Ambicjonalny konflikt czy też poważna rysa w UE?

Dosyć nieoczekiwanie Silvio Berlusconi zaczyna grać rolę jednego z głównych kontestatorów obecnej euro-unijnej rzeczywistości. Na parę godzin przed startem wyborów parlamentarnych we Włoszech (24-25 luty) ów słynny magnat finansowo-medialny urządził sobie huczną konferencję prasową, w czasie której, łamiąc przy okazji bezceremonialnie ciszę wyborczą, podzielił się z włoską opinią publiczną swoimi najnowszymi przemyśleniami i politycznymi koncepcjami.

Rozpoczął – jakby inaczej – od totalnego zdezawuowania włoskiego wymiaru sprawiedliwości: „U nas sądownictwo jest groźniejszą mafią od mafii sycylijskiej”. To stara, oklepana do znudzenia i wręcz obowiązkowa śpiewka „Berlusko” – zmaga się on nieustannie, jak dotąd z dobrym skutkiem, z prokuratorami i sędziami, odtąd tylko wkroczył na scenę wielkiej polityki kilkanaście lat temu, głównie z przyczyn najróżniejszego gatunku machinacji finansowych – ale nigdy jeszcze nie sięgał aż po takie epitety. Twierdził dotąd zawsze nieodmiennie, że właściwym powodem nieustannego gnębienia go przez włoskie sądy są względy typowo polityczne, tzn. ich skrajne upartyjnienie, a, mówiąc bardziej konkretnie, totalne opanowanie przez „lewaków”, usiłujących tym sposobem pozbyć się groźnego konkurenta.

Teraz jednak posunął się już do otwartych inwektyw, przypisując im zarazem celowe niszczenie jego wizerunku i dobrego imienia nie tylko w samych Włoszech, ale i na arenie polityki międzynarodowej, szczególnie w UE: „W Europie rozpowszechnia się wiadomości o tym, że jestem wyśmiewany, bo tu we Włoszech zostałem zaatakowany sprawą bunga bunga, która jest operacją mistyfikacji i zniesławiania, nie trzymającą się faktów”. Cóż, wszyscy doskonale wiedzą, że zainteresowany do cnotliwych bynajmniej nie należy, a i bunga bunga nie jest bynajmniej czczym wymysłem włoskich stróżów sprawiedliwości. Berlusconi wieszczy jednak swoją niewinność, szermując argumentem, że nie znaleziono dotąd żadnych rozstrzygających dowodów, iż uprawiał owo bunga bunga z nieletnimi ladacznicami. To tłumaczenie może wydawać się dosyć szokujące, ale akurat we włoskich realiach może wystarczyć, bo znaczna cześć mieszkańców tej krainy zostawia sobie i innym w sferze intymnej stosunkowo duży margines swobody. Byle zatem nie uwikłać się w otwarte przestępstwo albo też nie dać się złapać na jawnym homoseksualizmie, a można już liczyć na rozgrzeszenie, przynajmniej polityczne. A ponieważ Berlusconi nie kwalifikuje się ani do jednego, ani do drugiego przypadku, wielu Włochów będzie skłonnych mu wybaczyć po raz „enty”, tym bardziej, że cała afera, jak wiele na to wskazuje, jest rzeczywiście wykorzystywana do jego dyskredytacji przez czynniki zewnętrzne.

Ale to była tylko przygrywka do głównego przesłania żelaznego Silvia. Przesłanie to stanowił ostry atak na całą czołówkę unijnych przywódców, na czele z samą Angelą Merkel. Ci, jego zdaniem, „dokładają starań, by odsunąć go od polityki i władzy” (tu akurat p. Berlusconi powiedział najczystszą prawdę). W jaki sposób: „Znaleźli Mario Montiego, który zawsze był uczynny i klękał w obliczu próśb p. Merkel, a teraz jest jej przykro, że go straci”. Berlusconi nie tylko że nazwał Montiego po imieniu unijną marionetką, ale też skrytykował przy okazji ostro jego politykę fiskalną, obiecując zarazem milionom Włochów – jako najlepszą wyborczą przynętę – m.in. zwrot pieniędzy z wprowadzonego przez rząd Montiego podatku od nieruchomości, który, co prawda, funkcjonował już wcześniej, ale nie dotyczył właścicieli tylko jednego domu lub mieszkania, a więc zdecydowanej większości mieszkańców Italii.

