Bliski Wschód na beczce prochu

Atmosfera wokół Syrii coraz bardziej gęstnieje, tym samym napięcie na Bliskim Wschodzie ciągle wzrasta. Zwłaszcza ostatnich kilkanaście dni przyniosło cały szereg sygnałów wymownie świadczących o narastającej agresywności i determinacji Zachodu i powiązanej z nim „międzynarodowej” koalicji w kierunku obalenia Baszara al-Assada i tym sposobem całkowitego zdestabilizowania Syrii.

Najpierw, 21 sierpnia prezydent USA Barack Obama wyznaczył „syryjskiej dyktaturze” „czerwoną linię”, grożąc otwartą interwencją zbrojną w przypadku użycia przez nią broni chemicznej (której Syria posiada bardzo pokaźną ilość) do rozprawy z opozycją, tj. zbrojną rebelią. Nie omieszkał też zaznaczyć, że powodem takiej interwencji może się stać nie tylko samo czynne jej użycie, ale i wszelkie działania mogące świadczyć o tym, że „reżim” się do takiego kroku przygotowuje. Zaraz potem, co wskazuje na ścisłą koordynację działań z Tel-Avivem, specjalizujący się w tematyce wojskowo-wywiadowczej izraelski serwis internetowy Debka.com obwieścił, że specjalne jednostki armii USA, Wlk. Brytanii i Francji znajdują się już w bezpośrednim sąsiedztwie Syrii, tj. właśnie w Izraelu, w Jordanii i na Cyprze, gotowe do dokonania w każdej chwili błyskawicznego ataku i przejęcia kontroli nad obiektami składowania syryjskiej broni masowego rażenia, w razie pojawienia się sygnałów, że armia rządowa sposobi się do ich użycia, jak też w razie niebezpieczeństwa przejęcia śmiercionośnych substancji przez islamskich fundamentalistów w sytuacji pogłębiającego się rozlewu krwi, chaosu i rozprężenia w Syrii. Z całą pewnością chodzi tu o komandosów, mających złamać opór ochrony tych obiektów, i o specjalne jednostki wojsk chemicznych, mające za zadanie zabezpieczenie lub bezpieczne unieszkodliwienie na miejscu tychże chemikalii.

Wkrótce to samo medium zaczęło spekulować, iż Rosja podjęła już rzekomo decyzje o wstrzymaniu dostaw broni do Syrii i, co dużo bardziej istotne, o wycofaniu swojej floty wojennej z bazy w syryjskim porcie Taurus, mimo wyraźnych zaprzeczeń zarówno dowództwa rosyjskiej marynarki wojennej, jak i sztabu generalnego. Ich powodem miała być właśnie rzekomo bliska już perspektywa zbrojnej interwencji wymienionych państw w Syrii i niebezpieczeństwa znalezienia się stacjonujących tam sił rosyjskich na linii ognia, co mogłoby pociągnąć za sobą wprost nieobliczalne konsekwencje. Szybko jednak okazało się, że sytuacja wygląda całkiem inaczej: rosyjskie dowództwo jasno oświadczyło, że baza zostanie ewakuowana jedynie w przypadku niebezpieczeństwa znalezienia się w bezpośrednim sąsiedztwie walk, co więcej – do Syrii wyekspediowano właśnie kilkuset żołnierzy rosyjskiej piechoty morskiej z zadaniem jej ochrony, ewakuacji zbędnego sprzętu i zapewnienia bezpieczeństwa całej rzeszy rosyjskich specjalistów znajdujących się obecnie na terytorium Syrii. Owszem, zaczęła się ewakuacja pracowników bazy, ale jedynie cywilnych, np. hydrografów itp.

Następnie wkroczyli do akcji Francuzi. Prezydent F. Hollande, idąc śladem swego poprzednika Sarkozyego we wcześniejszej akcji obalania Kaddafiego w Libii, powtórzył wiernie za Obamą, że: „użycie broni chemicznej przez „reżim” przeciwko opozycji uzasadnia wojskową interwencję w Syrii”. To przesłanie rozwinął po kilku dniach (3 września) francuski minister spraw zagranicznych L. Fabius, który nie bawił się w nadmierną dyplomację: „Nasza akcja…będzie rozległa i druzgocąca”. Zakomunikował też światu, że w sprawie Syrii Francja solidaryzuje się ściśle z władzami amerykańskimi i brytyjskimi. Przy okazji pojawiło się też dodatkowe uściślenie i dopełnienie katalogu powodów ewentualnej interwencji: przypadek „przenoszenia arsenałów masowego rażenia przez reżim”.

