stany Zjednoczone są liderem we wszystkim, Ameryka prowadzi za sobą resztę świata. „Właśnie na skutek takiego stanowiska Waszyngton ciągle upatruje zagrożenie tam, gdzie go nie ma” – podkreślił w wywiadzie dla radia „Głos Rosji” dyrektor Centrum Badań Społeczno-Politycznych Władimir Jewsiejew: „Bardzo smutne jest to, że Stany Zjednoczone Ameryki nadal traktują stabilność jako świat wielobiegunowy, w którym one dominują. Jeśli będą zajmować takie właśnie stanowisko, to ciągle będą one miały jakieś urojone zagrożenia NATO, jak na przykład ze strony Indii. Mamy do czynienia z olbrzymim mnóstwem zagrożeń, z którymi trzeba sobie radzić, należy to robić razem”.

„Obecnie politycy w Waszyngtonie koniecznie muszą spojrzeć w twarz rzeczywistości: świat wkroczył w nową epokę, którą już nazwano „poamerykańską” – podkreśla szef Centrum Badań Wschodnich Akademii Dyplomatycznej MSW Federacji Rosyjskiej, Andriej Wołodin: „W tym świecie Stany Zjednoczone będą odgrywać znacznie skromniejszą rolę, niż dotychczas. Dla Amerykanów nie jest to sprawa życia i śmierci, jednak problem jest nader istotny. Tracą oni bowiem wyjątkowe prawo do ustalania własnych reguł gry w dziedzinie finansowej oraz wojskowo-politycznej. Już nie tylko Rosja, lecz również niektóre kraje Europy znajdują się w coraz mniejszym stopniu pod kontrolą Stanów Zjednoczonych”.

Jest oczywiste, że publiczne wypowiedzi amerykańskich polityków różnej rangi należy obecnie widzieć poprzez pryzmat zbliżających się wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych. Aktualny prezydent Barack Obama ma wielu przeciwników. Rywale nie lekceważą żadnej sposobności dla zaprezentowania własnego programu. Za czasów imperium brytyjskiego zdobywcy nowych kolonii działali pod hasłem „Misja cywilizacyjna białego człowieka”. Nieco później wychodźcy z Wielkiej Brytanii pogłębili i rozszerzyli tę koncepcję w Stanach Zjednoczonych, nadając jej miano „demokratyzacji”. Okazało się jednak, że cywilizacji na świecie jest wiele i jeśli tylko im nie przeszkadzać, to potrafią świetnie się nawzajem uzupełniać.

Komentarz

Jak się wydaje, sylwestrowa konstatacja Jima O’Neilla na temat rosnącej w szybkim tempie potęgi państw BRICS nie była wcale zaskoczeniem dla ekspertów, lecz raczej dla tych szerokich kręgów społecznych na Zachodzie, które przekonane były od dawien dawna o wyższości Zachodu nad Wschodem i nie dopuszczały do siebie myśli, że poziom produkcji i konsumpcji w naczyniach połączonych tworzących światową gospodarkę musi się kiedyś zacząć wyrównywać. Można nawet przypuszczać, że państwa Zachodu, ze Stanami Zjednoczonymi na czele, nie zaatakowały ostatnio rosyjskiego systemu politycznego ze względu na jego niedemokratyczność, albo szkodliwość dla mieszkańców Rosji, lecz raczej z tego powodu, że władze Federacji Rosyjskiej suwerennie kontrolują swoją gospodarkę i swoje bogactwa naturalne, a przede wszystkim są siłą napędową organizacji BRICS, która grupuje „czarne konie” światowej ekonomii, będące w stanie zdetronizować gospodarcze potęgi soc-liberalnego Zachodu, i to już w bieżącej dekadzie. Drugim powodem jest zapewne budowa Unii Euroazjatyckiej, która osiągnęła z początkiem 2012 roku postać Wspólnej Przestrzeni Gospodarczej, a za kilka lat stanie się Euroazjatycką Unią Gospodarczą, po czym, być może, już jako Unia Euroazjatycka połączy się z Unią Europejską (jeśli ta przetrwa), czyli de facto ją wchłonie. Obserwujemy więc proces zmierzający z jednej strony do złamania hegemonii USA (i ich najbliższego sojusznika – Anglii), czyli do stworzenia nowego międzynarodowego ładu, a z drugiej strony do opóźnienia tego za wszelką cenę. Co z tego wyniknie – zobaczymy. Wprawdzie Henryk de Turenne, marszałek Ludwika XIV mawiał, że „Bóg jest zawsze po stronie silniejszych batalionów”, co dawałoby szansę Ameryce, ale z kolei Gian Giacomo Trivulzio, marszałek Ludwika XII twierdził stanowczo, że „do prowadzenia wojny potrzebne są trzy rzeczy: pieniądze, pieniądze i jeszcze raz pieniądze”. A te, niestety, mają dzisiaj tylko państwa BRICS.

Grzegorz Grabowski

Zob. także:

BRICS – 5 potęg – artykuł Tomasza Skowronka (29.10.2011):

http://www.geopolityka.org/index.php/analizy/1133-brics-5-poteg