W podsumowaniu zaś buńczucznie oświadczył, że jest w stanie „zjednoczyć wszystkie kraje (unijne) przeciwko Niemcom – hegemonom, którzy są egoistami i dominują, by samemu się wzbogacić”. Postawił zresztą pierwszy krok, jak na razie – tylko propagandowy, ku budowie tej wielkiej antyniemieckiej koalicji, wyraźnie kokietując Greków: „Sytuacja w jej kraju (odpowiadał tu na pytanie greckiej dziennikarki) to wina UE (czyli głównie Niemiec), która nie udzieliła w porę pomocy, ale za to narzuciła „,,szalone zasady””.

O co tu naprawdę chodzi, skąd się wzięły te mocne słowa Berlusconiego i na ile znajdą przełożenie w realiach? W tym miejscu musimy się cofnąć trochę w czasie. Silvio Berlusconi został zmuszony do podania się do dymisji ze stanowiska premiera Włoch w listopadzie 2011 r. Jej bezpośrednią przyczyną była utrata większości we włoskiej Izbie Deputowanych przez jego partię – Lud Wolności. Do sytuacji tej doprowadziły jednak w rzeczywistości przemożne naciski ze strony Komisji Europejskiej i międzynarodowej finansjery, które siłowo narzuciły Włochom program „naprawy” chwiejących się finansów publicznych. Realizatorem tego programu i zarazem nowym włoskim premierem został przywieziony „w teczce” prosto z Brukseli prof. Mario Monti. Dla ukazania ideowo-politycznego oblicza tego ostatniego wystarczy powiedzieć, że pełnił on m.in. wcześniej łącznie aż 10 lat (na dwa zawody, raz zresztą z desygnacji samego Berlusconiego) urząd unijnego komisarza, przede wszystkim zaś jest europejskim szefem Komisji Trójstronnej i członkiem kół kierowniczych Grupy Bilderberg, a od 2005 r. także międzynarodowym doradcą banku Goldman Sachs. A tak w ogóle cieszy się powszechnie renomą „wybitnego ekonomisty” i przy tym „zwolennika liberalizacji rynkowej oraz rygoru w finansach publicznych”. Lepszej rekomendacji chyba nie trzeba – jednym słowem: właściwy człowiek na właściwym miejscu.

Nic dziwnego, że Berlusconi ustąpił Montiemu. W istocie nie miał innego wyjścia. Zmusił go do tego szybko narastający kryzys włoskiej gospodarki w połączeniu z osobistą niepopularnością – afera bunga bunga osiągała właśnie punkt szczytowy. O jego ówczesnych notowaniach najlepiej świadczy fakt, iż został bezceremonialnie wygwizdany przez publiczność, gdy udawał się ze swoją dymisją do Kwirynału. Ponadto Włosi byli przerażeni perspektywą podzielenia losu Greków i dali sobie wmówić, że tylko cieszący się pełnym zaufaniem Brukseli Monti zdoła ich od tego wybawić.

Tak doszło do powstania „rządu ekspertów” Montiego. Berlusconi zgodził się w imieniu Ludu Wolności udzielać mu poparcia w parlamencie, jednak warunkowo – tylko jako „rządowi technicznemu”, pracującemu wyłącznie nad „naprawą finansów państwa”. Współpraca obu panów od samego początku nie układała się jednak najlepiej. Jeszcze przed swoim odejściem z funkcji szefa rządu słynący z dosadnego i ciętego języka Berlusconi pozwolił sobie m.in. oświadczyć, iż „euro nikogo nie przekonało”. Monti udzielił mu natychmiast ostrej reprymendy na łamach największego włoskiego dziennika (lewicowego) „Corriere della Sera”, zaczynając od wielce znamiennej przestrogi: „słowa, których się nie pilnuje, mają swoją cenę”, a na profesorskich ekonomicznych pouczeniach kończąc. Skutek był zapewne odwrotny od zakładanego, bo Berlusconi nie należy bynajmniej do strachliwych, poza tym sam przecież najlepiej wie, jak się prowadzi biznesy, i to od strony praktycznej, a nie od strony podręcznikowych teorii. Może właśnie już wtedy, głęboko urażony, powziął myśl, by zaczekać jeszcze z polityczną emeryturą – która byłaby tak bardzo w smak p. Merkelowej i spółce, przeczekać trudny czas, i po osłabnięciu czaru Montiego powrócić z powrotem do gry.

