Brexit – i co dalej?

z20294811Q,Leave-eu---pod-taim-haslem-imprezowali-zwolennicy-Już w czasie poprzedzającym bezpośrednio referendum ws. ewentualnego wyjścia Wielkiej Brytanii z UE polskojęzyczne media demoliberalne wszelakich odcieni poczęły zgodnie malować konsekwencje ewentualnego jego rozstrzygnięcia na „TAK” w kategoriach wszelakich możliwych nieszczęść – nieszczęść dla samych zainteresowanych, dla całej Europy (utożsamianej, ma się rozumieć, uparcie z eurokołchozem), i w końcu także i dla Polski. Oczywiście żaden ze światłych autorytetów, ekspertów, komentatorów itd. nie chciał dać wiary i wręcz nie dopuszczał do siebie myśli, że Brytyjczycy jednak poważą się na wyjście z „Europy”, niemniej należało porządnie postraszyć skołowaną opinię publiczną chociażby w ramach profilaktyki. Gdy ten, trudny do wyobrażenia i jeszcze trudniejszy do zaakceptowania, werdykt stał się jednakowoż faktem, zapanował z miejsca powszechny nastrój konsternacji, zdziwienia, niepokoju, a miejscami wprost nawet trwogi, jak byśmy mieli rzeczywiście do czynienia z wielką katastrofą dziejową. Od razu zaczęto szukać winnych Brexitu zarówno na zewnątrz (tu główną winną stała się, rzecz prosta, A. Merkel i dyktowana przez nią polityka), jak i szczególnie na wewnątrz (tu głównym winnym ogłoszono oczywiście Camerona z jego nieodpowiedzialnością, małodusznością, brakiem przezorności etc.), nie wchodząc jednak zbytnio w głębszą analizę jego przyczyn, a przypisując taki, a nie inny rezultat głównie nieco dziwacznym, nienowoczesnym upodobaniom i predylekcjom starszego angielskiego pokolenia – no i oczywiście wyjątkowo nieszczęśliwemu zbiegowi różnych niekorzystnych uwarunkowań. Posunięto się przy tym nawet wręcz do sugerowania, że duża część głosujących za Brexitem tak naprawdę wcale go nie chciała i nie dalej chce, że zagłosowała ona w ten sposób po prostu tylko na złość eurokratom, a nawet ze zwykłej przekory. Próbowano też wskazywać skwapliwie, iż w toku kampanii referendalnej główni organizatorzy i przywódcy kampanii na rzecz Brexitu bez najmniejszych skrupułów szafowali na prawo i lewo ordynarną, prymitywną, lecz zarazem chwytliwą demagogią, mając zresztą w tym zakresie do pomocy brukową prasę choćby spod znaku Murdocha – i, wyrażając się kolokwialnie, wpuścili takim to prostym, a nikczemnym sposobem brytyjskie społeczeństwo w maliny. Wyszło więc –  popadając tu w małą dygresję – niezbicie na to, że ta sama sztuka demagogii, w przypadku, gdy tylko pomaga poszerzać, pogłębiać i utrwalać eurokołchoz („Jak nie Unia, to Białoruś”; „Bez Unii sobie nie poradzimy” itp. – mamy to jeszcze w uszach) jest nie tylko dopuszczalna, ale wręcz niezbędna, konieczna w praktycznym wykorzystaniu, jest moralnie i politycznie uzasadniona; w przeciwnym zaś wypadku – staje się automatycznie obrzydliwa, szkodliwa, niecna i w konsekwencji – przynajmniej teoretycznie – niedopuszczalna.

Jak by nie było, obywatele Zjednoczonego Królestwa w swej większości najwidoczniej nie dorośli do „demokracji” (mimo, że to właśnie chroniczny deficyt jej w UE był jednym z głównych argumentów i nośnych haseł zwolenników Brexitu), i tak naprawdę zrobili sami sobie wielką krzywdę – tak to mniej więcej właśnie starano przedstawiać kwestię przeciętnemu Polakowi. Retoryka ta wzmogła się jeszcze, gdy w samej Wielkiej Brytanii zapanowały na pewien czas jakby swego rodzaju polityczna niepewność i wahanie, gdy główni leaderzy opcji probrexitowej nabrali jakby wody w usta i pochowali się w cień – gdy np. taki Boris Johnson szybko zrezygnował z ubiegania się po schedę po ustępującym Cameronie, zaś Nigel Farage wręcz z szefostwa swojej partii (UKIP). Istotnie, patrząc na to wszystko z oddali, a będąc pozbawionym bliższej znajomości reguł funkcjonowania światka brytyjskiej polityki, można było odnieść takie wrażenie. Zaś najbardziej zagorzałym, wprost dogmatycznym rodzimym wyznawcom i wielbicielom UE tylko w to graj: widzicie, „rozlali mleko” i najwyraźniej nie wiedzą, co z tym dalej robić – ironizowali, pocieszając nie wiadomo kogo bardziej –  tumanioną regularnie publikę, czy też samych siebie.

Brexit – co dalej z Wielką Brytanią?

Po paru tygodniach pobitewny kurz opadł jednak na dobre i w szybkim tempie zaczęła się wyłaniać z niego nowa rzeczywistość – zarówno brytyjska, jak i unijna. W tym miejscu skupmy się tej pierwszej. David Cameron złożył po paru tygodniach oficjalnie dymisję ze stanowiska premiera Zjednoczonego Królestwa, a jego miejsce zajęła p. Theresa May, prominentna i otrzaskana działaczka Partii Konserwatywnej, m.in. b. minister spraw wewnętrznych (a także  minister ds. równości i kobiet), która opowiadała się dotąd, co prawda, przeciw wychodzeniu z UE, lecz bardziej z motywów lojalności względem premiera i zarazem szefa macierzystej partii, a nie ze względów natury zasadniczej. Z perspektywy dnia dzisiejszego ruchy te jawią się już jako nadzwyczaj logiczne i racjonalne. Wymiana szefa brytyjskiego rządu wymagała tyle czasu nie dlatego, że nikt nie chciał podjąć się następstwa po Cameronie, że wśród brytyjskiej klasy politycznej nastąpiła powszechna ucieczka od odpowiedzialności za dalsze losy kraju – tylko dlatego, że w wytworzonej nowej, nader skomplikowanej rzeczywistości nie można było absolutnie przeprowadzać tej operacji na „łapu capu”. Tego rodzaju  działanie było zresztą z góry wykluczone jasno sprecyzowanymi regułami sposobu wyłaniania przywództwa stronnictwa. Elity tego stronnictwa musiały zatem bardzo wnikliwie pochylić się nad zaistniałą sytuacją i postawić na osobę możliwie najbardziej predysponowaną do poprowadzenia negocjacji z Brukselą i z unijnymi hegemonami odnośnie warunków wyjścia kraju z UE pod kątem sprawnej i skutecznej realizacji brytyjskich interesów państwowych, jak też i zdolną do przeprowadzenia wewnętrznej konsolidacji samej partii, rozdartej przecież – jak by nie patrzeć – głębokim podziałem na zwolenników dwóch przeciwstawnych opcji. I wydaje się, że p. May – umiarkowana zwolenniczka dalszego członkowstwa Wielkie Brytanii w UE i do tego jeszcze kobieta (nie zapominajmy, że przyjdzie jej negocjować z dwoma innymi kobietami – nie tylko z Angelą Merkel, ale także, w trochę innym, niemniej również ważnym wymiarze, z premier Szkocji, p. N. Sturgeon), a przy tym osoba mająca ponoć w zwyczaju liczyć skrupulatnie każdy wydawany, tracony grosz, jest w tym kontekście trafnym wyborem, zaś niejako dla pewnej równowagi w fotelu ministra spraw zagranicznych w jej gabinecie zasiądzie p. Johnson. Można z tego w pewnym sensie wnosić, iż Brytyjczycy uwzględniają i są gotowi na wszystkie opcje procesu rozwodowego – od najbardziej koncyliacyjnej po mocno konfrontacyjną. Cóż, można im tylko pozazdrościć jakości klasy politycznej i stopnia jej odpowiedzialności za państwo.

