Bojkot ukraińskiego Euro – po co to Polsce?

Sprawa ogłoszonego przez unijnych decydentów bojkotu ukraińskiej części Euro 2012 znalazła nadspodziewanie silny oddźwięk na rodzimych salonach i w światku medialnym. Kolejny raz w głównej roli wystąpił Jarosław Kaczyński, który nie tylko bardzo namiętnie przyłączył się do tegoż bojkotu, ale wręcz próbował przelicytować na tym polu unijnych „obrońców praw człowieka”: „Cieszą deklaracje bojkotu meczy Euro 2012 rozgrywanych na Ukrainie, składane przez niektóre rządzy europejskie (m.in. kanclerz Austrii i premier Szwecji). Polski rząd powinien również zagrozić bojkotem ukraińskiej części mistrzostw”. ( … )W sytuacji, w której powyższe reperkusje nie wpłyną na rząd w Kijowie, UE powinna kontynuować polityczną presję na władze ukraińskie i zastanowić się nad dalszymi krokami politycznymi, dyplomatycznymi i gospodarczymi w tej sprawie”. Zdaniem p. prezesa, jeśli władze ukraińskie nie ugną się, tj. nie wypuszczą „pięknej” Julii z więzienia lub co najmniej nie przeniosą jej do luksusowego aresztu domowego, konieczne jest co najmniej odebranie Ukrainie finału mistrzostw Europy i przeniesienie go do Polski, mianowicie z Kijowa do Warszawy; trzeba nawet poważnie rozważyć scenariusz odebrania Ukrainie wszystkich przypisanych jej meczów i przeniesienia ich do innego kraju, tzn. praktycznie do Niemiec lub np. Austrii. Tu oczywiście do akcji powinna wkroczyć UEFA. Istotnie, taż UEFA nie zasypia gruszek w popiele – sekretarz generalny tej organizacji zagroził nawet przesunięciem terminu rozgrywek. Kto by pomyślał, że taki piorunujący efekt wywoła upublicznienie zdjęć kilku sińców na ciele b. ukraińskiej premier, powstałych rzekomo wskutek jej pobicia przez strażników więziennych!

Spójrzmy na sprawę chłodno, z perspektywy kilku dni, jakie minęły od tych gorączkowych publicznych debat. Ciężko znaleźć jakiekolwiek logiczne uzasadnienie dla kroku Kaczyńskiego, przeciwnie trzeba uznać go za irracjonalny i szkodliwy dla Polski, i to z bardzo wielu powodów:

a) Tego rodzaju ocierające się o jawny szantaż wezwania stanowią oczywistą ingerencję w sprawy wewnętrzne drugiego państwa. Mamy już chyba po uszy obcej ingerencji w nasze, polskie sprawy, nie pchajmy się zatem z buciorami w cudze, spełniając przy tym dodatkowo rolę jedynie pajacyka w „międzynarodowej” demoliberalnej kawalkadzie;

b) Grozi to dalszym pogłębieniem się polsko-ukraińskich antagonizmów. Można bowiem w ciemno założyć, że duża liczba zwykłych Ukraińców, niezależnie od wyznawanych preferencji politycznych, nawet tych sympatyzujących z opcją p. Tymoszenko, widzi w Euro okazję do zarobienia sporego grosza. To bardzo istotna przesłanka dla niezbyt przecież zamożnego ukraińskiego społeczeństwa. Postulowany bojkot, gdyby rzeczywiście doszedł do skutku, stanowi oczywiste zagrożenie dla tych rachub. Zawsze byłem zwolennikiem twardego sprzeciwu wobec odradzającego się lawinowo, za pełną aprobatą „pomarańczowych”, na Ukrainie kultu upowskich „herosów” (czego nigdy panowie Kaczyńscy i ich otoczenie nie uczynili), ale w tym konkretnym wypadku nie widzę powodu, by drażnić sąsiadów z powodu ciężkiego losu p. Tymoszenko, która widać nijak nie może się przystosować do nowych warunków egzystencji. Czemu zresztą sama nie zwróci się osobiście z płomiennym apelem o bojkot przewidzianych do rozegrania w jej ojczyźnie meczy piłkarskich? Odpowiedź prosta – byłoby to dla niej polityczne samobójstwo. To doprawdy żałosny fakt, że Kaczyński występuje po raz kolejny jako typowy chłopiec na posyłki ( a tak na marginesie, nie znam szczegółów procesu i wyroku, ale nie jestem do końca przekonany, czy Tymoszenko rzeczywiście zasłużyła na aż tak surowy wyrok w tej konkretnie sprawie podpisania niekorzystnego kontraktu gazowego z Rosją, podejrzewam nawet, że nie miała w istocie innego wyjścia; ale z drugiej strony powszechnie wiadomo, że dorobiła się wespół ze swoim mężem Ołeksandrem fortuny na różnych prywatyzacyjnych szwindlach, siedziała nawet z tego powodu przejściowo za kratkami, przez pewien czas ścigał ją też paradoksalnie rosyjski wymiar sprawiedliwości – trudno zatem uznać ją suma summarum za niewiniątko).