Jakie wnioski nasuwa uważna, wnikliwa analiza i refleksja nad przytoczonymi powyżej wynurzeniami zachodnich przywódców? Przede wszystkim, że wynaleziono wreszcie dobry punkt zaczepienia i konkretne uzasadnienie do wywierania wzmożonej presji dyplomatycznej na Assada, a w perspektywie ewentualnie także do przeprowadzenia wojskowego ataku na rządzone przez niego państwo. Dotąd operowano wyłącznie argumentem krwawego, barbarzyńskiego rozprawiania się sił rządowych z rebeliantami, pardon, Bogu ducha winną opozycją. Nie był to jednak argument wystarczająco mocny i na dodatek obosieczny, gdyż ci ostatni nie inaczej traktowali lojalistów, którzy mieli nieszczęście wpaść w ich ręce. Zagrożenie użycia broni chemicznej lub też niebezpieczeństwo jej wpadnięcia w ręce np. takiej Al-Kaidy to dużo bardziej przekonywujące uzasadnienie do ostatecznej rozprawy z niepodległą Syrią i niepokornym Assadem, tym bardziej, że w odróżnieniu od przypadku irackiego, ta broń faktycznie realnie istnieje.

Oczywiście, posądzanie Assada o chęć jej użycia przeciwko rebeliantom jest na zdrowy rozsądek czystym absurdem. Przecież radzi sobie dotąd wystarczająco dobrze w walce z nimi przy użyciu broni konwencjonalnej, zwłaszcza lotnictwa, czołgów i artylerii, którym ci mogą przeciwstawić tylko broń ręczną. Nie jest też wcale przyparty do muru – mimo licznych dezercji wyższych oficerów zdecydowana większość armii jest dalej wobec niego lojalna. Nie jest też na tyle głupi, by decydować się na tak szaleńczy krok, który postawiłby go w położeniu oczywistego ludobójcy. Raczej wybrałby, z dwojga złego, emigrację, póki ma jeszcze gdzie bezpiecznie się schronić.

Inna rzecz, że syryjski przywódca sam niejako podsunął swoim wrogom i uprawdopodobnił ten argument, gdy oświadczył, że Syria jest skłonna użyć broni chemicznej jedynie w przypadku inwazji z zewnątrz, w żadnym razie zaś przeciwko swoim obywatelom, choćby zbuntowanym. Uczynił to ponieważ: 1)przyznał się tym samym oficjalnie, a nawet w pewnym sensie pochwalił się posiadaniem tej broni; 2)podrażnił tą deklaracją mocno i Zachód, i Izrael. Być może ta jego wypowiedź była po prostu reakcją na wcześniejsze oskarżanie go o chęć użycia tej broni przeciwko buntownikom – nie znam sprawy wystarczająco dobrze, by tu jednoznacznie wyrokować. Równi dobrze można jednak w tej deklaracji dopatrzeć się zawoalowanej groźby pod adresem nie tylko ewentualnych bezpośrednich interwentów, ale i Izraela, jako rzeczywistego, choć ze względów taktycznych chowającego się cały czas w cieniu inspiratora i stymulatora całej tej antyassadowskiej krucjaty i potencjalnie głównego jej beneficjenta. Wiadomo nawet laikom, że specyfika broni chemicznej czyni ją dosyć trudną do zastosowania w polu, szczególnie w warunkach wojny partyzanckiej, czy też działań charakteryzujących się wysoką manewrowością, bez wyraźnie wytyczonej linii frontu, na jakie w Syrii właśnie się zanosi. Znacznie lepszym celem dla niej są zwarte skupiska ludności cywilnej na terytorium wroga, a główny wróg znajduje się przecież za miedzą.

Elementem rzucającym się w oczy jest pełna uznaniowość, arbitralność i, można powiedzieć, samowolność bijące z przytoczonych gróźb. Jeśli do wydania rozkazu ataku może wystarczyć sam „zamiar” użycia broni chemicznej, to takiego powodu interwencji można się dopatrzeć właściwie w każdej chwili, gdy tylko nadejdzie dogodny czas na atak. Tym samym Zachód zastrzega sobie właściwie – oczywiście na poziomie czysto teoretycznym, bo w praktyce sprawa przedstawia się dużo bardziej skomplikowanie, ze względu na postawę Rosji i Chin – swobodę zaatakowania Syrii, kiedy tylko mu się zechce.