Że do owych negocjacji dojdzie, że nie ma np. mowy o żadnym drugim referendum – rzecz to już całkowicie pewna. Ile czasu one zajmą, jaki będzie ich końcowy wynik, kiedy i czy w ogóle Wielka Brytania wystąpi definitywnie z UE – nie ma większego sensu dziś o tym gdybać. Jedno co rzuca się w oczy, to fakt, że brytyjskiemu, a ściślej angielskiemu establishmentowi nie spieszno do oficjalnego ich rozpoczynania, do składania  formalnego wniosku o wystąpienie z UE, gdy przeciwnie Berlin i Bruksela co i rusz ponaglają, by stało się to jak najszybciej. I wcale nie trudno zrozumieć motywy i przesłanki stojące u podstawy tych nalegań i nacisków – w obliczu postępującej w szybkim tempie erozji całej UE zawiadujące nią czynniki mają oczywiste powody, by rozpocząć i przeprowadzić całą operację rozstania możliwie jak najszybciej, gdyż przedłużanie się okresu i stanu niepewności i niestabilności, w którym to Wielka Brytania jest jeszcze jedną nogą w eurokołchozie, a drugą już jakby poza nim, i jeszcze do tego radzi sobie i prosperuje zupełnie dobrze, może tylko ośmielać i zachęcać do działania innych dysydentów i kontestatorów, a jest ich potencjalnie wielu. Mówiąc konkretniej, jeśli się, w taki czy inny sposób, szybko i dotkliwie nie „ukarze” niepoprawnych i niewdzięcznych uciekinierów, będzie to w oczywisty sposób bardzo  negatywnie wpływać na spoistość UE, bo stanie się szybko widocznym i najzupełniej oczywistym, że nie tylko nic złego ich nie spotkało, ale wręcz mają się jeszcze lepiej. A ponieważ taki praktyczny przykład jest najbardziej zaraźliwy, wkrótce może przyjść do negocjowania warunków rozstania się już nie z jednym krajem członkowskim, ale z kilkoma naraz – a od tego gmach unijny może się ostatecznie zawalić.

Wszelako tandem niemiecko-francuski i eurokracja nie dysponują tak naprawdę żadnymi skutecznymi  narzędziami – tak od strony formalno-prawnej, jak i praktycznej – by na drugiej stronie taką decyzję, takie przyspieszenie, wymusić. Nowy rząd brytyjski odpowiada więc na to, że potrzebuje więcej czasu, gdyż np. wpierw musi przeprowadzić konsultacje, czy też nawet rokowania z autonomicznymi rządami i parlamentami Szkocji i Irlandii Północnej – tych części składowych państwa brytyjskiego, które akurat głosowały wyraźnie za pozostaniem w UE i nadal taką chęć deklarują. I jest to argument jak najbardziej rzeczywisty, a nie tylko wydumany, zważywszy, że angielskie elity uczynią wszystko, co tylko leży w ich mocy, ażeby wyjście z UE nie pociągnęło czasem ze sobą rozpadu Zjednoczonego Królestwa. Wyzwanie to nadzwyczaj trudne, niemniej wydaje się wykonalne. Poza tym, cały kraj potrzebuje czasu na ogólne ostudzenie roznamiętnionych głów swoich obywateli (tym bardziej, że przewaga zwolenników Brexitu nie była w końcu taka wielka – 52 % do 48 %) i możliwie najbardziej elastyczne, przy jak najmniejszych kosztach własnych, przejście do nowego porządku i swej nowej roli w Europie i w świecie. Czas nie gra tu większej roli, a rząd p. May bynajmniej nie musi się spieszyć. Może być zresztą i tak, że zanim dojdzie do formalno-prawnego zamknięcia biurokratycznych procedur ws. wyjścia z UE,  może się ona już definitywnie rozpaść – a więc cały problem rozwiąże się niejako samoistnie.

W międzyczasie zaś, ale już bez żadnego ociągania, Brytyjczycy negocjują i „dopinają” nowe, znacznie dla siebie korzystniejsze, warunki handlu i współpracy gospodarczej ze swoimi byłymi koloniami (np. Indie) i dominiami (np. Australia), by już w ten sposób wzmocnieni i pewni na czym stoją, siąść potem do stołu oficjalnych rokowań z eurokratami. Nawiasem mówiąc, warto tu podnieść, że właśnie ten czynnik, tj. mocno negatywny wpływ unijnych barier biurokratycznych w obszarze współpracy i wymiany gospodarczej z krajami pozaeuropejskimi, na których wyrosła przecież kiedyś potęga brytyjska i które były zawsze fundamentem jej gospodarki, stał już od dłuższego czasu – obok postępującej może powoli, ale nieuchronnie pod wpływem centralistycznej presji Brukseli erozji wielowiekowych tradycji brytyjskiego konstytucjonalizmu – u samych podstaw coraz to bardziej narastającego, a tłumionego sztucznie całymi latami angielskiego eurosceptycyzmu. Wraz z zaznaczającym się coraz bardziej zachwianiem dotychczasowego porządku globalnego i szybkim przesuwaniem się gospodarczego centrum świata w kierunku Azji, nabrał on jednak teraz jeszcze większego znaczenia. W tym stanie rzeczy Brexit oznacza w praktyce dla Wielkiej Brytanii niejako nowe otwarcie się na takie giganty gospodarcze, jak Chiny, czy choćby Indie. Dzięki niemu londyńskie City będzie teraz, już bez żadnej ingerencji i „wpychania kija w szprychy” przez Brukselę, negocjować warunki gry ze wspomnianymi potentatami, ale także z wieloma innymi wschodzącymi rynkami pozaeuropejskimi, co było dotąd ogromnie utrudnione przez uciskający gorset unijny.