c) Krok Kaczyńskiego dokładnie mieści się w realizowanej przez jego śp. brata polityce sojuszu czy współpracy nie z całym państwem ukraińskim jako takim, ale wyłącznie z jednym z dwu funkcjonujących w tym państwie obozów politycznych – obozem „pomarańczowych”, przy jednoczesnym zupełnym ignorowaniu, a nawet zwalczaniu „niebieskiego” obozu Janukowycza. Uzasadnieniem tej postawy ma być pryncypialna proeuropejskość Juszczenki, Tymoszenko i całej spółki oraz, w nie mniejszym stopniu, także ich proamerykańskość wobec ostentacyjnej prorosyjskości Partii Regionów. W tym stanie rzeczy nie liczy się więc zupełnie, że obóz ten wyraźnie popiera siły neobanderewskie, niezwykle groźne dla Polski, a nawet posiada w swym składzie wielu przedstawicieli tego zaciekle antypolskiego nurtu. Mimo że dziś rzeczy bardzo się pokomplikowaly, gdyż Janukowycz wcale nie okazuje się być ślepym narzędziem Kremla, a Tymoszenkowa siedzi w więzieniu oficjalnie za nadmierną wobec niego ustępliwość (!), p. prezes dalej uparcie trzyma się swoich starych, wytartych schematów. Choć nie ma realnych warunków dla żadnego polsko-ukraińskiego „partnerstwa strategicznego”, taka postawa dramatycznie zawęża pole manewru polityki polskiej względem Ukrainy, odpychając opcję zdecydowanie nam przychylniejszą.

d)Wyskakując z apelem o zbojkotowanie Euro na Ukrainie, Kaczyński dołączył – mniejsza o to, czy świadomie, czy też nie – do rydwanu polityki niemieckiej i centralizacyjno-unijnej. Choć bowiem w samym centrum brutalnej presji dyplomatycznej wobec Ukrainy stoi Bruksela, to nie ulega najmniejszej wątpliwości, że jej głównym inspiratorem i realizatorem jest Berlin, bez którego przyzwolenia nic się przecież w UE ważnego nie dzieje. Zatem obrona rzekomo maltretowanej Tymoszenko to doskonały pretekst do prób meblowania Ukrainy pod niemieckie oczekiwania. Najwidoczniej Janukowycz jest zdecydowanie zbyt samodzielny nie tylko wobec Rosji, ale i wobec Zachodu. Ta polityka ma zresztą długą tradycję. Przecież tak się składa, że obydwa główne państwa bojkotujące: Austria i Niemcy – to tradycyjni główni sponsorzy ukraińskich nacjonalistów. Ta pierwsza jeszcze za czasów Habsburgów popierała konsekwentnie pierwociny ukraińskiego ruchu narodowego na swoich ziemiach jako przeciwwagę dla żywiołu polskiego w Małopolsce Wschodniej, a tuż przed swoim zgonem próbowała, również wbrew dążeniom polskim, wykreować marionetkowe państwo ukraińskie pod swoją komendą z siedzibą we Lwowie. Z kolei Niemcy były w okresie międzywojennym głównym oparciem dla ukraińskiego integralnego nacjonalizmu-faszyzmu. Ten fakt ma z pewnością swoje doniosłe konsekwencje, jako że historyczne sentymenty nadal bardzo się liczą w polityce, zwłaszcza w cechującej się tak wielką ciągłością i konsekwencją polityce niemieckiej. Mamy więc jeszcze jeden dowód na to, że stara koncepcja Mitteleuropy nadal żyje i zachowuje jak najbardziej swoją aktualność. Jarosław Kaczyński, dołączając do tej polityki, stawia się w jednym szeregu np. z taką p. Eriką Steinbach, która otwarcie twierdzi, że „przeniesienie spotkań z Ukrainy do Polski, Austrii lub Niemiec byłoby właściwym politycznym sygnałem pod adresem << niedemokratycznego >> rządu w Kijowie”. Pogratulować takiego towarzystwa! Piękna to wizja polskiej polityki „niepodległościowej” w towarzystwie p. Eriki!

e) Wreszcie fakt, żeby kraj, który jest gospodarzem Euro i który tak bardzo zabiegał o jego organizację właśnie pospołu z Ukrainą, teraz dołączał się do akcji jego bojkotu, jest sam przez się kuriozalny. To grozi Polsce utratą resztek powagi na arenie międzynarodowej.