Wymienione wyżej posunięcia noszą w sobie wyraźne podobieństwa z wydarzeniami poprzedzającymi ubiegłoroczny atak lotniczy na Libię. Podobnie jak wtenczas, także i teraz inspirowani i wspierani z zewnątrz rebelianci są w wyraźnym odwrocie. Bardzo małe są szanse, że samodzielnie załatwią problem po myśli Izraela. USA i pozostałych stojących u ich boku państw. Przeciwnie, dysponujące miażdżącą przewagą w broni ciężkiej, wojska rządowe spychają ich coraz bardziej do defensywy i wydają się być bliskie ostatecznego zdobycia ostatniego większego ich bastionu – miasta Aleppo, niedaleko przy granicy tureckiej. Mimo że system władzy Assada uległ już daleko posuniętej dekompozycji, to opozycja jest jeszcze znacznie bardziej rozbita i podzielona politycznie. Jest ona luźnym konglomeratem rozmaitych grup o często przeciwstawnych celach. Stąd np. niedawne francuskie apele (samego Hollandea) o powołanie syryjskiego rządu opozycyjnego zawisły całkowicie w powietrzu – najwidoczniej nie ma zupełnie komu takiego „rządu” stworzyć i firmować swoim nazwiskiem. Tak więc, pod względem politycznym grunt do ewentualnej interwencji jest znacznie groszy, niż to miało miejsce w przypadku Libii, gdzie sklecono wcześniej separatystyczny „rząd’ na zachodzie kraju. Oczywiście, nawet ostateczne opanowanie i spacyfikowanie Aleppo prze siły wierne Assadowi nie oznacza jeszcze wcale końca konfliktu, ale raczej jego przejście w fazę wyczerpującej, długotrwałej wojny partyzanckiej. Niemniej, ostatnie zwarte, w miarę dobrze zorganizowane, korzystające z logistycznej pomocy (dostawy broni np. w tureckich karetkach pogotowia ratunkowego, pieniądze) sił zainteresowanych obaleniem Assada siły rebeliantów przestaną istnieć. Trzeba je za wszelką cenę utrzymać przy życiu. Stąd może to nadzwyczajne zaostrzenie tonu i zauważalny pospiech w ich szeregach.

Następne podobieństwo wyraża się w wysunięciu po raz kolejny na pierwszy front Francji. Najwidoczniej Obama doskonale rozumie, iż USA muszą, gdy tylko jest to możliwe, oszczędzać swój mocno nadszarpnięty wizerunek głównej ostoi i obrońcy „demokracji” w świecie. Ale nie tylko to. Nietrudno się domyśleć, że ta gra ma przede wszystkim na uwadze chęć poskromienia i rozmiękczenia oporu Rosji, jest formą swoistej presji dyplomatycznej w stosunku do niej. Rosja mocno zaangażowała się w ubiegłych latach w politykę europejską opierającą się na partnerstwie rosyjsko-niemiecko-francuskim. Łączą ją z Paryżem liczne interesy, kontrakty i wspólne projekty gospodarcze. Ma też wobec niego niejakie długi wdzięczności (właśnie rozpoczyna się budowa w stoczniach rosyjskich pierwszych okrętów klasy Mistral). Co więcej, dużo sobie obiecuje po kontynuowaniu tej współpracy. W tym kontekście zachowanie Francji w sprawie syryjskiej jest dla niej kolejnym zimnym prysznicem. Zachód (NATO) demonstruje w ten sposób swoją spoistość i daje Kremlowi do zrozumienia, że może wiele stracić na arenie europejskiej polityki, jeśli będzie dalej jednoznacznie popierał i podtrzymywał Assada. Tak więc Rosjanie mają sposobność kolejny raz się przekonać, że wszelkie próby wygrywania czołowych państw zachodnioeuropejskich, hegemonów UE (Francji i Niemiec) przeciwko USA nie rokują zbyt wielkiego powodzenia. Trzeba tu jeszcze dorzucić i tą uwagę, że to właśnie Francja jest w sposób niejako naturalny zobowiązana do szczególnej „troski” o Syrię, jako swoją byłą kolonię, a dokładnej tzw. mandat międzynarodowy, dzierżony z poręki ówczesnej Ligi Narodów (okres międzywojenny). Widzimy więc, jak społeczność międzynarodowa umiejętnie dzieli się rolami w stosunku do występujących potrzeb.