Z kwestii bardziej prozaicznych można by tu jeszcze dodać, że brytyjski funt, wbrew powszechnym propagandowym alarmom i katastroficznym przepowiedniom, zniósł Brexit całkiem dobrze, pomijając przejściowe, stosunkowo niewielkie zresztą załamanie się jego kursu, a w City of Londyn nie widać żadnych śladów paniki ani też jakichkolwiek znaczących zmian. Pomijając drobne, marginalne w gruncie rzeczy przetasowania, żaden poważniejszy jego mieszkaniec czy udziałowiec nie szykuje się bynajmniej do wyjazdu. To drugie pod względem wielkości i znaczenia centrum finansowe świata pozostanie zatem dalej tym samym, czym dotąd było, a wielce prawdopodobne, że w nowej roli tylko jeszcze zyska na wadze i znaczeniu. O ile się zresztą nie mylę, w związku ze specyficznym statusem, jakim City cieszy się w ramach brytyjskiej Korony, w ogóle nie przynależało ono formalnie do UE. A więc już z tego samego względu wpływ Brexitu jest tu ograniczony. Zapewne utraci ono niektórych klientów czy inwestorów skupionych wybitnie na rynku unijnym, ale zyska za to nowe możliwości w wymiarze globalnym. Zresztą już parę miesięcy wcześniej władze zwierzchnie City zawarły niezwykle ważne porozumienie z Ludowym Bankiem Chin ws. obsługiwania chińskich inwestycji w Europie, co nad wyraz dobitnie ujawnia ich aktualne priorytety.

Zresztą, gdyby się przyjrzeć niektórym aspektom towarzyszącym Brexitowi, ba, gdyby przeanalizować nawet tylko bardzo pobieżnie podstawowe punkty biografii niektórych firmujących go notabli (choćby wspomnianego Johnsona – syna, było nie było, urzędnika KE, a przede wszystkim Banku Światowego), narzuca się od razu hipoteza, że tak naprawdę nic nie działo się tu spontanicznie, że to wcale nie lud decydował w tą czy tamtą stronę, ale że faktyczna decyzja w tym przedmiocie leżała w gestii szeroko pojętego brytyjskiego establishmentu, a jeszcze bardziej samej wierchuszki „międzynarodowo” – anglosaskiej finansjery. A ta ostatnia, jeśli nawet takiego rozwiązania wprost nie wymusiła, to przynajmniej go zaakceptowała i „przyklepała”. Owszem i lud odegrał tu swoją, trzeba przyznać, stosunkowo istotną rolę, ale skrajną naiwnością byłoby myśleć, że sam z siebie byłby w stanie wyprowadzić tak duży i znaczący kraj z UE. Przecież prądy i nastroje eurosceptyczne, i to silne, w społeczeństwie brytyjskim są naprawdę starej daty, a mimo to tenże establishment był w stanie skutecznie je tłumić i blokować przez długie lata. A teraz, nie umniejszając w niczym roli i wpływu rosnącej coraz bardziej w siłę i popularność Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa (UKIP) i jeszcze innych ugrupowań pokrewnych jej programowo, decyzję o przeprowadzeniu referendum wymusiła bądź co bądź jedna z dwóch partii tworzących samo jądro systemu. Wolno przypuszczać, że motywem, czynnikiem rozstrzygającym mógł tu być jednak postępujący cały czas kryzys całej strefy Euro i ewidentnie złe prognozy, a nawet wręcz rysujące się już wyraźnie widmo upadku projektu wspólnej europejskiej waluty. Taka zaś sytuacja siłą rzeczy wybitnie wzmacnia i podnosi rolę brytyjskiego funta jako znacznie bezpieczniejszej alternatywy dla coraz to bardziej niepewnej, sztucznie podtrzymywanej, zbudowanej i opierającej się w gruncie rzeczy na podłożu czystej ideologii waluty unijnej (a poniekąd także i dla dolara); alternatywy stwarzającej wspomnianej finansjerze  warunki do miękkiego, zgrabnego ulokowania się w krystalizującym się właśnie nowym ładzie finansowym świata. Z tej perspektywy patrząc, może się więc okazać, iż rzeczą najważniejszą nie jest tu wcale dylemat, czy to Wielka Brytania rejteruje z UE, czy też  raczej UE sama jej się pozbywa – ale że w ogóle cały projekt unijny został już – w pewnym zakulisowych kręgach – w gruncie rzeczy skazany na porażkę i że w związku z tym twórcy i dysponenci globalnego systemu finansowego w jego obecnym kształcie po prostu reagują na tą sytuację z odpowiednim wyprzedzeniem.

Jest to oczywiście tylko pewne przypuszczenie, ale gdyby było tu coś na rzeczy, to akcje Wielkiej Brytanii stoją jeszcze mocniej, jeszcze lepiej, niż by się to na pierwszy rzut oka wydawało. A jak mocna jest jej pozycja przetargowa, niech świadczy choćby okoliczność, że już doszło do pierwszych nieformalnych, nieoficjalnych rozmów ws. warunków wyjścia, mimo że jeszcze zupełnie niedawno sam szef KE Juncker i jego polityczni mocodawcy taką możliwości zdawali się absolutnie wykluczać, stawiając kwestię  bardzo zasadniczo i formalistycznie– najpierw złóżcie formalny wniosek, dopiero wtenczas zaczniemy negocjacje. Jednym słowem, widoki dla Zjednoczonego Królestwa poza Unią Europejską rysują się całkiem pomyślnie…

Oczywiście, wytworzona sytuacja jest wysoce niepewna i niestabilna, zatem nie można też, przynajmniej teoretycznie, całkowicie wykluczyć i wariantu przeciwnego – tj. wariantu, w ramach którego rząd brytyjski, przyparty do muru postawionymi mu przez włodarzy UE naprawdę bardzo twardymi warunkami opuszczenia eurokołchozu, a dodatkowo jeszcze postawiony pod presją splotu jakichś innych niekorzystnych przesłanek natury obiektywnej, po jakimś czasie zacznie się sam powoli cofać z wytyczonej już drogi. Konsekwencją tego może próba zinterpretowania wyniku referendum jako w pewnym sensie już nieaktualnego, „bo znaleźliśmy się w nowych, zmienionych warunkach”, i w praktyce niewykonalnego, lub nawet wręcz próba rozpisania referendum „powrotnego”. Owszem w taki właśnie scenariusz wierzy, a przynajmniej bardzo chce uwierzyć, niejeden z prominentnych przedstawicieli miejscowej klasy politycznej. Dla niżej podpisanego wydaje się on jednak bardzo mało prawdopodobny.

Brexit – co dalej z UE?

Reakcja ścisłej „czapy” UE na rozstrzygniecie Brytyjczyków okazała się dokładnie taką, jakiej można było się z grubsza spodziewać. Można ją sprowadzić do takiej oto recepty – skoro postępująca integracja UE z niepojętych przyczyn (z jej perspektywy oczywiście) nie podoba się i budzi coraz większy sprzeciw nie tylko obywateli tego państwa, ale i obywateli wielu innych krajów członkowskich, samych Niemiec nie wyłączając, to widać potrzeba tej integracji jeszcze znaczniej więcej. Najlepiej zaś będzie, jak pójdziemy w tym zakresie wręcz „na maksa” – wtedy wszyscy zainteresowani może w końcu ją zaakceptują, a przynajmniej przyjmą do wiadomości, zmiękną na zasadzie faktu dokonanego, może i dla nich przykrego, mocno nieprzyjemnego, niemniej praktycznie już niepodważalnego i nieodwracalnego.