Na koniec kilka uwag dodatkowych. Trudno mi się zgodzić z dość powszechnymi głosami, jakoby Kaczyński naruszył swoim gestem polityczne „dziedzictwo” swojego brata, polegające na wspieraniu za wszelką cenę proeuropejskich dążeń Ukrainy. Wcale nie jestem przekonany, że Lech Kaczyński, gdyby nadal żył, to popierałby czynnie Janukowycza przy jego obecnej polityce. W istocie jest to ta sama polityka, przynajmniej co do formy i metod działania: apele o bojkotowanie Euro jakoś dziwnie przypominają mi machanie szabelką w Tbilisi. Jest to jedna i ta sama polityka romantyczna, mesjanistyczna, dogmatycznie demoliberalna i „prawoczłowiecza”, dyktowana emocjami i przede wszystkim doraźna, krótkowzroczna, wykluczająca budowanie trwałych relacji z sąsiadami.

Osadzając tak surowo ruch Kaczyńskiego, nie biorę przy tym wcale strony Tuska i PO. Ci bowiem bronią Euro głównie dlatego, iż muszą go bronić jako swojego oczywistego politycznego interesu. Nie mogą przecież podcinać drzewa, na którym sami siedzą. Ale ten sam Tusk ponoć nawołuje o pisanie listów do władz ukraińskich z apelem o zwolnienie Tymoszenko z więzienia „bez wnikania w kwestie prawne” – jest to takie samo wtrącanie się w sprawy wewnętrzne Ukrainy, tyle że znacznie bardziej subtelne w formie. Zaś żądanie wypuszczenia kogokolwiek z więzienia bez uprzedniej rewizji czy kasaty wyroku to wyjątkowe kuriozum i zarazem wyjątkowy akt bezczelności.

Trzeba też odnieść się krótko do tezy, że akcja bojkotu ukraińskiej części Euro to rezultat jakiejś uzgodnionej kolejnej zmowy rosyjsko-niemieckiej. Tego się nie da wykluczyć, ale nie jest to wcale takie pewne. Osobiście w to powątpiewam (przecież nawet sam Kaczyński nie angażowałby się w żaden bojkot, gdyby miało to docelowo służyć, nawet tylko pośrednio, rosyjskim interesom). Wydaje mi się, że zaszła tu po prostu taktyczna zbieżność interesów obu państw. Nie znaczy to jednak, że interesy te są koniecznie zbieżne na dalszą metę, raczej przeciwnie. To coś bardzo podobnego jak przypadek Białorusi. Wątpię też, czy Janukowycz ugnie się pod niemiecką presją i czy Kreml zgodzi się dopuścić Berlin do podziału ukraińskiego tortu. Już dziś jest on zresztą głównym beneficjentem całej wywołanej awantury za sprawą arcyzręcznego wystąpienia Putina, mówiącego dobitnie o konieczności całkowitego oddzielenia sportu od polityki i deklarującego gotowość do leczenia Tymoszenko w Rosji, oczywiście za zgodą samej zainteresowanej, jak i ukraińskich władz.

Na sam koniec jeszcze jedna hipoteza. Gdyby założyć, że krok Kaczyńskiego nie jest wcale tak bezmyślny i nieroztropny, za jaki powszechnie uchodzi, nasuwa się siłą rzeczy tylko jedno racjonalne jego wytłumaczenie. Mianowicie, że nadal działa on na zlecenie amerykańskich (neokonserwatywnych) zakulisowych ośrodków decyzyjnych. Z punktu widzenia tychże wydobycie Tymoszenko z wiezienia i jak najszybsze przywrócenie jej do czynnej polityki jest sprawą wielkiej wagi. Po praktycznej politycznej eliminacji Juszczenki jest to bowiem ich jedyna nadzieja na utrzymanie, a raczej przywrócenie swoich wpływów na Ukrainie. Janukowycz może pójść na daleko idące zbliżenie z UE, ale nie jest z pewnością, choćby z racji swojego politycznego życiorysu, w żadnym razie politykiem proamerykańskim. To pewne. I może właśnie tu tkwi głębsze podłoże poczynań Jarosława Kaczyńskiego.

Jan Matusiewicz

PS. Pozostając w płaszczyźnie stosunków polsko-rosyjskich i polsko-ukraińskich, warto zapoznać się z cyklem artykułów red. A. Turka pt. „Stosunki polsko-rosyjskie dzisiaj”, zamieszczonych w Nowym Przeglądzie Wszechpolskim; nr 1-2-3, 3-4-5, 7-8-9 i 10-11- 12 NPW 2011 oraz 1-2-3 NPW 2012 ( zwłaszcza zaś z pierwszym i ostatnim), a dostępnych na stronie internetowej: www.npwmag.pl