Na tym jednak podobieństwa z Libią się kończą, a zaczynają się fundamentalne różnice. Przede wszystkim więc nie ma najmniejszych szans na rezolucję Rady Bezpieczeństwa ONZ, która by upoważniła chętnych i zalegalizowała na gruncie prawa międzynarodowego czy to bombardowanie Syrii z powietrza, czy to ustanowienie strefy zakazu lotów nad częścią lub całością jej obszaru (czyli praktyczne uziemienie i wyeliminowanie z gry syryjskiego lotnictwa wojskowego), czy to wreszcie działania zachodnich sił specjalnych na większą skalę. Rosja i Chiny zablokują każdą próbę idącą w tym kierunku, a mają w ręku tym mocniejsze argumenty, że poprzednia tego rodzaju rezolucja libijska została bezprzykładnie złamana i samowolnie rozszerzona przez jej inicjatorów: już dosłownie po kwadransie od jej uchwalenia lotnictwo NATO zaczęło bezpośrednie ataki na pozycje sił Kaddafiego, choć nie miało formalnie do tego prawa; bez najmniejszych skrupułów zaopatrywano też siły rebelianckie w broń. Taki numer drugi raz nie przejdzie. Putin to nie Miedwiediew, a Rosja musi bronić swojego ostatniego przyczółka w basenie Morza Śródziemnego za wszelką cenę. A gdyby nawet ona z jakichś trudnych dziś do określenia przyczyn ustąpiła, to przecież pozostają zawsze jeszcze w grze Chiny, które na odcinku syryjskim po trosze z nią współdziałają, a jednocześnie po trosze rywalizują. Na Zachodzie jest tego pełna świadomość. Rzecznik samej unijnej „minister” spraw zagranicznych, p. Ahston dał jasno do zrozumienia, że Hollande trochę się zagalopował i że o żadnej interwencji w Syrii bez stosownej rezolucji RB ONZ nie może być mowy.

Zresztą ta interwencja nie byłaby wcale taka prosta i pod względem czysto wojskowym. Z całą pewnością syryjska obron przeciwlotnicza i w ogóle armia jest znacznie silniejsza i sprawniejsza od libijskiej. Assad, pomny losu Kaddafiego, miał czas dokonać zakupu dużej ilości nowoczesnej broni i sprzętu w Rosji, a po części choćby i w Iranie – ten ostatni miał zresztą oczywisty interes w przekazaniu mu jej nawet za darmo. Pojawiły się np. doniesienia, że całe syryjskie wybrzeże pełne jest rakiet ziemia-woda, przeznaczonych do skutecznego zwalczania nieprzyjacielskich okrętów, gdyby usiłowały pokusić się o podpłynięcie zbyt blisko do syryjskiego brzegu. Poza tym ostrzeliwanie np. rakietami terytorium, gdzie walczące strony są mocno przemieszane ze sobą, wymaga wyjątkowej precyzji; przecież zachodzi niebezpieczeństwo trafienia właśnie np. w taki obiekt z bronią chemiczną. Także i działania sił specjalnych wcale nie gwarantują pewnego sukcesu, tym bardziej że amerykańscy, brytyjscy i francuscy komandosi mogą stanąć oko w oko z dobrze wyszkolonymi i fanatycznie nastawionymi swoimi kolegami po fachu z Iranu, którzy prawdopodobnie znajdują się już w znacznej liczbie na terytorium Syrii.