Poruszając się najwyraźniej w takiej oto atmosferze, niemiecki minister spraw zagranicznych F. W. Steinmeier zwołał więc, w reakcji na Brexit, niezwłocznie spotkanie kolegów po fachu w ekskluzywnym gronie tzw. Ojców Założycieli UE (a więc, poza Niemcami, Francji, Holandii, Belgii, Luksemburga i Włoch). Spotkanie to, opatrzone wzniosłym hasłem „Nie oddamy Europy”, odbyło się przy tym w Berlinie, a nie, jak to dotąd zwykle praktykowano, w Brukseli – wszelkie listki figowe zostały już więc bezceremonialnie porzucone. Przedmiotem zaś tego spotkania była wałkowana już od dawna koncepcja „Europy dwóch prędkości”, nazwana teraz zgrabnie projektem „elastycznej Unii”. Jej motywem przewodnim jest oczywiście kontynuowanie dalszej centralizacji UE, aż do wykształcenia się swego rodzaju superpaństwa europejskiego; wszelkie potencjalne działania w kierunku odwrotnym, tzn. w stronę choćby częściowej jej renacjonalizacji, zostały absolutnie wykluczone. W myśl tej koncepcji, którą można by też nazwać „karolińską”, obecna UE uległaby wyraźnemu podziałowi na dwie części składowe: na stanowiącą jej główny trzon tzw. Małą Unię, złożoną z krajów naprawdę silnych i poważnych, już to z racji swego potencjału, już to przynajmniej z racji zdolności do bezzwłocznego i bezwzględnego sprostania wymogom tejże wizji najściślej pojętej integracji politycznej i gospodarczej – i na całą resztę, którą stanowiłyby kraje mniej znaczące, wyraźnie odstające od czołówki, w tym czy inny wymiarze nie dociągające do tych wyśrubowanych kryteriów, a nawet wprost zacofane. Tym ostatnim pozwolono by łaskawie egzystować w, powiedzmy, peryferyjnej części UE i pozostać pełnymi „Europejczykami”, oczywiście pod tym podstawowym warunkiem, że zaakceptują ten nowy porządek i swoje w nim miejsce – i nie będą się w żaden sposób buntować, burzyć przeciwko unijnym przodownikom i hegemonom. W wymiarze praktycznym stanowiłyby one w istocie tylko oczywiście pewien zasób surowców i taniej siły roboczej, a także pierwszorzędny rynek zbytu dla gospodarek członków wąskiej grupy uprzywilejowanej, w pierwszym rzędzie oczywiście niemieckiej. Mamy więc tu ewidentnie do czynienia z koncepcją jawnego już podziału UE na część lepszą i gorszą, gdyż cały projekt wiąże się siłą rzeczy z nieuchronną koniecznością wprowadzenia określonych skonkretyzowanych barier politycznych, administracyjnych i gospodarczych pomiędzy tymi dwoma wyodrębnionymi strefami. Warto tu dorzucić, że traktat lizboński otwiera furtkę do kontynuowania tego rodzaju działań centralizacyjnych, do dalszego zacieśniania integracji, gdyby tylko znaleźli się jacyś chętni. Z takim to przesłaniem i ofertą p. minister Steinmeier udał się następnie do Pragi, gdzie w trybie pilnym zebrali się ministrowie spraw zagranicznych Grupy Wyszehradzkiej (GV). Nie znalazł tam jednak, co zrozumiałe, uznania i akceptacji – przynajmniej oficjalnej.

Kolejnym, utrzymanym w tym samym duchu i tonie, posunięciem najżarliwszych wyznawców i zarazem rzeczywistych beneficjentów integracji europejskiej, było opublikowanie manifestu autorstwa dwóch czołowych polityków niemieckiej socjaldemokracji: samego przewodniczącego SPD (i zarazem aktualnego wicekanclerza i ministra gospodarki Niemiec) Sigmara Gabriela i doskonale nam już znanego Martina Schulza. Tym razem ów całkiem obszerny tekst opatrzono tytułem „Europę zbudować na nowo”. Wypunktujemy tu tylko samo jego sedno. A zatem, wedle szanownych autorów państwa narodowe są już bezwzględnie passe’ i nie mają absolutnie dalszej racji bytu, zaś sama wiara w to, że w ich ramach i przy ich pomocy można będzie skutecznie rozwiązać problemy i stawić czoła wyzwaniom, jakie stawia współczesny świat, została sprowadzona do kategorii ideologii, w domyśle oczywiście wielce szkodliwej, a nawet wprost niedopuszczalnej. Warunkiem sprostania owym wyzwaniom przez „Europę” jest oczywiście bezwzględnie tylko dalsza, coraz to  głębsza integracja i „mówienie jednym głosem” przez wszystkich członków Unii.

Prawdziwa „bomba” wybuchła dopiero jednak wraz z wyciekiem (czyżby kontrolowanym?) dokumentu sygnowanego nazwiskami wspominanego już Steinmeiera i jego francuskiego odpowiednika Jeana-Marca Ayraulta, kreślącego nader konkretnie pożądaną przyszłość UE w obliczu Brexitu i w reakcji na to wydarzenie. A zatem, w myśl tej proroczej wizji nowym celem generalnym polityki unijnej powinno być stworzenie „jednolitej wspólnoty politycznej, a więc swego rodzaju superpaństwa europejskiego. Takie państwo powinno być wyposażone we wspólną europejską armię, obejmującą m.in. siły szybkiego reagowania i unijną marynarkę wojenną, wspólne służby specjalne, prowadzić wspólną politykę podatkową i, co szczególnie na czasie, imigracyjną (azylową). Do tego dochodzi jeszcze postulat ujednolicenia, harmonizacji kodeksów karnych potencjalnych członków takiego tworu, no i wspólna polityka zagraniczna, która została zresztą formalnie już zaprowadzona traktatem lizbońskim, ale w wymiarze praktycznym za bardzo nie funkcjonuje – i to delikatnie rzecz ujmując – wobec ewidentnych sprzeczności interesów 28 krajów członkowskich UE. Naturalną koleją rzeczy wszystkie wymienione atrybuty i prerogatywy zostałyby odjęte państwom, a właściwie krajom członkowskim, które stałyby się tym samym już tylko i wyłącznie zwykłymi jednostkami administracyjnymi takiegoż superpaństwa, o statusie i uprawnieniach odpowiadających mniej więcej obecnym niemieckim landom.

