„Autonomiści” grasują na Śląsku

W ostatnich tygodniach stało się bardzo głośno o Ruchu Autonomii Śląska (RAŚ), organizacji do niedawna marginalnej, a przynajmniej szerzej nie rozpoznawalnej. Otóż najpierw odniosła ona bezprecedensowy sukces w wyborach do Sejmiku Śląskiego, zdobywając poparcie przeszło 122 tys. wyborców (8,49 %) – dwa razy więcej niż wyborach samorządowych w 2006 roku. Następnie doszło do zawarcia większościowej koalicji w tymże Sejmiku z udziałem radnych PO, PSL i właśnie RAŚ. Na jego mocy szef RAŚ Jerzy Gorzelik ma odpowiadać w zarządzie województwa za kulturę, edukację i współpracę międzynarodową, co z pewnością bardzo mu odpowiada w kontekście programu i celów RAŚ.

RAŚ powstał już na początku lat 90-tych ub. wieku, ale na szersze wody zdołał wypłynąć dopiero w ostatnich latach. Głównym celem, jakie stawia sobie ta organizacja jest uczynienie ze Śląska autonomicznego regionu z własnym Sejmem, regionalnym rządem i premierem (sic!), a także tzw. Skarbem Śląskim. Ów Sejm, wybierany większościowych wyborach, miałby wyłaniać ze swojego składu rząd z owym premierem na czele (czytelne nawiązanie do statusu niemieckich landów). Zaś Skarb Śląski miałby zastąpić dotychczasowe urzędy skarbowe, przy czym znakomita większość gromadzonych przezeń środków pozostawało by w regionie, jedynie niewielka ilość byłaby odprowadzana do Warszawy. Przywódcy RAŚ zakładają zrealizowanie swoich planów perspektywie mniej więcej 10 lat w ramach dalszej decentralizacji Polski.

Gorzelik i jego ludzie odwołują się w tym miejscu, bardzo resztą zręcznie i skutecznie, do wzorców przedwojennych. Wtedy to ta część Śląska, która znalazła się po I wojnie światowej, powstaniach śląskich i plebiscycie, w granicach państwa polskiego, otrzymała na mocy tzw. Statutu Organicznego dosyć szeroką autonomię. M.in. istniał wtedy tak bardzo pożądany przez p. Gorzelika Sejm Śląski, który posiadał uprawnienia legislacyjne w szeregu dziedzin życia, np. w zakresie szkolnictwa, policji, rolnictwa, lokalnej administracji, itp.. Powoływał on też władzę wykonawczą w postaci Rady Wojewódzkiej. Przedwojenny Śląsk posiadał też różne odrębne od całej reszty państwa regionalne urządzenia, m.in. Policję Województwa Śląskiego działającą odrębnie od funkcjonującej na pozostałej części terytorium państwa Policji Państwowej. Wszelako nie śniło się nawet wtedy nikomu o śląskim premierze czy odrębnym skarbie. Aktywiści i zwolennicy RAŚ usiłują skrupulatnie wykorzystywać te przedwojennej wzorce jako legitymacji do swoich poczynań, organizując choćby od kilku lat w dniu 15 lipca tzw. Marsz Autonomii.

Jednakowoż jest o tyle nieuzasadnione i nieadekwatne do obecnej sytuacji, a nawet wprost zakrawa na manipulację, że przedwojenna autonomia Śląska miała być w założeniu rozwiązaniem przejściowym, zastosowanym w stosunku do obszaru, który całe wieki pozostawał poza granicami państwa polskiego. Była ona rodzajem koncesji mającej zjednać ludność tego obszaru i ułatwić jego przyłączenie do II RP. Trzeba też pamiętać o tym, że wspomniany Statut Organiczny został uchwalony w momencie gdy bolszewicy parli w kierunku Warszawy, a sam Śląsk był w istocie jeszcze w niemieckim władaniu. Miało to być w dodatku, jak wspomniałem, rozwiązanie przejściowe, a już po kilku latach pojawiły się postulaty, np. za strony obozu narodowego, rewizji tego statutu i ograniczenia zakresu autonomii. Pod koniec lat 30-tych ub. wieku zmierzającą w tym kierunku politykę zaczął zresztą w praktyce realizować sanacyjny wojewoda Grażyński.

Sam Gorzelik, wykształcenia historyk sztuki, cały czas solennie się zarzeka, że RAŚ nie zmierza w żadnym razie do oderwania Śląska od Polski. Jednak z wielu względów trudno traktować te zapewnienia jako do końca wiarygodne i szczere. Najwyższe zaniepokojenie muszą budzić choćby takie jego osobiste wynurzenia: „Nie czuję się Polakiem i Polska nie jest dla mnie najważniejsza. (…) Jestem Ślązakiem, nie Polakiem, nie Polakiem, nie Polsce przysięgałem i nie czuję się zobowiązany do lojalności wobec tego państwa…” ( polskieradio.pl, „Nie straszcie secesją i autonomią, 29.11.2010 r.). Ta wyzywająca deklaracja pachnie już zdradą stanu i tak zapewne zostałaby przez każde szanujące się państwo potraktowana. W każdym bądź razie wystarczyłoby to jako podstawa do delegalizacji całego przedsięwzięcia lub przynajmniej do ścisłego jego izolowania w przestrzeni politycznej i nawet społecznej. Ale nie u nas. U nas każdy może robić co tylko zechce, byleby nie był polskim „nacjonalistą”.