O co więc tu naprawdę chodzi? Do czego faktycznie zmierza owa koalicja antysyryjska? Be dwóch zdań chodzi o dalsze wzmożenie presji dyplomatycznej i także psychologicznej na Assada, a nawet próbę zastraszenia go, tak by sam wycofał się z pola walki i ustąpił. Nie bez powodu wspomniany Fabius zadeklarował, że „nie ma już dla niego miejsca na powierzchni ziemi”, wyraźnie sugerując, że w przypadku nie dostosowania się do oczekiwań wspólnoty „międzynarodowej” podzieli los Kaddafiego. Chodzi też o pogłębienie izolacji dyplomatycznej Syrii i, co już sygnalizowałem wyżej, o osłabienie realnego wsparcia dla niej ze strony Rosji i w mniejszym stopniu ze strony Chin. Obama z pewnością chciał również wykonać jakiś miły gest pod adresem lobby żydowskiego, któremu w ostatnim czasie niejednokrotnie wyraźnie się naraził swoją nadmiernie niezależną (w oczach Izraela) polityką, a którego postawa w bardzo istotnym stopniu zaważy na wyniku prezydenckiej batalii. Atak na Iran w przededniu wyborów nie wchodzi zupełnie w grę, i to z wielu powodów. Choćby z takiego, że nie współgra absolutnie z wizerunkiem laureata pokojowej nagrody Nobla. Dlatego amerykańscy wojskowi robią, co tylko leży w ich mocy, aby ostudzić izraelskie ciągoty idące w tym kierunku i grożące wciągnięciem USA w rozpętaną jednostronnie przez Izrael awanturę wojenną. Syria to całkiem co innego i poszczekać głośno na Assada zawsze można, a nawet trzeba. Tym bardziej, że uprzednie rozprawienie się z nim to z oczywistych względów dziś niezbędny krok do późniejszego, realnego i skutecznego wzięcia się za Persów.

Ale Assad nie robi wrażenia człowieka przestraszonego czy też nadmiernie zestresowanego. Wie doskonale, że na razie dla jego rządów nie ma żadnej, sensownej alternatywy. Czuje też cały czas mocne poparcie dwóch mocarstw, które niby dają mu delikatnie oficjalnie do zrozumienia, że powinien oddać władzę w imię pokojowego zakończenia konfliktu, ale faktycznie dalej konsekwentnie go wspierają jako najlepszego i pewnego gwaranta swoich interesów.

Ostatnio do wymienionej dwójki zdaje się zresztą dołączać także Pakistan, który ustami wysokiej rangi wojskowego (b. szefa wywiadu wojskowego ISI) ostatnio stwierdził, iż: „Ingerencja w wewnętrzne sprawy Syrii doprowadzi do rozpadu kraju i destabilizacji całego regionu”. Pakistan to, co prawda, znacznie mniejszy czynnik siły. Jednak jego poparcie dla Assada, bo temu właśnie równa się w praktyce to stanowisko, może być dla Syrii bardzo cenne. Po pierwsze, jest kraj islamski, w dodatku sunnicki, a w świecie islamu nie zostało jej zbyt dużo sojuszników. Po drugie, zarysowujące się właśnie rosyjsko-pakistańskie zbliżenie na odcinku wojskowym (wzajemne wizyty głównodowodzących obu armii w Moskwie i Karaczi) może zaowocować ściślejszą współpracą wojskową i polityczną obu państw. Co to ma wspólnego z Syrią? Otóż, jak powszechnie wiadomo, ścisła współpraca i współdziałanie Pakistanu są dla USA absolutnie konieczne dla dalszego kontynuowania wojny w Afganistanie (logistyka). Biorąc pod uwagę, że drugi szlak zaopatrzeniowy dla wojsk US Army i sojuszniczych w Afganistanie prowadzi właśnie przez terytorium Rosji, możliwy jest przy takim rozwoju wydarzeń wspólny rosyjsko-pakistański nacisk na USA : zostawcie Syrię w spokoju, to dostawy będą szły dotychczasowym trybem; w innym razie będziemy musieli się poważnie zastanowić nad ich utrzymaniem w dotychczasowej postaci. To oczywiście na dzisiaj tylko luźna hipoteza, ale jest bardzo prawdopodobne, że Moskwa właśnie na to gra. Widać więc wyraźnie, że obie rywalizujące strony trzymają się na razie, gdyby użyć sportowego języka, w klinczu. Dlatego jestem zdania, że gromadząca się na Bliskim Wschodzie coraz potężniejsza beczka prochu na razie nie wybuchnie.

Jan Matusiewicz

Przeczytaj również artykuły powiązane tematycznie:
1. „Kolejna „humanitarna” wojna!”;
2. „Iran kontra Izrael i USA – geneza, podłoże, charakter i możliwe scenariusze konfliktu” ( w 3 odcinkach).
Znajdziesz je w kategorii: Sprawy Międzynarodowe!