Jak to wszystko rozumieć? Na chwilę obecną prób interpretacji może być tu wiele i mogą one iść w bardzo różnych kierunkach. Np. w pewnych rodzimych środowiskach tzw. antystemowych zaczęto w pewnej chwili snuć hipotetyczne scenariusze, jakoby w Berlinie i w Brukseli tak naprawdę chciano Brexitu, a nawet wyczekiwano go tam z utęsknieniem, bo pozbycie się angielskiego hamulcowego rozwiązuje w końcu ręce głównym unijnym stolicom i daje im wreszcie możliwość swobodnego urządzania UE podle własnych wizji, życzeń i wyobrażeń. Wyczekiwać tego miano aż z tak wielką niecierpliwością, że gdy rozwiązanie to stało się w końcu faktem, to nie tracąc dosłownie dnia ani godziny, wzięto się – najzupełniej poważnie – za budowę czegoś, co może jako żywo przypominać IV Rzeszę Niemiecką, może z pewnym komponentem francuskim. To wszakże stoi w ewidentnej sprzeczności z dotychczasową linią postępowania unijnej centrali względem Brytyjczyków, która sprowadzała się od bardzo długiego już czasu konsekwentnie do tego, by za wszelką cenę utrzymać ich we wspólnocie, nawet kosztem bardzo daleko idących ustępstw i koncesji, właściwie nieosiągalnych dla innych krajów członkowskich, nawet tych najsilniejszych i najbardziej znaczących. Takie są oczywiste fakty. A zatem czyżby wystąpiła tu nagle wolta o 180 stopni? Mocno wątpliwe.

Jest oczywiście również np. faktem, że to właśnie tylko Wielka Brytania nie zaakceptowała (obok niezbyt wiele znaczących Czech) ostatniej większej inicjatywy centralizującej, idącej w kierunku dalszego zacieśnienia i pogłębienia Unii, jaką był pakt fiskalny.  Niemniej był to w praktyce sprzeciw czysto dekoracyjny – kryteria i sposób zatwierdzania tegoż były z góry pomyślane i ustalone w ten sposób, że brytyjski głos nie był wcale konieczny do jego wdrożenia w życie. Teraz, po Brexicie, Londyn w rzeczy samej nie będzie już  mógł dalej wymyślać i uskuteczniać żadnych, ale to żadnych blokad, ale czy to równoważy całościowe konsekwencje uszczuplenia UE o drugą co do wielkości gospodarkę, a przy tym kraj dysponujący naprawdę poważnym, liczącym się potencjałem wojskowym i stanowiący ciągle  istotny czynnik polityki międzynarodowej? Dominacja Niemiec w UE ulega z jednej strony dalszemu wzmocnieniu, ale z drugiej cała wspólnota unijna ulega bardzo poważnemu osłabieniu, pogrąża się w jeszcze większych problemach wewnętrznych i kontrowersjach oraz praktycznie traci zdolność do dalszego poszerzania się o nowych członków – oto główne konsekwencje Brexitu w pigułce.

Jednocześnie – co niemniej ważne i potencjalnie bardzo brzemienne w skutkach – pękła pewna bariera psychologiczna, podtrzymywana skrzętnie przez całe dziesiątki lat. Mianowicie w rezultacie Brexitu UE przestaje być – i to już oficjalnie – jedyną możliwą, właściwie bezalternatywną formułą rozwoju politycznego, cywilizacyjnego, gospodarczego itd. na kontynencie europejskim. Zważmy, że jeszcze lat temu kilka postrzegano tę formułę w kategoriach właściwie dogmatycznych, mimo że takie wyjątki jak Norwegia czy Szwajcaria zadawały jej praktyczny kłam. Teraz każdy większy, w miarę dobrze prosperujący kraj unijny nabierze znacznie więcej wiary w możliwość realnego i korzystnego dla siebie funkcjonowania poza strukturami UE, jeśli nie na poziomie zideologizowanych i głęboko uzależnionych rządów i elit politycznych, to przynajmniej rosnących ciągle w sile odłamów opinii publicznej. Przecież już w tej chwili analogicznego referendum, jak brytyjskie, domaga się przewodząca w rankingach popularności holenderska Partia Wolności Geerta Wildersa – ostro antyunijna i antyemigrancka (antyislamska) a zarazem, co bardzo osobliwie i dające wiele do myślenia, ostentacyjnie proizraelska. We Francji rośnie ciągle popularności Frontu Narodowego i jego liderki Marine Le Pen, która zapowiedziała już oficjalnie, że w przypadku zwycięstwa w przyszłorocznych wyborach prezydenckich, rozpisze referendum ws. dalszego członkostwa Francji w UE. Sondaże zaś konsekwentnie wskazują na wyraźny wzrost liczby obywateli tego państwa optujących za takim rozwiązaniem. Z kolei jeden z potencjalnych rywali p. Le Pen, były prezydent Sarkozy, obecnie lider partii Republikanie, wyszedł z propozycją przeprowadzenia referendum ws. kształtu UE. We Włoszech wrasta popularność Ruchu Pięciu Gwiazd, a w Szwecji Szwedzkich Demokratów. Na Słowacji postulat wyjścia z UE stawiają otwarcie zasiadający już w parlamencie nacjonaliści z Partii Ludowej-Nasza Słowacja. Austrię czeka natomiast już wkrótce powtórka drugiej tury ostatnich wyborów prezydenckich z udziałem kandydata Wolnościowej Partii Austrii Norberta Hofera, który przegrał ją o włos w nader kontrowersyjnych okolicznościach (stąd też właśnie ta powtórka). Nawet w samych Niemczech rośnie popularność Alternatywy dla Niemiec, zaś plany wzmocnienia funduszu stabilizującego strefę euro nie znajdują już  poparcia nawet połowy tamtejszych obywateli. Wymienione ugrupowania są oczywiście bardzo różnej proweniencji, charakteru, oblicza ideowego itd., niemniej można spokojnie zakładać, że wszystkie opowiedzą się zgodnie, choć może z nieco różnych przyczyn, przeciwko jakimkolwiek projektom unijnego superpaństwa. Zresztą, już traktat lizboński był tak naprawdę dopychany kolanem (powtórzone referendum w Irlandii, w pozostałych krajach ratyfikacja wyłącznie na drodze parlamentarnej), zaś Francuzi i Holendrzy już uprzednio odrzucili w referendach jego wyjściową wersję w postaci konstytucji europejskiej. Już na tamtą chwilę nie było więc autentycznego przyzwolenia społeczeństw licznych krajów członkowskich UE na jej dalszą centralizację, a co dopiero teraz, gdy upadek autorytetu Brukseli i eurokracji przybrał znacznie większe rozmiary.