Kierując się tą myślą, wycofał na początku grudnia ub. roku poparcie swojej partii dla jego rządu, jakkolwiek zapewnił, że jej deputowani będą wstrzymywać się od głosu, by umożliwić mu przeforsowanie ważnych ustaw. Wydawać by się mogło, że gest ten nie ma większego znaczenia praktycznego – jako że stało się to dosłownie kilka tygodni przed naturalnym wygaśnięciem misji Montiego, ograniczonej zbliżającym się końcem kadencji włoskiego parlamentu. Zatem Monti mógł mimo to dalej rządzić, a właściwie administrować Italią aż do upływu konstytucyjnego terminu. Był to jednak istotny manewr propagandowy Berlusconiego, obliczony na zaznaczenie odpowiedniego dystansu, a nawet wprost odcięcie się od kształtu jego polityki w obliczu zbliżających się nieuchronnie wyborów. Głęboko urażony Monti, wyniesiony w międzyczasie przez eurokrację do roli swoistego bożka i człowieka rzekomo niezastąpionego, „jedynej nadziei Włoch” podał się w tej sytuacji własnoręcznie do dymisji, czego skutkiem są właśnie przedterminowe wybory.

Jednocześnie Bruksela, Berlin i posłuszni im satelici zaczęli z miejsca wybierać Włochom… nowego-starego premiera Montiego, mimo że ten zrazu deklarował, że kończy swoją przygodę z czynną polityką. Dla osiągnięcia tego celu trzeba było w pierwszym rzędzie odpowiednio „zmiękczyć” właśnie Berlusconiego, chociażby przez różne wstręty i lekceważące gesty. Tych faktycznie mu nie poskąpiono. M.in. w połowie grudnia ub. roku odbyło się w Brukseli spotkanie przywództwa Europejskiej Partii Ludowej (EPL), do której to przynależy Lud Wolności, i jest zresztą w jej szeregach drugim co do wielkości ugrupowaniem, zaraz po niemieckiej CDU/CSU. Z tego tytułu przybył nań także i Berlusconi z zamiarem referowania rozwoju sytuacji polityczno-gospodarczej we Włoszech. Nie spodziewał się jednak chyba, że szefujący EPL Wilfried Martens (belgijski „chadek”) zaprosi na to samo spotkanie także i Montiego, mimo że ten formalnie nie przynależy ani do EWP, ani też zresztą do żadnej innej europartii, gdyż jest – jak przystało na globalistę tej rangi – oficjalnie bezpartyjny. Mało tego, ostatecznie to właśnie jemu a nie Berlusconiemu udzielono głosu!

Na domiar wszystkiego p. Merkelowa i jej austriaccy, fińscy, belgijscy itd. giermkowie tak manewrowali w kuluarach, by przypadkiem nie podać Berlusconiemu ręki. Po zakończonym zaś spotkaniu zgodnie stwierdzili w wywiadach dla mediów, że ów, „obalając” rząd Montiego, popełnił poważny błąd i tym samym bardzo poważnie nadwerężył swoją „europejską” wiarygodność. Padły również groźne ostrzeżenia, że z powodu jego „antyeuropejskiej” postawy i wypowiedzi Lud Wolności może zostać wyrzucony z „rodziny EPL”. Chodzi tu prawdopodobnie głównie o wypowiedź Berlusconiego, że jeśli Europejski Bank Centralny nie będzie gwarantował obligacji krajów członkowskich Eurolandu, to w przyszłości Włochy mogą powrócić do lira. Jak z tego widać, bezwarunkowe, ślepe przywiązanie do wspólnej unijnej waluty jest obowiązującym dogmatem i prawdziwie ortodoksyjnym wyznaniem wiary w ramach EPL, a każde odstępstwo jest z miejsca traktowane jako grzech śmiertelny. Nawiasem mówiąc, sytuacja ta doskonale obrazuje rzeczywiste tło niedawnego iście zbójeckiego narzucenia Polsce tzw. paktu fiskalnego – przecież i PO, i PSL przynależą właśnie do tejże EPL.

Wszystko wskazuje na to, że pokazanie Berlusconiemu, iż stał się prawdziwym „trędowatym” w całym gronie unijnych przywódców, miało służyć zmuszeniu go do stemperowania własnych ambicji i wymuszeniu poparcia przez Lud Wolności premierowskiej kandydatury Montiego. Berlusconi był, co prawda, w pewnym momencie gotów zaakceptować takie rozwiązanie, ale pod tym zasadniczym warunkiem, że będzie on kandydował z ramienia całej centroprawicy, tzn. zarówno Ludu Wolności, jak i sytuującej się bardziej na prawo Ligi Północnej. Monti jednak odrzucił zdecydowanie tą ofertę, jako krepującą mu z miejsca swobodę ruchów; jest też poniekąd wątpliwe, czy zaakceptowałaby by ją sama, z gruntu eurosceptyczna Liga Północna, która, w odróżnieniu od stronnictwa ekspremiera, od samego początku zdecydowanie sprzeciwiała się powoływaniu „rządu ekspertów”. Powstrzymanie Berlusconiego przed wejściem w ponowny alians z tym właśnie „populistycznym” i „antyeuropejskim” ugrupowaniem było, zdaje się, drugim motywem tychże brukselskich afrontów. Te afronty i doprawdy bezczelne naciski we włoski proces wyborczy ze strony unijnych oficjeli, na czele z pp. Merkel, prezydentem Francji Hollandem, przewodniczącym UE Van Rompuyem, szefem Eurolandu Junckerem, przewodniczącym Parlamentu Europejskiego, socjalistą Schulzem itd. powtarzały się jeszcze wielokrotnie, tak że w końcu liczne włoskie media zaczęły głośno pytać: „od kiedy to UE wysuwa kandydatów we włoskich wyborach?”