Osoba Gorzelika powinna wzbudzać czujną uwagę odpowiednich instytucji i ogółu polskim patriotów jeszcze z wielu innych powodów. Mianowicie był on pierwotnie jednym z trzech głównych – obok Rudolfa Kołodziejczaka i Erwina Sowy – przywódców istniejącego po dziś dzień tzw. Związku Ludności Narodowości Śląskiej (ZLNŚ). Organizacja ta usiłowała doprowadzić za wszelką ceną do prawnego uznania Ślązaków za odrębny „naród”. Jednak polskie sądy kolejnych instancji zgodnie odrzucały te wnioski. Sąd Najwyższy uzasadniając swoją odmowę uczynienia zadość temu postulatowi, stwierdził m.in. „(…) wolność wyboru narodowości może być realizowana tylko w odniesieniu do narodowości obiektywnie istniejących, ukształtowanych w procesie historycznym, a narodu śląskiego nie ma”. ZLNŚ próbował jeszcze podważyć ten werdykt w Europejskim trybunale Praw Człowieka w Strasburgu, jednak bez skutku.

Po fiasku tych starań, zacięci „Ślązakowcy” zmuszeni byli zmienić taktykę i inaczej rozłożyć akcenty. Sam Gorzelik przeszedł szybko do RAŚ, gdzie objął przywództwo. Natomiast na czele ZLNŚ stanął Andrzej Roczniok. Obydwie organizacje cały czas ściśle współpracują, przy czym łatwo zauważyć istniejący pomiędzy nimi podział ról, zapewne dobrze wykalkulowany. Mianowicie ZLNŚ to radykalne skrzydło, swoistego rodzaju „ultrasi” śląskiego ruchu autonomicznego, zaś RAŚ to jego bardziej cywilizowana, uładzona odmiana, posługującą się w sumie stosunkowo łagodną retoryką, i starająca się przybierać postać niegroźnego ruchu regionalnego. Zresztą znaczna część „autonomistów” przynależy i do jednej i do drugiej organizacji. Wielokrotnie budowały one wspólne, razem z mniejszymi podmiotami o podobnym charakterze, formalne bądź nieformalne, koalicje wyborcze. Utrzymują też bliskie kontakty z organizacjami mniejszości niemieckiej, tak samym Górnym Śląsku, jak i przede wszystkim na Opolszczyźnie. O tym, w którą stronę ciąży faktycznie RAŚ, może świadczyć najlepiej incydent, jaki wydarzył się w czasie uroczystości zaprzysięgnięcia radnych Sejmiku Śląskiego. Otóż, grupa jego aktywistów rozpostarła wtedy na widowni mapę pokazującą obszar Śląska po I wojnie światowej z napisem „Oberschlesien”. Już tylko te fakty jasno wskazują na to, że działań Gorzelika i jego wspólników nie można dalej bagatelizować i lekceważyć, bo ich zamysły są w istocie dla Polski niszczycielskie; grożą rozbiciem jej na dzielnicowe ksiąstewka, a nawet utratą tak strategicznie ważnego obszaru, jakim jest dla niej Śląsk.

Na dzień dzisiejszy III RP jest, co prawda, krajem unitarnym, ale tak jest tylko na papierze, wedle zapisów konstytucji. W rzeczywistości reforma administracyjna z 1989 r. doprowadziła do znacznej decentralizacji państwa, a utworzone wówczas na modłę unijną wielkie województwa otrzymały cały szereg kompetencji. W międzyczasie niepodległość Polski została, skutkiem ratyfikowania traktatu lizbońskiego, sprowadzona prawie że do fikcji, a p. Gorzelik i jemu podobni chciałby tą chwiejącą się budowlę dalej rozbierać na części. Na domiar wszystkiego owa śląska autonomia wydaje się nie mieć wystarczających podstaw gospodarczych. Nasuwa się zasadnicze pytanie, które powinno się postawić i p. Gorzelikowi: jak zagwarantować niezależność finansową Śląska w sytuacji zamykania coraz to nowych kopalń? Czy ów „Skarb Śląski” nie znalazłby się szybko na skraju bankructwa? I kto wtedy pospieszył by jako pierwszy pomocą? Nietrudno zgadnąć.

Gra idzie o zbyt wysoką stawkę, by podchodzić dalej do tych poczynań tak beztrosko. Wszak Polska bez Śląska nie miałaby już nigdy warunków stania się silnym, liczącym się państwem; mogłaby być tylko karykaturą takiego. Tymczasem RAŚ nie tylko ma pozostawioną całkowicie wolną rękę w swoich poczynaniach, ale cieszy się wręcz daleko idącymi względami szerokiego spektrum rodzimego establishmentu, a szczególnie PO i PSL. Ta ostatnia partia już w wyborach 2005 r. wpuściła jego członków na swoje listy wyborcze. To prawdziwa hańba dla PSL, który mieni się oficjalnie polskim ugrupowaniem. Także i sejmikowa koalicja z jego udziałem zawiązała się przy zastosowaniu typowej zasłony dymnej. Mianowicie najpierw góra PO i sam prezydent Komorowski stanowczo krytykowali ten projekt, chcąc, zdaje się, wyrobić sobie odpowiednie alibi, a później doprowadzili do scedowania decyzji na lokalne władze PO, które oczywiście nie dostrzegły w nim żadnego problemu. Tak to rządzący układ ceni sobie integralność Polski. Tysiące Ślązaków, którzy oddali życie za polskość Śląska przewraca się w grobach…

Andrzej Turek