O co zatem tak naprawdę tu chodzi, jakie motywy faktycznie legły u podłoża opisanych wyżej pokrótce poczynań Merkel, Steinmeiera, Junckera, Schulza itd., w jakich kategoriach to wszystko rozumieć i traktować? W wymiarze celowych ruchów politycznych był to zapewne rodzaj swoistej ucieczki do przodu (bo jakikolwiek krok do tyłu jest przecież wykluczony z samej istoty systemu unijnego, a trzeba było koniecznie zając jakieś konkretne stanowisko po tak wielkim tąpnięciu, nie można było udawać, że nic się nie stało). Bardzo prawdopodobne, że były to również pewne ruchy  uprzedzające kroki strony przeciwnej, mające tak ukierunkować polityczną dalszą debatę na temat przyszłości UE, żeby przypadkiem na pierwszy jej plan nie wysunęli się od razu twardzi eurosceptycy z projektami faktycznej jej likwidacji. Owszem, ci będą i tak głosić i robić swoje, ale dzięki temu głosy i propozycje z jednej i z drugiej strony będą się co najmniej równoważyć. Do tego wątku powrócimy jeszcze poniżej. Były to również przede wszystkim swego rodzaju balony próbne, służące wybadaniu stanowiska potencjalnych zainteresowanych. A wszystko to robiło przy tym wrażenie działania dosyć nerwowego, odruchowego, i do tego jeszcze mocno zaprawionego typową pruską arogancją i butą, a w bodaj jeszcze większym stopniu eurokratyczną pychą i ideologicznym zasklepieniem, panującym od dawna wszechwładnie i sztywno w tym specyficznym, oderwanym coraz to bardziej od rzeczywistości, światku. Po części należy to też chyba traktować jako właśnie klasyczne zaklinanie rzeczywistości – skoro niewdzięczni Angole poważyli się jednak zrobić krok to tyłu, to i my pokażemy, że można przeciwnie, że można posuwać się dalej do przodu, mniejsza już o to, że na papierze. Zresztą jakiekolwiek przejawy głębszej refleksji, krytycznego podejścia do tego, co się wydarzyło, a tym bardziej samokrytyki, przyznania się błędu, godziłyby – w ramach odgórnie narzuconej i powszechnie obowiązującej konwencji – wprost w osobiste kariery polityczne wymienionych person – to przecież nadzwyczaj proste do zrozumienia.

W sferze praktycznej cały ten niezwykle ambitny projekt europejskiego superpaństwa wydaje się nieziszczalny i w ogóle trudny do wyobrażenia, gdyby skonfrontować go z realiami – i to jest w tym wszystkim najważniejsze. Jakim to sposobem  można np. scalić i ujednolicić mocno różniące się dziś systemy podatkowe jego potencjalnych uczestników i jeszcze do tego nie wywołać ogólnego krachu gospodarczego? A to tylko jedno w wielu ogromnych wyzwań, jakie niesie on ze sobą. Nie dziwi zatem wcale, że zgłoszone propozycje nie znalazły poważniejszego odzewu, że zostały wręcz pominięte milczeniem, pomijając wtórujące im głosy odosobnionych zawodowych euroentuzjastów, z reguły znajdujących się już na politycznej emeryturze. Z drugiej zaś strony przecież to świetne paliwo propagandowe, prawdziwa woda na młyn choćby dla wspomnianej Le Pen a także wielu innych przedstawicieli tego nurtu.

Jaka więc przyszłość czeka UE? Czy realny jest np. scenariusz, w ramach którego Niemcy będą  mogły już swobodnie układać i urządzać UE od „a” do „z”, jak tylko się im spodoba? W sposób oczywisty nie – Niemcy wygenerowały wystarczająco dość siły i aktywów, by niepodzielnie dominować w UE, nie mają jednak większych szans i wystarczających środków, by stać się jej absolutnym hegemonem, są na to zwyczajnie za słabe. Przyszłość UE na najbliższe lata to najpewniej narastający marazm, stagnacja i różnego rodzaju jałowe debaty, takie właśnie typowe próby zaklinania rzeczywistości, w kręgach szeroko pojętych unijnych elit, a jednocześnie rosnące coraz bardziej ruchy eurosceptyczne, czy też, gdyby użyć takiego określenia, wprost separatystyczne wśród społeczeństw wielu krajów członkowskich, choć oczywiście nie wszystkich. Nie można jednak z góry całkiem wykluczyć i tego scenariusza, iż centralistyczny walec będzie się mimo wszystko toczył i posuwał dalej. Jednym słowem – może być bardzo różnie, sytuacja zrobiła się bardzo płynna i nieprzewidywalna.

Brexit – co dalej z Polską?

To właśnie pytanie jest i musi być dla nas absolutnie kluczowe i najważniejsze. Z wielu symptomów można by wywnioskować, że miejscowa klasa, czy też kasta polityczna oraz funkcjonujący przy niej nieco luźniej różni eksponowani uczestnicy i kreatorzy debaty publicznej byli przygotowani na ten fakt, powiedzmy, raczej średnio – gdyby oczywiście brać ich reakcje i wypowiedzi zupełnie na serio. I tak np. czołowy intelektualny „guru” prawicy, jednakowo tej systemowej, jak i „antysystemowej”, p. Rafał Ziemkiewicz uderzył z miejsca w tony swoistego realizmu politycznego, występując z przesłaniem brzmiącym w mniej więcej w ten sposób, że ci, co tak , jawnie cieszą się z Brexitu, w gruncie rzeczy bardziej nie lubią Unii, niż kochają Polskę, jako że Brexit wzmacnia przecież Niemcy, a „nam” bardzo utrudnia grę. Może gra słów była tu troszeczkę inna, ale sens właśnie dokładnie taki, jak wyłuszczony wyżej. I trudno się nawet temu dziwić, zważywszy, że p. Ziemkiewicz, pomimo zgłaszanych wielu obiekcji, poparł ostatecznie w swoim czasie wejście Polski do eurokołchozu, a teraz stoi na stanowisku, że ewentualnie opuszczenie jego szeregów oznaczałoby w praktyce szybką, a może nawet wręcz natychmiastową inkorporację biednej Polski przez Rosję!!! Cóż, lepszego straszaka nie da się już chyba wymyślić, pomimo że, tkwiąc dalej w Unii, będziemy faktycznie zmuszeni grać na coraz to bardziej zawężającym się boisku. A zatem, p. Ziemkiewicz nie wyobraża sobie Polski wolnej od unijnych  pęt, a jednocześnie naprawdę suwerennej – wniosek to bardzo prosty.

A jak podchodzi do kwestii światek polityczny, na początek ten opozycyjny? Otóż np. główny obecnie „antysystemowiec”, p. Paweł Kukiz, deklarujący się oficjalnie jako „ogromny zwolennik Unii Europejskiej, ale jako Europy Ojczyzn, Europy państw, suwerennych podmiotów itd.” (ileż to można jeszcze słuchać tej wyświechtanej, kompletnie zgranej śpiewki!), wezwał (w programie M. Olejnik), by nie dramatyzować, ale liczyć na to, że Brytyjczycy jednak się zreflektują i koniec końców Unii nie opuszczą, a we własnym zakresie dążyć do renegocjacji umów i traktatów, tak by w końcu ową wyśnioną „Europę Ojczyzn” urzeczywistnić. Co najbardziej istotne, raczył oznajmić, że jego zadaniem „(…)sytuacja (wytworzona w następstwie Brexitu – AT) nie jest jakąś przyjemną ani dobrą, bo bez Unii Europejskiej nie wyobrażam sobie, byśmy mogli funkcjonować samodzielnie”. Powiedziane dostatecznie jasno. Niedługo potem pod auspicjami klubu Kukiz’15 doszło do powstania specjalnego sejmowego zespołu „eurorealistycznego”, którego misją ma być bieżące analizowanie skutków członkowstwa Polski w UE w jego pozytywnych i także negatywnych aspektach oraz sporządzanie corocznego jego bilansu, przynajmniej w bardzo ogólnych zarysach. Członkowie tegoż zespołu owszem nie próbują w żaden sposób kryć, że koszty integracji z UE były dla Polski w rzeczywistości daleko, daleko wyższe, niż to sobie  naiwnie wyobraża znakomita większość statystycznych Polek i Polaków, ale nie wspominają już ani słowem o ewentualnej opcji wyjścia – to się już stało i koniec, kwita. Ba, starannie się unika nawet w końcu przecież dość niewinnego i mocno wieloznacznego określenia „eurosceptycyzm”.