Berlusconi się nie ugiął. Po długich targach odnowił z powrotem wyborczą koalicję z Ligą Północną za cenę swojej rezygnacji z funkcji premiera i zadowolenia się jedynie fotelem ministra finansów. Nowy premier ma być wybrany dopiero po ewentualnym zwycięstwie centroprawicy w wyborach. Swoją drogą obydwa ugrupowania nie miały praktycznie innego wyjścia – jedynie wejście w sojusz mogło je uchronić przed pewną wyborczą porażką: Berlusconi utracił sporą część dotychczasowej bazy politycznej na rzecz Montiego, zaś Liga Północna znajduje się obecnie w poważnym kryzysie wewnętrznym, spowodowanym ujawnionymi skandalami finansowymi i przymusową rezygnacją jej założyciela i wieloletniego szefa Umberto Bossiego.

Montiego uczyniono koniec końców kandydatem „centrum”, złożonego z kilku niewiele dotychczas znaczących ugrupowań, wspiera go jednak mocno cały czas cała „społeczność międzynarodowa” i jej włoscy eksponenci, na czele z innym czołowym tamtejszym globalistą Romano Prodim (reprezentującym oficjalnie centrolewicę). Jednak rezultaty tej usilnej agitacji wyglądają nader mizernie. Większość przedwyborczych sondaży wskazywała, że lista Montiego poniesie dotkliwą klęskę (ok. 14 % poparcia). Włochów, którzy, mimo wielu kompleksów, zachowali jeszcze poczucie narodowej dumy, zraziła doń nie tylko jego restrykcyjna polityka, która, póki co, nie powstrzymała ani recesji, ani też wzrostu bezrobocia, ale właśnie owo nachalne narzucanie jego osoby przez czynniki zewnętrzne. To właśnie te mało kulturalne poczynania p. Merkelowej i spółki przekonały ich ostatecznie, że ma on bardziej na widoku cele całej UE, dominujących w niej Niemiec i międzynarodowej finansjery niż potrzeby i interesy samych Włoch.

Berlusconi natomiast notował szybki przyrost poparcia i na mniej więcej tydzień przed wyborami tracił do prowadzącej w sondażach centrolewicy Pier Luigiego Bersaniego tylko cztery punkty procentowe. Najwidoczniej więc, urządzając wspomnianą konferencję prasową, podjął próbę wygrania wyborów przysłowiowym rzutem na taśmę. Czy to mu się uda jeszcze jeden raz, okaże się już za kilkanaście godzin. Jak się jednak ostatecznie rozwinie sytuacja po włoskich wyborach, nie sposób tego przewidzieć. Jednak osobiste ambicje odgrywają częstokroć w polityce bardzo poważną rolę, miejmy więc nadzieję, że tym razem urażone ambicje „Berlusco”, który przecież do niedawna zwykł brylować wśród unijnej śmietanki, wyjdą na dobre i samej Italii, i całej Europie.

Opisany powyżej przypadek obrazuje w każdym bądź razie najlepiej całą unijną „demokrację”, sprowadzoną ostatecznie już li tylko wyłącznie do wymiaru pustych frazesów, pojmowanych wybitnie jednostronnie: każdy euroentuzjasta to automatycznie i „demokrata”, natomiast „eurosceptycyzm” jest automatycznie od razu łączony z nieodpowiedzialnością, nieracjonalnością, „populizmem”, a przy okazji też i z ciągotami autorytarnymi. Nie bez powodu p. Merkelowa pochwaliła się niedawno: „Polityka europejska stała się już polityką wewnętrzną”, zaś same niemieckie media określają bez kozery jej stosunek do Grecji, Portugalii, Hiszpanii, wspomnianych Włoch i w ogóle wszystkich tych, którzy przestają dotrzymywać kroku najsilniejszym członkom Eurolandu, mianem „pedagogicznego imperializmu”. Pytanie tylko, jak długo ten nowy „Związek Radziecki” czy też nieformalne „Imperium Germanicus” przetrwa!

Andrzej Turek