Rzecz ciekawa, że Brexit nie wzbudził zbyt pozytywnych odczuć i ocen w wielu nawet już typowo niszowych środowiskach intelektualno-politycznych, deklarujących zasadniczą opozycję, a przynajmniej rezerwę do systemu. Pozwolę sobie tu przywołać np. opinie czołowego reprezentanta środowiska konserwatywno-liberalnego, p. prof. Adama Wielomskiego, który zajął w tej kwestii w gruncie rzeczy stanowisko mocno zbliżone do stanowiska p. Ziemkiewicza, pomijając oczywiście wybujałą rusofobię tego ostatniego. P. Wielomski  już z dużym wyprzedzeniem ostrzegał więc, że Brexit nie będzie w żadnym razie dla Polski korzystny, gdyż wystąpienie Wielkiej Brytanii tylko jeszcze dodatkowo wzmocni pozycję Niemiec i zarazem pozbawi Polskę ostatniego liczącego się sojusznika w różnych unijnych grach i gierkach, i że w ogóle tym samym zniknie ostatni czynnik, jeśli nie równoważący, to przynajmniej temperujący coraz to groźniejsze dla nas wpływy niemieckie. A więc, wedle tej wykładni, zostaliśmy w konsekwencji osamotnieni wobec brutalnego dyktatu Berlina i Brukseli. Sytuacja owszem właśnie tak z grubsza wygląda, niemniej łatwo wychwycić, że taki punkt widzenia opiera się na przesłankach w dużym stopniu subiektywnych. Dominacja Niemiec w UE była bowiem oczywistym faktem jeszcze na długo przed Brexitem, co najmniej po ostatecznym przeforsowaniu Lizbony, a Wielka Brytania nie mogła jej realnie równoważyć choćby z tego prozaicznego powodu, że starannie wystrzegała się głębszego zaangażowania w projekt unijny, sama się poniekąd w ten sposób marginalizując. Co zaś się tyczy sojuszu polsko-brytyjskiego na unijnej szachownicy, to miał on w rzeczywistości charakter mocno iluzoryczny, nie oszukujmy się w tym miejscu. Głównym spajającym go elementem był w istocie żarliwy atlantyzm obydwu stron,  realne interesy w wielu kwestiach były natomiast w praktyce rozbieżne. Proszę mi zresztą wskazać jakikolwiek wymierny, żywotny polski interes, który został przeforsowany i zrealizowany na forum unijnym właśnie głównie dzięki wsparciu brytyjskiemu. Ogólne osłabienie Unii za cenę utraty owego mocno iluzorycznego, w gruncie rzeczy głównie papierowego sojusznika, to chyba zatem wcale nie taki najgorszy scenariusz, jeśli tylko oczywiście wyobrażamy sobie i wierzymy – w kategoriach bliższej lub dalszej przyszłości – w istnienie i funkcjonowanie Polski poza murszejącymi strukturami unijnymi. Czy wyobraża sobie i dopuszcza taką opcję sam p. Wielomski? Trudno doszukać się tu jednoznacznej odpowiedzi. Wszelako pada z jego ust stanowcza diagnoza, że Polexit jest zupełnie niemożliwy, gdyż po prostu nie życzy sobie tego cała obecna klasa polityczna, a i zdecydowana większość społeczeństwa jest mocno prounijna. I są to spostrzeżenia najzupełniej trafne, niemniej mało odkrywcze, a przy tym czynione z dość statycznej perspektywy. A może będzie jednak z pewną korzyścią, że Polacy staną wreszcie w oko z całkowicie już odsłoniętą, nie maskowaną żadnymi fikcyjnymi osłonkami, potęgą niemiecką, zyskując od razu znacznie pełniejszą, ostrzejszą świadomość swego położenia i typowo neokolonialnego statusu Polski w ramach UE. Może przynajmniej pobudzi ich to do myślenia. Oczywiście wielka machina propagandowa nadaje cały czas w takiej oto mniej więcej tonacji: „oj, oj, co to będzie, Brytyjczycy już wyszli, trzeba teraz zrobić wszystko, byleby tylko zapobiec efektowi domina, bo gdy cała Unia się zawali, to i my z nią przepadniemy”. Nie mamy chyba jednak najmniejszego obowiązku do tego (celowo sączonego) zaraźliwie bojaźliwego i strachliwego tonu się dostrajać.

Oczywiście, powracając na główną scenę polityczną, wszystkich znowu przebił niezawodny p. Petru, wyskakując w TVN24 z postulatem, że w obliczu Brexitu powinniśmy myśleć przede wszystkim o jak najszybszym dołączeniu do strefy euro i, co więcej, oficjalnie zadeklarować to pragnienie wszem i wobec, demonstrując tym samym chęć uczestnictwa w dalszej integracji – w przeciwnym bowiem razie spadamy od razu do drugiej, czy nawet trzeciej unijnej ligi. Cóż, nie wiadomo, czy się śmiać, czy płakać. Chyba jednak wypada się uśmiać – i to porządnie.

Nie pozostał w tyle także i opozycyjny sojusznik, a zarazem konkurent tegoż nowego „geniusza” „polskiej” polityki, stary jej wyjadacz, p. Grzegorz Schetyna, który wyskoczył z kolei z niemniej genialnym pomysłem, by wprowadzić konstytucyjne gwarancje trwania Polski w eurokołchozie po wsze czasy, by zakazać występowania z niego na drodze specjalnie dopisanego paragrafu konstytucyjnego. Z jednej strony zakrawa to na wielką śmieszność, bo jeśli rzekomo praktycznie całe polskie społeczeństwo tak bardzo kocha Unię Europejską, to po co taki odgórny kaganiec, przywodzący jako żywo na myśl poprzednią epokę i jej totalitarne ciągoty. Z drugiej jednak może okazać się nad wyraz przezorne, bo a nuż miłość ta nagle, a niespodzianie osłabnie, lub też komuś strzeli do łba, by w taki czy inny sposób zainicjować coś w rodzaju Polexitu, a rzucony pomysł chwyci. Może więc lepiej z góry zakazać podobnych wybryków i niesubordynacji pod surowymi sankcjami karnymi i tym prostym sposobem zabezpieczyć się przed jakimikolwiek niepożądanymi niespodziankami i komplikacjami. Póki co pomysł zawisł w powietrzu.

Wszystkie przywołane opinie i najbardziej nawet ekscentryczne pomysły wpływają owszem na ogólną polityczną atmosferę, ale na tak naprawdę liczy się tu stanowisko partii rządzącej, czyli PiS, a nade wszystko Jarosława Kaczyńskiego – to oczywiste nawet dla laika. A sprowadza się ono w ogólnym zarysie do następującego mianownika, uwidocznionego jasno w choćby w pobrexitowych reakcjach p. premier Beaty Szydło, jak i w późniejszych deklaracjach i postulatach samego głównego rozgrywającego: W związku z tym, że Brexit wytworzył zupełnie nową sytuację polityczną, Unia Europejska potrzebuje całkiem nowego traktatu, traktat lizboński jest już ewidentnie nieadekwatny do tejże sytuacji – jest to niezbędny warunek tego, by UE mogła dalej trwać i się rozwijać, co jest oczywiście wielkim i szczerym pragnieniem Polski. Ma się rozumieć, aby owa reforma, czy też przebudowa UE była konstruktywna i skuteczna, trzeba koniecznie wyciągnąć właściwe wnioski z rezultatów brytyjskiego referendum. A więc, ta zrekonstruowana od nowa „Unia musi wrócić do korzeni, być solidarna, liczyć się ze zdaniem obywateli i stawiać na podmiotowość państw członkowskich” – tak właśnie, zdaje się, wyraziła się p. premier. Taka oferta może być atrakcyjna również i dla samych Brytyjczyków.

Na pierwszy rzut oka takie postawienie sprawy może się wydać nad wyraz rozsądne i potencjalnie dla Polski bardzo korzystne. Można je potraktować w kategoriach kontrpropozycji, swoistej alternatywy dla zgłoszonego właśnie projektu europejskiego superpaństwa – i tak też właśnie stara się go przedstawiać narracja pisowska. Rozważmy sobie jednak rzecz w wymiarze czysto praktycznym, na gruncie twardych realiów. Otóż, jest kompletną mrzonką i ułudą wyobrażać sobie i oczekiwać, że w obecnym unijnym układzie sił istnieją jakiekolwiek szanse wynegocjowania traktatu cokolwiek lepszego, cokolwiek znośniejszego niż ten z Lizbony. Jakiekolwiek projekty, a nawet tylko wyjściowe postulaty idące w kierunku „renacjonalizacji” UE, przystosowania jej do zasady „pomocniczości”, wracania do „korzeni”, można traktować tylko w kategoriach czczej retoryki i pustej gadaniny, a nade wszystko typowego propagandowego znieczulacza dla nagiej, a niezwykle brutalnej rzeczywistości. To bowiem Berlin, no może po części także Paryż i Rzym, będzie realnie dyktował warunki gry, a punktem wyjściowym dla wszelkich  nowych negocjacji i przetargów konstytucyjnych nie będzie w żadnym wypadku jakakolwiek „Europa Ojczyzn”, lecz właśnie tenże świeżo zgłoszony koncept niemiecko-francuski. Dość powiedzieć, że to właśnie Brytyjczycy chcieli, jeszcze przed Brexitem, tzw. repatriacji części kompetencji i uprawnień z Brukseli na poziom własnego państwa – i tak naprawdę nikt nie chciał z nimi o tym rozmawiać. UE jest bowiem w istocie niereformowalna, a może nieco inaczej – reformowalna tylko w jedną stronę. Stąd też jedyną sensowną i naprawdę politycznie wiarygodną reakcją obecnego układu rządzącego powinien być jednoznaczny i kategoryczny sprzeciw wobec koncepcji budowania superpaństwa europejskiego w jakiejkolwiek bądź formie i wydaniu – i to wyrażony natychmiast.

A tymczasem, wprost przeciwnie, zdaje się on przynajmniej częściowo jej przyklaskiwać. Jakże bowiem inaczej traktować ostatnie wezwania i głośno wyrażaną aprobatę Jarosława Kaczyńskiego dla potrzeby budowania silnej europejskiej armii – co stanowi zresztą jego ulubioną ideę już od dawna. Przecież taka armia stanowiłaby główny trzon i kościec, najważniejszy fundament takiej konstrukcji, nakręcający w dużym stopniu całą resztę. Można się domyśleć, że głównym motywem jest tu chęć dodatkowego zabezpieczenia się przed rzeczywistym czy wirtualnym, nie będziemy tu już tego dochodzić i roztrząsać, zagrożeniem ze strony Rosji, wzmocniona teraz jeszcze dodatkowo narastająca niepewnością co do kierunku ewolucji polityki amerykańskiej w najbliższej przyszłości. Oczywiście same Niemcy widzą taką armię nie tyle w kategoriach tworzenia jakiegoś kolejnego antyrosyjskiego frontu czy bastionu, co sposobu dojścia do pełnej podmiotowości na arenie globalnej polityki – wizje i oczekiwania obu stron wydają się więc wyraźnie różne, jednakowoż nie wykluczające się. Spójrzmy jednak znowu na kwestię praktycznie, konkretnie – przecież jest najzupełniej oczywiste, że taka potencjalna unijna armia będzie budowana w pierwszym rzędzie właśnie w oparciu o dzisiejszą Bundeswehrę i równolegle o zgromadzone przez Niemcy zasoby, trudno więc doprawdy wyobrazić sobie inny scenariusz. Będzie ona zatem siłą rzeczy znajdować się głównie w ich dyspozycji i służyć ich własnym celom i interesom, w pierwszym rzędzie w wymiarze wewnątrzunijnym. Taki zaś scenariusz – szczęśliwie bardzo trudny do realizacji, jeśli nie wprost utopijny – oznaczałby nieuchronnie stopniową degradację, a w dalszej perspektywie niewykluczoną likwidację armii narodowych, zwłaszcza w przypadku krajów słabszych i niewydolnych gospodarczo. W rezultacie groziłby nam – oczywiście póki co teoretycznie –  status „państwa” sprowadzonego ostatecznie do fikcji, wypranego z jakichkolwiek pozytywnych treści.

Rzeczywisty wybór, rzeczywista alternatywa stojąca dziś przed Polską i Polakami, to albo dalej płynąć sennie na unoszącej nas fali w poszukiwaniu przede wszystkim tzw. świętego spokoju, tzn. tkwić potulnie i bezwolnie w unijnym bagnie i marazmie bez względu na dalekosiężne konsekwencje takiej postawy, w pierwszym rzędzie definitywnie zaakceptować upośledzony, quasi-kolonialny status we „wspólnym europejskim „domu”, albo też zacząć na poważnie myśleć o wyrwaniu się z niego, pomimo wiążącej się z tym nieuchronnie konieczności zdobycia się na wielki wysiłek i równie duże ryzyko.

Oczywiście nikt przy zdrowych zmysłach nie myśli na dziś realnie o Polexicie, niemniej większe lub mniejsze wpływanie na świadomość społeczną w tym zakresie poprzez np. ukazywanie rodakom faktycznego bilansu członkostwa naszego kraju w UE jest w zasięgu możliwości różnych organizacji i środowisk szczerze narodowych. Ale to już temat na całkiem odrębne rozważanie.

Andrzej Turek